Wkrótce korytarz doprowadził go do głównej drogi, którą maszerowało wielu nagich robotników zmierzających do pracy. Wmieszał się pomiędzy nich, natychmiast zyskując anonimowość. Był niższy od każdego z mężczyzn, większości kobiet i niektórych dzieci, lecz zdążył już do tego przywyknąć. Pogardliwe spojrzenia niektórych niewolników wciąż jeszcze budziły w nim gniew, lecz Stile starał się nie zapominać, że osoba oceniająca go tylko na podstawie wzrostu, w rzeczywistości wydaje sama sobie nie najlepsze świadectwo. Mimo to był zadowolony, opuszczając miejsca publiczne i wchodząc do swego mieszkania.
Przyłożył dłoń do drzwi, które natychmiast stanęły otworem. Wszedł do środka.
Jakiś nagi mężczyzna patrzył na niego, marszcząc brwi. Przez, chwilę przyglądali się sobie. Wreszcie ten drugi wstał.
— Sheen nie uprzedziła mnie, że przyjdziesz. Zaraz zniknę.
— Chwileczkę — odezwał się Stile. Rozpoznał w obcym swego sobowtóra, robota, który zastępował go podczas jego podróży na Phaze. Gdyby nie to, nieobecność Stile’a zostałaby szybko zauważona i mogłaby go drogo kosztować. — Nigdy jeszcze się nie spotkaliśmy. Czy Sheen dobrze cię traktuje?
— Nie zwraca na mnie uwagi — odparł robot — chyba że ktoś przyjdzie. W tych okolicznościach to najwłaściwsze postępowanie.
— Lecz przecież zostałeś zaprogramowany tak, by mnie we wszystkim przypominać. Nie nudzisz się?
— Maszyna mego typu nie może się nudzić, chyba że dostanie takie polecenie.
— Nawet kiedy zamykają cię w szafie?
— Przedtem mnie wyłączają.
Zaniepokoiło to Stile’a, który zawsze odnosił się z sympatią do uciskanych istot.
— Daj mi znać, jeśli poczujesz się wykorzystany. Wstawię się za tobą do pani.
— Dzięki ci za uprzejmość — odparł robot, nie okazując jakichkolwiek emocji — ale nic mi nie trzeba. Jestem przecież maszyną. Czy mogę już odejść?
— Kiedy wróci Sheen? — Za cztery minuty i piętnaście sekund od… tej chwili.
— Jesteś wolny. Zastąpię cię.
Oczywiście robot nie zrozumiał żartu. Roboty bywają różne, a ten należał do mało skomplikowanych. Brakowało mu obwodów sprzężenia zwrotnego świadomości. Podszedł do ściany; wyglądał zupełnie jak człowiek. Z pewnym niepokojem Stile uświadomił sobie, że tak właśnie on sam wygląda w oczach innych: mały, nie rzucający się w oczy. Robot odsunął płytę i wszedł do szafy-pojemnika, w którym został od razy deaktywowany.
Stile przypomniał sobie golema, podszywającego się pod niego, a raczej pod jego sobowtóra, Błękitnego Adepta, dopóki on, Stile, nie pojawił się na scenie, by go zlikwidować. Czy jest jakaś różnica między golemem a człekopodobnym robotem? Jeden był wytworem magii, drugi — nauki. Analogie między obu światami uwidoczniały się nie tylko w ich geografii!
Stile usiadł przy stole, na miejscu zwolnionym przez robota. Przyjrzał się rozłożonemu pasjansowi. Jeśli robot nie odczuwał nudy, to po co bawił się kartami? Odpowiedź była prosta: Stile nudząc się robiłby właśnie coś takiego, doskonaląc się przy tym w jednej z mniej znanych konkurencji Gry. Robót na pewno wykonywał też wszystkie ćwiczenia akrobatyczne, którym zwykł był oddawać się Stile, choć, oczywiście, nie wynosił z nich żadnej korzyści. Naśladował go, by stworzyć pozory.
Stile przeanalizował układ kart i zagłębił się w pasjansa. Był nim całkowicie zaabsorbowany, gdy otworzyły się drzwi i weszła Sheen.
Była po prostu piękna; trochę tylko wyższa od niego, o figurze bardziej niż idealnej: piersi większe, jędrniejsże i bardziej sterczące niż przewidywały ustalone przez komputer idealne wymiary dla jej wieku i wzrostu, talia bardziej wcięta, brzuch bardziej płaski, biodra i pośladki pełniejsze, no i długie, bujne, jasne włosy. Przeciętny mężczyzna pragnął kobiety piękniejszej niż przeciętna, a nawet piękniejszej od prawdziwego żeńskiego ideału; gust mężczyzn został zniekształcony przez całe wieki skomercjalizowanej propagandy utrzymującej, że zdrowa, normalna kobieta nie może być naprawdę piękna. Gust Stile’a był najzupełniej przeciętny, a więc Sheen daleka była od przeciętności.
Przypominała nieco inną dziewczynę — dżokejkę, niższą trochę od niego, którą Stile poznał przed kilkoma laty i, jak mu się wtedy wydawało, kochał. Miała na imię Tune, a ze związku z nią Stile wyniósł miłość do muzyki. A jednak Sheen, musiał to przyznać, była i ładniejszą, i lepszą kobietą. Miała tylko jedną wadę, o której wolał w tej chwili nie pamiętać.
Stile wstał, podszedł do niej i wziął w objęcia. — Och, czyżby był tu ktoś jeszcze? — zapytała ze zdziwieniem.
— Nikt — odparł, całując ją. — Chodź, będziemy się kochać.
— Z robotem? Nie bądź niemądry. — Próbowała mu się wyrwać, lecz trzymał ją mocno.
— Z robotem najlepiej — zapewnił ją.
— Och. — Zamilkła na chwilę. — Dobrze.
Do licha! Dała się nabrać!
— Dobrze? — spytał. — A jak daleko jesteś skłonna posunąć się z robotem?
— Moi najlepsi przyjaciele są robotami — odpowiedziała. — Chodź do łóżka.
Stile, rozzłoszczony, puścił ją. Sheen roześmiała się tylko.
— Głuptasie! — zawołała. — Czyżbyś sądził, że cię nie poznałam? — I zarzuciła mu ręce na szyję, całując go znacznie namiętniej niż przedtem.
— A co mnie zdradziło? — dociekał Stile.
— Poza tymi różnicami między człowiekiem a robotem, które znam o wiele lepiej niż inni? — zapytała drwiąco. — Takimi jak temperatura ciała, pot, bicie serca, oddech i inne szczegóły funkcjonowania żywego organizmu?
— Właśnie, co poza tym? — Stile czuł, że się wygłupił. Powinien był wiedzieć, że nie zdoła jej oszukać nawet przez chwilę.
— Masz opalone ręce — odparła.
Zerknął na swoje dłonie. Oczywiście, widać było wyraźnie, gdzie kończyły się rękawy ubrania, które nosił na Phaze. Całe życie na Protonie toczyło się pod kopułami, przepuszczającymi tylko nieszkodliwe fale słoneczne, a więc nikt nie mógł być silnie opalony. No i oczywiście, na ciele ludzi, którzy zawsze chodzili nago, nie mogło być linii oddzielających miejsca bardziej od mniej opalonych. Nierówna opalenizna różniła go nie tylko od robota, ale i od wszystkich pozostałych robotników Protona.
— Będę musiał nosić na Phaze rękawiczki!
— Takie poświęcenie nie jest niezbędne — zapewniła go. Wyjęła koloryzujący krem do rąk i wtarła w jego skórę, przywracając jej dawny, nieopalony kolor.
— Nie wiem, co bym zrobił bez ciebie — zauważył z wdzięcznością Stile.
— Zostałbyś na zawsze na Phaze, z tą Błękitną Panią.
— Bez wątpienia.
— Ale tu jest zupełnie inny świat — rzekła. — Należałeś do mnie, zanim ją poznałeś. Od pierwszej gry Turnieju dzieli nas dobre sześć godzin i wiem dokładnie, jak je spędzimy.
I tak się też stało. Sheen była równie namiętna, jak piękna, a istniała tylko po to, by strzec go i uprzyjemniać mu życie. Łatwo przychodziło mu jej ulec. Nawet niezwykle łatwo.
Kiedy odpoczywali, Sheen spytała:
— A jak mają się sprawy na Phaze?
— Zabiłem golema, który podszywał się pode mnie, i poradziłem memu przyjacielowi — wilkołakowi imieniem Kurrelgyre, jak ma odzyskać swoją pozycję w stadzie…
— O tym już przecież wiem. Pamiętasz chyba, że wróciłeś tu na końcową grę kwalifikującą do Turnieju? Powiedz lepiej, co robiłeś podczas ostatniej podróży na Phaze?
— Wilkołaki i jednorożce pomogły mi potwierdzić moją tożsamość jako Błękitnego Adepta — odparł Stile, mocno upraszczając swoją opowieść. — Umiem już rzucać czary. Będę jednak musiał stoczyć pojedynek z Głównym Ogierem Stada o to, kiedy Neysa ma się rozmnożyć.