Выбрать главу

– A to?

– Nie – rzekł Bishop z zupełnie nietypowym dla siebie uśmiechem. – Lepiej niech to nosi.

Niedługo potem do zespołu w CCU dołączyło dwóch ludzi: smagły Latynos, wyjątkowo barczysty i muskularny, jak modelowy okaz z klubu fitness, oraz wysoki detektyw o rudoblond włosach, ubrany w elegancki garnitur z marynarką na cztery guziki, ciemną koszulę i ciemny krawat. Bishop przedstawił ich – byli to detektywi z centrali, Huerto Ramirez i Tim Morgan.

– Chciałbym na początek powiedzieć kilka słów – rzekł Bishop, wpychając niesforną połę koszuli do spodni i stając przed całym zespołem. Spojrzał po twarzach wszystkich, przez moment przyciągając ich wzrok. – Facet, którego ścigamy, jest gotów zabić każdego, kto mu stanie na drodze, choćby policjantów czy niewinnych ludzi. Jest ekspertem od socjotechniki. – Zerknął na nowo przybyłych, Ramireza i Morgana. – Co w skrócie oznacza udawanie kogoś innego i odwracanie uwagi. Ważne, żebyście cały czas przypominali sobie, co już o nim wiemy.

– Mamy chyba dość informacji – ciągnął swój monolog Bishop cichym, lecz pewnym głosem – żeby określić jego wiek na dwadzieścia kilka, trzydzieści lat. Średnia budowa ciała, włosy być może blond, ale prawdopodobnie ciemne, gładko ogolony, ale czasem przykleja sobie sztuczny zarost. Ulubionym narzędziem zbrodni jest nóż Ka-bar, którym zadaje ofiarom śmiertelny cios w klatkę piersiową, podchodząc jak najbliżej. Potrafi włamać się do centrali telefonicznej i przerwać albo przełączyć rozmowy. Ten haker… – spojrzał na Gillette’a – przepraszam, cracker, potrafi włamać się do komputerów policyjnych i zniszczyć zapisane w nich dane. Lubi wyzwania, traktuje zabijanie jak grę. Spędził sporo czasu na wschodnim wybrzeżu, a teraz jest gdzieś w Dolinie Krzemowej, ale nie wiemy gdzie dokładnie. W przebrania zaopatruje się prawdopodobnie w sklepie z rekwizytami teatralnymi przy Camino Real w Mountain View. Jest socjopatą, seryjnym mordercą, który stracił kontakt z rzeczywistością i traktuje to, co robi, jak jedną wielką grę komputerową.

Gillette przyglądał się detektywowi zaskoczony. Wymieniając wszystkie informacje, Bishop stał plecami do białej tablicy. Haker zorientował się, że źle oceniał tego człowieka. Zdawało mu się, że detektyw patrzy nieobecnym wzrokiem w okno, tymczasem on bez przerwy chłonął wszystkie szczegóły.

Bishop pochylił głowę, lecz wciąż na nich patrzył.

– Nie zamierzam stracić nikogo więcej z zespołu. Pilnujcie się więc i nie ufajcie nikomu – nawet ludziom, których, jak się wam wydaje, dobrze znacie. Opierajcie się na założeniu: nic nie jest tym, na co wygląda.

Gillette przyłapał się na tym, że kiwa głową razem ze wszystkimi.

– Ofiary… Wiemy, że wybiera ludzi, do których trudno się zbliżyć. Ludzi, którzy mają ochronę albo systemy zabezpieczeń. Im trudniej, tym lepiej. Musimy o tym pamiętać, próbując przewidzieć jego kolejny ruch. W śledztwie będziemy się trzymać ogólnego planu. Huerto i Tim, obaj pojedziecie do Pało Alto sprawdzić miejsce, gdzie zabił Andersona. Przesłuchacie wszystkich, których znajdziecie w Parku Millikena i w okolicach. Bob i ja nie mieliśmy jeszcze okazji rozmawiać ze świadkiem, który być może widział samochód mordercy pod restauracją, gdzie zginęła Lara Gibson. I tym się teraz zajmiemy. Wyatt, poprowadzisz komputerową stronę śledztwa.

Gillette pokręcił głową, niezupełnie pewien, czy dobrze zrozumiał.

– Słucham?

– Poprowadzisz komputerową stronę śledztwa – powtórzył Bishop. Stephen Miller milczał, ale utkwiwszy chłodne spojrzenie w hakerze, dalej bezcelowo porządkował sterty dyskietek i papierów na biurku.

– Czy powinniśmy zakładać, że podsłuchuje nasze telefony? – zapytał Bishop. – Przecież dzięki temu zabił Andersona.

– Przypuszczam, że istnieje takie ryzyko – odpowiedziała Patricia Nolan. – Ale żeby uzyskać numery naszych komórek, musiałby monitorować setki częstotliwości.

– Zgadzam się – rzekł Gillette. – I nawet gdyby włamać się do centrali, musiałby siedzieć cały dzień ze słuchawkami na uszach, słuchając naszych rozmów. Chyba jednak nie ma na to czasu. W parku był blisko Andy’ego. Dlatego udało mu się ustalić jego częstotliwość.

Poza tym, jak się okazało, niewiele mogli zrobić, by zmniejszyć ryzyko. Miller wyjaśnił, że mimo iż CCU miał szyfrator, urządzenie działało tylko wtedy, gdy rozmówca z drugiej strony też miał szyfrator.

– A bezpieczne telefony komórkowe… – mówił Miller – każdy kosztuje pięć tysięcy dolców.

Nie powiedział nic więcej, co miało zapewne znaczyć, że na takie zabawki CCU nigdy nie będzie stać.

Bishop wysłał Ramireza i Tima Morgana, gliniarza jak ze zdjęć w „GQ”, do Pało Alto. Po wyjściu obu policjantów Bishop zapytał Gillette’a:

– Mówiłeś Andy’emu, że mógłbyś dowiedzieć się czegoś więcej o tym, jak morderca dostał się do komputera Lary Gibson, nie?

– Zgadza się. To, co robi ten facet, na pewno wywołało spory szum w podziemiu hakerów. Muszę więc wejść do Sieci i…

Bishop wskazał jedno ze stanowisk komputerowych.

– To rób, co trzeba, i za pół godziny złóż meldunek.

– Tak po prostu? – zdziwił się Gillette.

– Lepiej się pospiesz. Masz dwadzieścia minut.

– Hm. – Stephen Miller poruszył się.

– O co chodzi? – zapytał detektyw.

Gillette spodziewał się, że cyberglina wygłosi jakiś komentarz na temat swojej degradacji, ale usłyszał coś innego.

– Chodzi o to, że Andy mówił, żeby pod żadnym pozorem nie pracował online. Dostał też sądowy zakaz. To część jego wyroku.

– Wszystko to prawda – rzekł Bishop, zerkając na tablicę. – Ale Andy nie żyje, a sąd nie prowadzi tej sprawy. Tylko ja. – Spojrzał przez ramię na Gillette’a z lekkim zniecierpliwieniem. – Będę ci wdzięczny, jeśli się weźmiesz do roboty.

Rozdział 00001011/jedenasty

Wyatt Gillette usadowił się na krześle. Zajął miejsce w boksie z terminalem położonym w głębi biura, z dala od pozostałych członków zespołu, gdzie było ciemno i cicho.

Wpatrując się w migający na ekranie monitora kursor, przysunął sobie bliżej krzesło i otarł dłonie o nogawki spodni. Po chwili jego palce o zgrubiałych opuszkach zaczęły w szalonym tempie bębnić w czarną klawiaturę. Gillette ani na moment nie odrywał oczu od ekranu. Doskonale znał układ klawiszy i potrafił pisać bezbłędnie z szybkością stu dziesięciu słów na minutę. Kiedy wiele lat temu zaczynał hakować, doszedł do wniosku, że pisanie ośmioma palcami jest zbyt wolne, więc nauczył się nowej techniki, w której posługiwał się także kciukami, nie ograniczając ich roli tylko do wciskania spacji.

Choć był raczej wątły, mięśnie przedramion i palców miał twarde jak skała; w więzieniu, gdzie większość skazańców godzinami podnosiła żelazne ciężarki, Gillette ćwiczył tylko pompki na opuszkach palców, żeby utrzymać w formie najpotrzebniejsze do swojej pasji mięśnie. Teraz tłukł w plastikową klawiaturę, przygotowując się do pracy online.

Większą część dzisiejszego Internetu stanowi połączenie supermarketu, „USA Today”, kina-multipleksu i parku rozrywki. W przeglądarkach i wyszukiwarkach pełno jest postaci z kreskówek i ślicznych obrazków (i mnóstwo przeklętych reklam). Technikę klikania myszką może opanować trzylatek. W każdym nowym okienku czeka nieskomplikowane menu pomocy. Tak wygląda Internet w ładnym opakowaniu dla klienteli, w błyszczących witrynach stron WWW.

Ale rzeczywisty Internet – Internet prawdziwego hakera ukrywający się za fasadą WWW – to dzika i niebezpieczna przestrzeń, w której hakerzy, używając skomplikowanych poleceń oraz programów telnetowych i komunikacyjnych odartych z wszelkich ozdób jak samochody wyścigowe, pędzą po świecie z szybkością światła.