Szedł na północ, oddalając się od El Camino Real, wkrótce więc ucichły odgłosy dobiegające z tej ruchliwej i tętniącej życiem ulicy.
Po dziesięciu minutach zobaczył przed sobą ten dom i zwolnił kroku.
Nie, upomniał się w duchu. Nie zatrzymuj się… Nie zachowuj się podejrzanie. Znów ruszył, wbijając wzrok w chodnik, unikając spojrzeń nielicznych przechodniów. Jakaś kobieta w śmiesznym plastikowym kapeluszu przeciwdeszczowym spacerowała z psem. Dwóch mężczyzn zaglądało pod maskę samochodu. Jeden trzymał parasol i latarkę, drugi mocował się z kluczem.
Mimo to, zbliżając się do starego, klasycznego kalifornijskiego bungalowu, Gillette zwalniał coraz bardziej, zatrzymując się zupełnie w odległości dwudziestu stóp od domu. Płytka elektroniczna w torbie, która ważyła zaledwie kilka uncji, zaczęła mu nagle ciążyć jak ołów.
No, dalej, nakazał sobie. Musisz to zrobić. Idź.
Głęboki oddech. Zamknął oczy, opuścił parasol i zadarł głowę, wystawiając twarz na deszcz.
Zastanawiał się, czy to, co chce zrobić, to wspaniały pomysł, czy zupełna głupota. Co ryzykował?
Wszystko, pomyślał.
Uznał jednak, że to bez znaczenia. Nie miał wyboru. Gillette ruszył naprzód w stronę domu. Zdjęli go trzy sekundy później.
Kobieta odwróciła się nagle i zabiegła mu drogę, a jej pies – owczarek niemiecki – zaczął groźnie warczeć. Trzymała pistolet, krzycząc:
– Stać, Gillette! Stać!
Mężczyźni rzekomo naprawiający auto też wyciągnęli broń i ruszyli biegiem w jego stronę, oślepiając go blaskiem latarek.
Oszołomiony Gillette upuścił parasol i torbę sportową. Podniósł ręce i cofnął się wolno. Poczuł na ramieniu silny uścisk i odwrócił się. Zobaczył za sobą Franka Bishopa i Boba Sheltona, który trzymał wielki czarny pistolet wycelowany prosto w jego pierś.- Skąd wiedzie… – zaczął Gillette.
Ale wtedy wystrzeliła pięść Boba Sheltona, lądując prosto na jego szczęce. Głowa poleciała mu do tyłu i Gillette jak nieprzytomny runął na chodnik.
Frank Bishop podał mu chusteczkę, wskazując na jego szczękę. – Jeszcze tutaj. Nie, bardziej z prawej. Gillette starł krew.
Uderzenie Sheltona nie było bardzo silne, ale kostki detektywa rozcięły mu skórę i do rany dostały się krople deszczu, wzmagając piekący ból.
Jeśli nie liczyć zaoferowania mu chusteczki, Bishop w ogóle nie zareagował na cios zadany przez swojego partnera. Kucnął i otworzył płócienną torbę. Wyciągnął płytkę i zaczął ją obracać w palcach.
– A to co, bomba? – spytał z roztargnieniem świadczącym o tym, że nie spodziewa się usłyszeć odpowiedzi twierdzącej.
– Taka rzecz, którą zrobiłem – wymamrotał Gillette, przyciskając dłoń do nosa. – Wolałbym, żeby nie zmokła.
Bishop wstał i wsunął płytkę do kieszeni. Shelton patrzył na niego, a jego dziobata i poczerwieniała twarz lśniła od deszczu. Gillette lekko się skulił, zastanawiając się, czy detektyw nie straci panowania nad sobą i nie uderzy go ponownie.
– Skąd wiedzieliście? – spytał znowu Gillette.
– Byliśmy już w drodze na lotnisko – odrzekł Bishop – ale przemyślałem wszystko jeszcze raz. Gdybyś naprawdę sprawdzał coś związanego z prawdziwym celem ucieczki, od razu zniszczyłbyś twardy dysk. Nie ustawiałbyś tego programu, żeby włączył się dopiero później. W ten sposób naprowadziłeś nas tylko na wskazówki, według których powinniśmy cię szukać na lotnisku. Tak sobie zaplanowałeś, prawda?
Gillette skinął głową.
– I po co w ogóle miałbyś udawać, że lecisz do Europy? Przecież zatrzymaliby cię na kontroli celnej.
– Nie miałem zbyt wiele czasu na szczegółowe planowanie – mruknął Gillette.
Detektyw spojrzał na ulicę.
– Wiesz, jak się domyśliliśmy, że zamierzałeś tu przyjechać, prawda?
Oczywiście, że wiedział. Bishop zadzwonił do operatora telefonicznego i dowiedział się, z jakim numerem łączył się Gillette, zanim zadzwonił do sklepu. Potem dostał adres domu, przed którym stali, i zdążył urządzić zasadzkę.
Gdyby sposób, w jaki Bishop rozpracował jego ucieczkę i zorganizował zasadzkę, był programem komputerowym, Gillette jako haker musiałby go nazwać gigakludgem.
– Powinienem włamać się do centrali Pac Bell i zmienić rejestr rozmów lokalnych – powiedział. – I zrobiłbym to, gdybym miał czas.
Szok spowodowany aresztowaniem zaczął ustępować i Gillette’a zaczęła ogarniać rozpacz – zwłaszcza gdy spoglądał na kieszeń płaszcza Bishopa, gdzie pod materiałem rysował się kształt jego elektronicznego dzieła. A był już tak blisko celu, o którym myślał obsesyjnie od wielu miesięcy. Spojrzał na dom. Światła w oknach paliły się ciepło i zachęcająco.
– To ty jesteś Shawn, prawda? – zapytał Shelton. – Nie, to nie ja. Nie wiem, kim jest Shawn.
– Ale byłeś Valleymanem, zgadza się?
– Tak. Byłem członkiem Rycerzy Dostępu.
– Znasz Hollowaya?
– Znałem.
– Jezu – ciągnął korpulentny detektyw. – Oczywiście, że to ty jesteś Shawn. Wszyscy macie po kilkanaście różnych tożsamości. Właśnie jechałeś na spotkanie z Phate’em. – Złapał hakera za kołnierz kurtki z lumpeksu.
Tym razem wtrącił się Bishop, który dotknął ramienia partnera. Shelton puścił Gillette’a, lecz cały czas wskazywał dom i mówił cichym głosem, w którym pobrzmiewała nuta groźby. – Phate mieszka tu jako Donald Papándolos. To do niego dzwoniłeś z CCU – kilka razy zresztą. Żeby go ostrzec przed nami. Widzieliśmy billing od operatora.
Gillette pokręcił przecząco głową.
– Nie, ja…
– Budynek okrążają już oddziały specjalne – ciągnął Shelton. – A ty pomożesz nam go stamtąd wykurzyć.
– Nie mam pojęcia, gdzie jest Phate. Ale mogę wam przysiąc, że na pewno nie w tym domu.
– To kto tam mieszka? – spytał Bishop. – Moja żona. To dom jej ojca.
Rozdział 00010101/dwudziesty pierwszy
Dzwoniłem do Elany – wyjaśnił Gillette. – Miałeś rację. Rzeczywiście, byłem online, kiedy pierwszy raz przyjechałem do CCU – dodał, zwracając się do Sheltona. – Skłamałem wtedy. Dostałem się do DMV, żeby sprawdzić, czy nadal mieszka u ojca. Potem zadzwoniłem wieczorem, żeby sprawdzić, czy jest w domu.
– Myślałem, że jesteś rozwiedziony – powiedział Bishop. – Bo jestem. – Zawahał się. – Ale ciągle uważam ją za swoją żonę.
– Elana – rzekł Bishop. – Nosi nazwisko „Gillette”?
– Nie. Wróciła do panieńskiego nazwiska. Papándolos.
– Sprawdź – powiedział Bishop do Sheltona. Detektyw zadzwonił i po chwili skinął głową.
– To ona. Jej adres. Dom należy do Donalda i Irene Papandolosów. Czysty.
Bishop nałożył mikrofon ze słuchawką i powiedział do aparatu:
– Alonso? Tu Bishop. Jesteśmy prawie pewni, że tam są niewinni ludzie. Zajrzyj do domu i powiedz, co widzisz. – Na parę minut zapadła cisza. Potem Bishop spojrzał na Gillette’a. – Kobieta, sześćdziesiąt kilka lat, siwe włosy.
– To matka Elany, Irene.
– Dwudziestokilkuletni mężczyzna.
– Czarne, kręcone włosy?
Bishop powtórzył pytanie do mikrofonu i po chwili kiwnął głową.
– To jej brat, Christian.
– Jest jeszcze jakaś blondynka, trzydzieści kilka lat. Czyta dwóm małym chłopcom.