Выбрать главу

– Skąd żeś, kurwa, wyskoczył? – mruknął mężczyzna.

Anderson nie odpowiedział, przyglądając się swojemu jeńcowi, a szok powoli ustępował miejsca euforii. Ależ będzie miał do opowiadania! Żonie na pewno się spodoba. Chciał opowiedzieć też swojej córeczce, ale będzie musiał zaczekać jeszcze kilka lat. Och, i Stanowi, i sąsiadom, którzy…

Anderson zorientował się, że zapomniał przeczytać mu jego prawa. Nie miał ochoty schrzanić aresztowania przez głupi błąd formalny. Znalazł w portfelu kartkę i odczytał sztywno przepisowe słowa.

Morderca odburknął, że zrozumiał.

– Wszystko w porządku, detektywie? – zawołał męski głos. – Potrzebuje pan pomocy?

Anderson obejrzał się przez ramię. Był to biznesmen, którego wcześniej widział pod zadaszeniem. Jego ciemny, drogi garnitur był wilgotny od deszczu.

– Mam telefon komórkowy. Chce pan skorzystać?

– Nie, nie, wszystko jest pod kontrolą. – Anderson odwrócił się z powrotem do zatrzymanego. Schował pistolet do kabury i wyciągnął swoją komórkę, żeby złożyć meldunek centrali. Wcisnął przycisk powtórnego wybierania, ale nie mógł się połączyć. Spojrzawszy na wyświetlacz, przeczytał komunikat BRAK SYGNAŁU.

Dziwne. Dlaczego…

W jednej chwili – chwili panicznego przerażenia – zdał sobie sprawę, że żaden gliniarz na świecie nie pozwoliłby, żeby podczas aresztowania za jego plecami znalazł się jakiś niezidentyfikowany cywil. Sięgnął do kabury i zaczął się odwracać, lecz w tym samej sekundzie biznesmen złapał go za ramię, a detektyw poczuł w plecach eksplozję bólu.

Anderson krzyknął i osunął się na kolana. Mężczyzna dźgnął go jeszcze raz własnym nożem Ka-bar.

– Nie, błagam, nie…

Mężczyzna odebrał Andersonowi broń i kopnął go, przewracając na mokry chodnik.

Potem podszedł do młodego człowieka, którego Anderson przed chwilą skuł. Obrócił go na bok i popatrzył.

– Rany, ale się cieszę, że tu jesteś – powiedział mężczyzna w kajdankach. – Gość wyskoczył nie wiadomo skąd i myślałem, że już, koniec ze mną. Zdejmij mi to, dobra?

– Cii – rzekł biznesmen i odwrócił się z powrotem do detektywa, który usiłował dotknąć źródła palącego bólu. Gdyby tylko mógł sięgnąć do tego miejsca na plecach, straszliwa męczarnia na pewno by ustała.

Napastnik kucnął obok niego.

– To ty – szepnął do biznesmena Anderson. – Ty zabiłeś Larę Gibson. – Jego wzrok przesunął się na człowieka w kajdankach. – A ten to Fowler.

Mężczyzna skinął głową.

– Zgadza się. – Potem dorzucił: – A ty jesteś Andy Anderson. – W jego głosie zabrzmiała nuta prawdziwego podziwu. – Nie sądziłem, że właśnie ty będziesz mnie ścigał. Jasne, wiedziałem, że pracujesz w wydziale przestępstw komputerowych i będziesz prowadził dochodzenie w sprawie Gibson. Ale nie tu, nie w terenie. Niesamowite… Andy Anderson. Prawdziwy czarodziej.

– Błagam… mam rodzinę! Błagam. Wtedy morderca zrobił coś dziwnego.

Trzymając w jednej dłoni nóż, drugą dotknął brzucha policjanta. Potem przesunął palce po klatce piersiowej detektywa, licząc żebra, pod którymi w szaleńczym rytmie tłukło się serce.

– Błagam – powtórzył Anderson.

Morderca znieruchomiał, po czym nachylił się do ucha Andersona. – Nigdy nie poznasz nikogo tak dobrze jak w takiej chwili – szepnął i kontynuował upiorne badanie jego piersi.

II Demony

Haker nowej generacji; nie należał do trzeciego pokolenia tych, których natchnieniem było niewinne oczarowanie… ale do czwartego pokolenia, pozbawionego prawa głosu, którym powoduje tylko gniew.

Jonathan Littman „The Watchman”

Rozdział 00001010/dziesiąty

O trzynastej do wydziału przestępstw komputerowych wszedł wysoki mężczyzna w szarym garniturze.

Towarzyszyła mu krępa kobieta ubrana w oliwkowozielone spodnium. Eskortowało ich dwóch funkcjonariuszy stanowej w wilgotnych od deszczu mundurach i z ponurymi minami. Wszyscy skierowali się do boksu Stephena Millera.

– Steve? – powiedział wysoki mężczyzna. Miller wstał, przygładzając dłonią rzadkie włosy.

– Witam, kapitanie Bernstein – rzekł.

– Muszę ci coś powiedzieć – odezwał się kapitan tonem, który Wyatt Gillette natychmiast rozpoznał jako zwiastujący tragiczną wiadomość. Spojrzał także na Lindę Sanchez i Tony’ego Motta, którzy podeszli bliżej. – Chciałem przekazać to wam osobiście. W Parku Millikena właśnie znaleźliśmy zwłoki Andy’ego Andersona. Wygląda na to, że zabił go ten sam człowiek, który zamordował Larę Gibson.

– Och – wykrztusiła Sanchez, zasłaniając usta ręką. Zaczęła płakać. – Nie, tylko nie Andy… Nie!

Twarz Motta pociemniała. Wymamrotał coś, czego Gillette nie usłyszał.

Patricia Nolan przez ostatnie pół godziny dyskutowała z Gillette’em, zastanawiając się, jakiego programu mógł użyć morderca, by dostać się do komputera Lary Gibson. W trakcie rozmowy otworzyła torebkę, wyciągnęła małą buteleczkę i przystąpiła do niezbyt stosownej czynności lakierowania paznokci. Teraz pędzelek zawisł bezwładnie w jej palcach. – Boże jedyny.

Stephen Miller przymknął na moment oczy.

– Jak to się stało? – spytał drżącym głosem.

Otworzyły się drzwi, przez które wpadli Frank Bishop i Bob Shelton.

– Słyszeliśmy – rzekł krótko Shelton. – Wróciliśmy jak najszybciej. To prawda?

Zszokowane miny wszystkich nie pozostawiły im żadnych złudzeń.

– Rozmawialiście z jego żoną? – zapytała przez łzy Sanchez. – Boże, on ma małą córeczkę, Connie. Ma dopiero pięć czy sześć lat. – Komendant i psycholog już do nich jadą.

– Jak to się stało, do diabła? – powtórzył Miller.

– Wiemy dość dobrze – rzekł kapitan Bernstein. – Mamy świadka – kobietę, która spacerowała z psem. Andy zatrzymał chyba właśnie niejakiego Petera Fowlera.

– Zgadza się – powiedział Shelton. – To dealer, który naszym zdaniem dostarczył broń mordercy.

– Wygląda jednak na to – ciągnął Bernstein – że Andy wziął Fowlera za mordercę. Blondyn ubrany w kurtkę dżinsową. Włókna znalezione na ciele Lary Gibson musiały się przykleić do noża, który zabójca kupił od Fowlera. W każdym razie kiedy Andy zakuwał Fowlera w kajdanki, zjawił się za nim jakiś biały mężczyzna. Pod trzydziestkę, ciemnowłosy, w granatowym garniturze i z teczką. Dźgnął Andy’ego w plecy. Kobieta pobiegła wezwać pomoc i tylko tyle widziała. Morderca zadźgał też Fowlera.

– Dlaczego Andy nie wezwał wsparcia? – zapytał Mott. Bernstein zmarszczył brwi.

– Właśnie to jest bardzo dziwne – sprawdziliśmy jego komórkę i ostatnim numerem, jaki wybierał, był numer centrali. Rozmowa trwała całe trzy minuty. W centrali nie ma jednak śladu po tym zgłoszeniu, nie rozmawiał z nim żaden z dyżurnych. Nikt nie ma pojęcia, jak to możliwe.

– Prosta sprawa – odezwał się haker. – Włamał się do centrali.

– Pan jest Gillette – powiedział kapitan. Nie oczekiwał potwierdzenia; bransoletka na nodze rzucała się w oczy. – Co to znaczy, że włamał się do centrali?