Выбрать главу

– Przypuszczam, że istotnie jest pan w stanie to zrobić. Nastąpiła chwila milczenia.

– Ma pan na imię Frank, tak?

– Tak jest.

– A więc posłuchaj, Frank. Między nami gliniarzami. Czy ten człowiek pomógł wam w śledztwie?

Poza jednym drobiazgiem…

– Bardzo – odparł Bishop. – Widzi pan, sprawca to ekspert komputerowy. Nie dalibyśmy rady bez kogoś takiego jak osoba, o której rozmawiamy.

Znów chwila ciszy.

– Powiem tak – odezwał się Chambers. – Osobiście nie uważam go za diabła wcielonego, jak niektórzy go u nas odmalowują. Nie było żadnych pewnych dowodów na to, że złamał nasz system. Ale wiele osób w Waszyngtonie uważa, że to zrobił i w departamencie zanosi się na polowanie na czarownice. Jeśli naruszył prawo, pójdzie do więzienia. Ale ja jestem skłonny wierzyć w jego niewinność, jeśli nie udowodni mu się winy.

– Tak jest – powiedział Bishop, po czym dodał delikatnie. – Mógłby pan spojrzeć na to w ten sposób: jeżeli jakiś dzieciak może złamać wasz kod, to może lepiej napisać lepszy.

Pięknie, przez taką uwagę mogę pożegnać się z robotą, pomyślał detektyw.

Lecz Chambers parsknął śmiechem.

– Nie jestem pewien, czy Standard 12 rzeczywiście jest tak doskonały, jak go reklamują – powiedział. – Ale w szyfrowaniu pracuje u nas wiele osób, które nie chcą tego słuchać. Wolą pozostać w ukryciu i na pewno nie spodobałoby się im, gdyby zaczęły ich pokazywać media. Jest tu taki zastępca podsekretarza stanu, Peter Kenyon, który narobiłby w portki, gdyby się dowiedział, że nasz bezimienny wydostał się więzienia i mogą go pokazać w wiadomościach. Widzisz, Kenyon był szefem zespołu, który zamówił Standard 12.

– Tylko się głośno zastanawiałem.

– Kenyon nie wie, że ptaszek wyfrunął, ale słyszał plotki i jeżeli się dowie, może to się bardzo źle skończyć dla mnie i wielu innych osób. – Pozwolił Bishopowi przemyśleć przez chwilę subtelności wewnętrznych rozgrywek rządowych. – Zanim trafiłem do tego biurokratycznego bagna, byłem gliną – dodał Chambers.

– Gdzie?

– Byłem żandarmem w marynarce. Większość czasu spędzałem w San Diego.

– Rozdzielał pan ludzi, którzy wdawali się w bójki, tak?

– Tylko kiedy wygrywali żołnierze. Posłuchaj, Frank, jeżeli chłopak pomaga wam złapać mordercę, w porządku, niech robi to dalej. Może u was zostać do końca obowiązywania nakazu.

– Dziękuję panu.

– Nie muszę ci chyba jednak przypominać, że to ty pójdziesz do odstrzału, jeżeli włamie się na czyjąś stronę. Albo jeśli zniknie.

– Tak jest, rozumiem.

– Informuj mnie na bieżąco, Frank. Głos po drugiej stronie zamilkł.

Bishop odłożył słuchawkę i pokręcił głową.

Przykro mi…

– O co chodziło? – zapytał Shelton.

Wyjaśnienia detektywa przerwał triumfalny okrzyk Millera.

– Mam coś! – zawołał podniecony.

Linda Sanchez kiwała ze znużeniem głową.

– Udało się nam odzyskać listę witryn, na których logował się Gillette tuż przed ucieczką.

Podała Bishopowi kilka wydruków. Widniało na nich mnóstwo tajemniczych symboli komputerowych, fragmentów danych i tekstów, które nic nie mówiły detektywowi. Jednak w gąszczu maszynowego bełkotu dostrzegł numery linii lotniczych i informacje o wieczornych połączeniach zagranicznych z międzynarodowego lotniska San Francisco.

Miller podał mu jeszcze jeden arkusz.

– Ściągnął też sobie to – rozkład jazdy autobusów z Santa Clara na lotnisko. – Pękaty detektyw uśmiechnął się uradowany, prawdopodobnie ciesząc się z tego, że udało mu się zrewanżować za wcześniejszą gafę.

– Ale jak zamierza zapłacić za bilet? – zastanawiał się głośno Shelton.

– Pieniądze? Żartujesz? – odezwał się Tony Mott, parskając pogardliwym śmiechem. – Pewnie stoi już przy bankomacie i opróżnia twoje konto.

Bishopowi przyszła do głowy pewna myśl. Poszedł do laboratorium, podniósł słuchawkę telefonu i wcisnął przycisk powtórnego wybierania numeru.

Przez chwilę rozmawiał z kimś, kto zgłosił się po drugiej stronie. Potem odłożył słuchawkę.

Następnie zrelacjonował zespołowi przebieg rozmowy.

– Przed ucieczką Gillette dzwonił do lumpeksu w Santa Clara, kilka mil stąd. Sklep jest zamknięty, ale sprzedawca jeszcze w nim siedzi. Powiedział, że dwadzieścia minut temu był tam ktoś odpowiadający rysopisowi Gillette’a. Kupił czarny trencz, parę białych dżinsów, czapkę z logo A Oakland i torbę sportową. Sprzedawca zapamiętał go, bo facet cały czas rozglądał się nerwowo. Gillette pytał go jeszcze, gdzie jest najbliższy przystanek autobusowy. A na przystanku najbliżej sklepu zatrzymuje się autobus jadący na lotnisko.

– Droga na lotnisko trwa jakieś czterdzieści pięć minut – rzekł Tony Mott. Sprawdził pistolet i zaczął wstawać.

– Nie, Mott – powiedział Bishop. – Mamy w tym większe doświadczenie.

– Daj spokój – upierał się młody policjant. – Jestem w lepszej formie niż pozostałe dziewięćdziesiąt procent zespołu. Co tydzień robię na rowerze sto mil i biegam dwa maratony rocznie.

– Nie płacimy ci za to, żebyś zamęczył Gillette’a bieganiem. Zostaniesz tutaj. Albo jeszcze lepiej, pojedziesz do domu i trochę odpoczniesz. Ty też, Lindo. Bez względu na to, co się stanie z Gillette’em, sporo się jeszcze napracujemy, żeby znaleźć mordercę.

Mott pokręcił głową z dezaprobatą, niezadowolony z rozkazu detektywa. Ale musiał się zgodzić.

– Za dwadzieścia minut możemy być na lotnisku – powiedział Bob Shelton. – Zadzwonię na posterunek policji lotniska i podam jego rysopis. Obstawią wszystkie przystanki autobusowe. Ale sam chcę być przed terminalem międzynarodowym. Nie mogę się doczekać jego miny, gdy mnie zobaczy.

Na twarzy grubego detektywa zagościł uśmiech, jaki Bishop zobaczył u niego po raz pierwszy od wielu dni.

Rozdział 00010100/dwudziesty

Wyatt Gillette wysiadł z autobusu i przyglądał się, jak odjeżdża z przystanku. Spojrzał w ciemne niebo. Przesuwały się po nim szybko widma chmur, rosząc ziemię kroplami deszczu. Wilgoć wydobywała zapachy Doliny Krzemowej: spaliny i woń eukaliptusów przywodzącą na myśl lekarstwa.

Autobus – który wcale nie jechał na lotnisko, tylko objeżdżał okręg Santa Clara, zatrzymując się w różnych miejscach – wysadził go na ciemnej, pustej ulicy na ładnym przedmieściu Sunnyvale, dziesięć mil od lotniska San Francisco, gdzie Bishop, Shelton i kupa glin będą gorączkowo szukać fana drużyny A z Oakland ubranego w białe dżinsy i czarny płaszcz.

Gdy tylko wyszedł z lumpeksu, wyrzucił ten strój i ze skrzynki przed wejściem, gdzie składano darowaną odzież, ukradł inne rzeczy, w które zaraz potem się przebrał – beżową kurtkę i niebieskie dżinsy. Zostawił sobie tylko płócienną torbę sportową.

Otwierając parasol i ruszając w głąb słabo oświetlonej ulicy, Gillette wziął głęboki oddech, aby się uspokoić. Nie martwił się, że go złapią – dobrze zatarł za sobą ślady w CCU, odwiedzając strony internetowe linii lotniczych i sprawdzając informacje na temat połączeń międzynarodowych, a potem ustawiając czas uruchomienia programu czyszczącego – żeby skierować uwagę całego zespołu na fałszywy trop i utrzymać ich w przekonaniu, że chce uciec za granicę.

Nie, Gillette denerwował się jak diabli, gdy myślał o miejscu, do którego zmierzał.

Minęło wpół do jedenastej i w oknach wielu domów było już ciemno. Ich właściciele poszli już spać, ponieważ dzień w Dolinie Krzemowej zaczynał się bardzo wcześnie.