Siedząc w swojej jadalni-pracowni w Los Altos i słuchając płyty z nagraniem „Otella” z Jamesem Earlem Jonesem, Phate wędrował przez elektroniczne archiwum młodego Jamiego Turnera i planował dzisiejsze odwiedziny w szkole im. św. Franciszka.
Wróciły przykre wspomnienia z jego czasów szkolnych, z lekcji matematyki w pierwszej klasie szkoły średniej. Początki nauki Phate’a układały się według łatwego do przewidzenia wzoru. W pierwszym semestrze zbierał same najlepsze noty – A. Ale wiosną jego oceny zaczynały oscylować wokół D i F. Działo się tak dlatego, że przez pierwsze trzy czy cztery miesiące potrafił zwalczyć nudę, ale później męczące stało się nawet chodzenie na zajęcia, więc nieodmiennie opuszczał sporą część drugiego semestru.
Potem rodzice przenosili go do nowej szkoły. I wszystko powtarzało się od nowa.
Panie Holloway, jest pan tutaj?
Właśnie, to zawsze był kłopot Phate’a. Nie, w zasadzie nigdy nie był tam, gdzie wszyscy ani ktokolwiek; wyprzedzał ich o lata świetlne.
Nauczyciele i pedagodzy szkolni naprawdę się starali. Umieszczali go w klasach dla nieprzeciętnie uzdolnionych uczniów, potem uczyli według zaawansowanego programu dla nieprzeciętnie uzdolnionych, ale nie zdołali wzbudzić w nim zainteresowania. A kiedy się nudził, stawał się złośliwy i okrutny. Nauczyciele – jak biedny pan Cummings, który uczył matematyki w pierwszych klasach, ten od incydentu z liczbami ósemkowymi – przestali go pytać w obawie, że mógłby kpić z ich niedouczenia.
Po kilku latach takiej nauki rodzice – oboje naukowcy – niemal dali za wygraną. Zajęci własnym życiem (ojciec był inżynierem elektrykiem, mama chemikiem w firmie kosmetycznej), po szkole z ulgą przekazywali syna kolejnym prywatnym nauczycielom, kupując sobie w ten sposób kilka dodatkowych godzin na pracę. Zaczęli przekupywać brata Phate’a, Richarda, dwa lata starszego od niego, żeby go czymś zajął – co zwykle sprowadzało się do przywiezienia chłopaka na nadbrzeżny pasaż w Atlantic City z salonami gier wideo albo do pobliskich centrów handlowych, gdzie mając w kieszeni sto dolarów w dwudziestopięciocentówkach, spędzał dwanaście godzin od dziesiątej rano do dziesiątej wieczorem.
A jego koledzy szkolni… oczywiście, nie lubili go od pierwszego spotkania. Był „Mózgowcem”, „Łebskim Jonem”, „Panem Czarodziejem”. Z początku go unikali, a wraz z upływem semestru zaczynali bezlitośnie obrzucać obelgami. (Przynajmniej nikt nie miał ochoty sprawiać mu lania, bo, jak powiedział jeden z piłkarzy: „Byle dziewczyna może mu spuścić łomot. Ja tam nie będę się fatygował”).
Tak więc aby ciśnienie w udręczonym mózgu nie rozsadziło mu czaszki, coraz więcej czasu spędzał w miejscu, gdzie naprawdę mógł się sprawdzić: w Świecie Maszyn. A ponieważ rodzice chętnie płacili, żeby nie zawracał im głowy, zawsze miał najlepsze komputery osobiste dostępne na rynku.
Spędzał dzień w szkole, z trudem znosząc lekcje, a o trzeciej pędził do domu i znikał w swoim pokoju, skąd wyruszał do BBS-ów, włamywał się do central telefonicznych albo wślizgiwał do komputerów Narodowej Fundacji Nauki, Ośrodków Kontroli Chorób Zakaźnych, Pentagonu, Los Alamos, Harvardu i CERN. Rodzice, mając wybór między rachunkiem telefonicznym opiewającym na osiemset dolarów a utratą pracy i niekończącymi się spotkaniami z nauczycielami i pedagogami, bardzo chętnie podpisali czek dla New Jersey Bell.
Mimo to było jasne, że chłopak stacza się po równi pochyłej – coraz bardziej stronił od ludzi, wpadał we wściekłość, kiedy nie był online.
Zanim jednak znalazł się na dnie i zanim zdążył, jak wówczas myślał, „zrobić Sokratesa” przy użyciu sporządzonej na podstawie przepisu z Sieci trucizny, stało się coś nieoczekiwanego.
Szesnastoletni Holloway trafił do BBS-u, gdzie toczyła się gra MUD. Ta akurat przebiegała w średniowieczu – rycerze wyruszali na wyprawę po magiczny miecz czy pierścień, coś w tym rodzaju. Przyglądał się przez jakiś czas, a potem wstukał nieśmiało: „Mogę zagrać?”.
Jeden z wytrawnych graczy powitał go serdecznie i spytał: „Kim chcesz być?”.
Młody Jon postanowił zostać rycerzem i ruszył z drużyną swoich braci zabijać orków, smoki i wrogie wojska. Spędził na grze osiem godzin i kiedy się już wylogował i leżał w łóżku, cały czas myślał o tym niezwykłym dniu, nie mogąc zasnąć. Uzmysłowił sobie, że wcale nie musi by Łebskim Jonem, nie musi być pogardzanym Panem Czarodziejem. Przez cały dzień był rycerzem w mitycznej krainie Cyranii i czuł się szczęśliwy. Może w Realu też mógłby zostać kimś innym.
Kim chcesz być?
Następnego dnia zapisał się w szkole na zajęcia pozalekcyjne, czego nigdy dotąd nie robił. Wybrał kółko dramatyczne. Wkrótce przekonał się, że ma zdolności aktorskie. W tej szkole nie mógł już poprawić swojej sytuacji – między Jonem a nauczycielami i kolegami narosło za dużo wrogości – ale nic go to nie obchodziło, miał plan. Pod koniec semestru poprosił rodziców, żeby na następny rok przenieśli go do innej szkoły. Zgodzili się, ponieważ powiedział, że sam zajmie się formalnościami i nie będą się musieli w nic angażować.
Następnej jesieni wśród rozgorączkowanych uczniów zapisujących się do Szkoły Średniej dla Szczególnie Uzdolnionych im. Thomasa Jeffersona był szczególnie rozgorączkowany młodzieniec, Jon Patrick Holloway.
Nauczyciele i pedagodzy obejrzeli jego dokumentację przesłaną e-mailem z poprzednich szkół – z akt wynikało, że we wszystkich klasach od przedszkola miał oceny powyżej B; według entuzjastycznych opinii pedagogów był świetnie adaptującym się i towarzyskim dzieckiem; w testach uzyskiwał wybitne wyniki, byli nauczyciele napisali mu świetne rekomendacje. Rozmowa z miłym młodym człowiekiem – który naprawdę doskonale wyglądał w beżowych spodniach, szaroniebieskiej koszuli i granatowym blezerze – przebiegła bardzo sympatycznie i nowa szkoła powitała go niezwykle serdecznie.
Chłopiec zawsze odrabiał zadane prace, rzadko opuszczał lekcje. Jego oceny utrzymywały się na poziomie dobrym i bardzo dobrym, jak u większości uczniów szkoły im. Thomasa Jeffersona. Pilnie trenował i uprawiał kilka dyscyplin sportowych. Przesiadywał na trawiastym wzgórzu za szkołą, gdzie gromadziła się elita uczniowska, ukradkiem popalał papierosy i kpił sobie z cybermaniaków i nieudaczników. Umawiał się z dziewczynami, chodził na potańcówki, pracował przy dekoracjach na zjazdy absolwentów.
Tak jak wszyscy.
Siedział w kuchni w domu Susan Coyne z rękami pod jej bluzką, czując smak aparatu korekcyjnego na jej zębach. Razem z Billym Pickfordem wzięli starą corvette jego ojca i pojechali na autostradę, gdzie rozpędzili auto do setki, a potem pędem wrócili do domu, gdzie zdemontowali i cofnęli licznik.
Czasem bywał zadowolony, czasem w złym humorze, czasem niesforny.
Tak jak wszyscy.
W wieku siedemnastu lat Jon Holloway za pomocą socjotechniki wykreował się na jednego z najbardziej normalnych i lubianych dzieciaków w szkole.
Był tak lubiany, że na pogrzebie jego rodziców i brata zjawił się największy tłum w historii miasteczka w New Jersey, gdzie mieszkali. (Zdaniem przyjaciół rodziny to prawdziwy cud, że młody Jon zabrał swój komputer do naprawy w sobotę rano, kiedy nastąpił wybuch gazu i wszyscy w domu zginęli).
Spoglądając wstecz na swoje życie, Jon Holloway doszedł do wniosku, iż Bóg i rodzice tak je spieprzyli, że jedyne, co może zrobić, żeby przetrwać, to spojrzeć na nie jak na grę MUD.
A teraz znów grał.
Kim chcesz być?
W piwnicy swojego ładnego domu na przedmieściach Los Al-tos Phate zmył krew z noża Ka-bar i zaczął go ostrzyć, ciesząc się syczącym odgłosem, jaki wydawało ostrze, stykając się ze stalową ostrzałką, którą kupił w Williams-Sonoma.