– Dziesięć minut.
Najpierw zobaczył oświetloną od tyłu sylwetkę.
Nie miał jednak wątpliwości, że to Ellie. Zmysłowa figura, burza długich, ciemnych włosów, które spływając do połowy pleców, wydawały się jeszcze gęstsze i bardziej splątane. Okrągła twarz.
Jedyną oznaką napięcia był kurczowy uścisk jej dłoni na klamce. Przez siatkę na drzwiach widział, że jej palce pianistki poczerwieniały od wysiłku.
– Wyatt… – szepnęła. – Czy oni…?
– Zwolnili mnie? – Pokręcił przecząco głową.
Błysnęły jej oczy, gdy spojrzała ponad jego ramieniem i dostrzegła czujnego Franka Bishopa, który czekał na chodniku.
– Wyszedłem tylko na parę dni – ciągnął Gillette. – Coś w rodzaju zwolnienia warunkowego. Pomagam im kogoś znaleźć – Jona Hollowaya.
– Kumpla z gangu – mruknęła.
– Miałaś od niego jakieś wiadomości? – spytał.
– Ja? Nie. Po co miałby się ze mną kontaktować? Zresztą nie widuję już żadnych twoich kumpli. – Obejrzała się przez ramię na dzieci siostry i wyszła przed dom, zamykając za sobą drzwi, jak gdyby chciała jednoznacznie oddzielić Gillette’a – i całą przeszłość – od swego obecnego życia.
– Co ty tu robisz? Skąd wiedziałeś, że… Zaraz. To te głuche telefony. Na wyświetlaczu cały czas było „połączenie zablokowane”. To ty.
Skinął głową.
– Chciałem się upewnić, że jesteś w domu.
– Dlaczego? – spytała z goryczą.
Jej ton zabrzmiał okropnie. Gillette pamiętał go z procesu. I przypomniał sobie to pytanie. „Dlaczego?”. Zanim trafił do więzienia, często je od niej słyszał.
Dlaczego nie rzuciłeś tych cholernych komputerów? Nie trafiłbyś do więzienia, nie straciłbyś mnie. Dlaczego?
– Chciałem z tobą porozmawiać – powiedział.
– Nie mamy o czym, Wyatt. Mieliśmy parę dobrych lat na rozmowy, ale ty miałeś inne rzeczy do roboty.
– Proszę – rzekł, wyczuwając, że Ellie za chwileczkę cofnie się do domu. Usłyszał we własnym głosie rozpacz, ale miał w nosie dumę. – Wyrósł. – Gillette wskazał bukszpan. Elana spojrzała na krzew i na chwilę jej zacięta mina złagodniała. Parę lat temu, pewnego ciepłego wieczoru w listopadzie kochali się pod tym krzewem, podczas gdy jej rodzice oglądali w domu wyniki wyborów.
Wróciło do niego więcej wspomnień z ich wspólnego życia – restauracja ze zdrową żywnością w Pało Alto, którą odwiedzali w piątki, wyprawy o północy po pudełko poptartów i pizzę, przejażdżki rowerowe po kampusie Stanforda. Przez moment Wyatt Gillette beznadziejnie zatracił się w tych obrazach z przeszłości.
Później jednak twarz Elany znów stężała. Jeszcze raz zajrzała do domu przez przysłonięte firanką okno. Dzieci, ubrane już w piżamy, pobiegły truchtem w głąb domu, znikając im z oczu. Elana odwróciła się, spoglądając na tatuaż na jego ramieniu przedstawiający palmę i mewę. Przed laty powiedział jej, że chciałby go usunąć. Wtedy spodobał się jej ten pomysł, ale on nigdy się nie zdecydował. Teraz odniósł wrażenie, że ją rozczarował.
– Co u Camilli i dzieci? – W porządku.
– A u rodziców?
– Czego chcesz, Wyatt? – spytała zirytowana Elana.
– Przyniosłem ci to.
Podał jej płytkę elektroniczną i wyjaśnił, co to jest. – Po co mi to dajesz?
– Jest warte dużo pieniędzy. – Dał jej kartkę ze specyfikacją techniczną, którą napisał w autobusie. – Poszukaj sobie adwokata na Sand Hill Road i sprzedaj jakiejś dużej firmie. Compaq, Apple czy Sun. Będą chcieli licencję, w porządku, ale niech najpierw zapłacą ci dużą zaliczkę. Bezzwrotną. Nie tylko tantiemy. Adwokat będzie wiedział.
– Nie chcę tego.
– To nie jest prezent. Oddaję dług. Przeze mnie straciłaś dom i oszczędności. Dzięki temu możesz odzyskać jedno i drugie.
Popatrzyła na płytkę leżącą na jego otwartej dłoni, ale jej nie wzięła.
– Powinnam już iść.
– Zaczekaj – rzekł. Miał jej jeszcze tyle do powiedzenia. Całe dni ćwiczył sobie tę przemowę, próbując nadać swoim argumentom jak najlepszą formę.
Jej silne palce o paznokciach pomalowanych na jasny fiolet ściskały teraz mokrą poręcz werandy. Elana spojrzała na zalane deszczem podwórko.
Patrzył na jej ręce, włosy, podbródek, stopy.
Nie mów tego, nakazał sobie. Nie. Mów. Tego.
Jednak powiedział.
– Kocham cię.
– Nie – odrzekła ostro, podkreślając swój sprzeciw gwałtownym gestem, jak gdyby chciała odbić jego słowa.
– Chcę spróbować jeszcze raz.
– Za późno, Wyatt.
– Myliłem się. To, co zrobiłem, już się nigdy nie powtórzy.
– Za późno – powtórzyła.
– Poniosło mnie. Nie miałem dla ciebie czasu. Teraz będę miał. Obiecuję. Chciałaś dzieci. Możemy jeszcze mieć dzieci.
– Ty masz komputery. Po co ci dzieci?
– Zmieniłem się.
– Siedzisz w więzieniu. Nie miałeś jeszcze okazji komukolwiek udowodnić – nawet sobie – że w ogóle potrafisz się zmienić.
– Chcę założyć z tobą rodzinę.
Podeszła do drzwi i uchyliła osłonę z siatki.
– Też tego chciałam. Sam widzisz, jak to się skończyło.
– Nie wyjeżdżaj do Nowego Jorku – wyrzucił z siebie nagle. Elana stanęła jak wryta i odwróciła się.
– Do Nowego Jorku?
– Przeprowadzasz się do Nowego Jorku ze swoim przyjacielem Edem.
– Skąd wiesz o Edzie?
Tracąc nad sobą panowanie, spytał: – Wyjdziesz za niego?
– Skąd o nim wiesz? – powtórzyła. – I skąd wiesz o Nowym Jorku?
– Nie rób tego, Elano. Zostań. Daj mi…
– Skąd? – syknęła.
Gillette spuścił głowę, spoglądając na krople deszczu rozpryskujące się na szarych deskach werandy.
– Włamałem się na twoje konto e-mailowe i przeczytałem pocztę.
– Co? – Puściła siatkową osłonę, która się zatrzasnęła. Grecki temperament zaróżowił jej piękną twarz.
Nie było odwrotu.
– Kochasz Eda? – wyrzucił z siebie. – Wyjdziesz za niego?
– Chryste, nie wierzę! Z więzienia? Włamałeś się na moje konto z więzienia?
– Kochasz go?
– Nic ci do Eda. Miałeś okazję założyć ze mną rodzinę, ale postanowiłeś inaczej. Nie masz żadnego prawa wtrącać się w moje życie osobiste!
– Proszę…
– Nie! Ed i ja rzeczywiście jedziemy do Nowego Jorku. Za trzy dni. I choćbyś nie wiem co zrobił, nie powstrzymasz mnie. Żegnaj, Wyatt. Nie zawracaj mi więcej głowy.
– Kocham…
– Nikogo nie kochasz – przerwała mu. – To tylko socjotechnika. Weszła do domu, zamykając za sobą cicho drzwi.
Gillette zszedł po schodkach do Bishopa.
– Jaki jest numer telefonu do CCU? – zapytał.
Bishop podał mu numer, który haker zapisał na specyfikacji i zanotował obok „Zadzwoń, proszę”. Potem owinął płytkę w arkusz i zostawił w skrzynce na listy.
Ruszyli z Bishopem w kierunku samochodu po mokrym chodniku z grubego piaskowca. Detektyw ani słowem nie skomentował tego, co przed chwilą rozegrało się na werandzie.
Gdy zbliżyli się do forda – jeden o nienagannej postawie, drugi wiecznie zgarbiony – z cienia po drugiej stronie ulicy wyłonił się jakiś mężczyzna.
Był szczupły, miał pod czterdziestkę, staranną fryzurę i wąsy. W pierwszej chwili Gillette odniósł wrażenie, że jest gejem. Miał na sobie płaszcz, ale był bez parasola. Haker zauważył, że kiedy mężczyzna do nich podszedł, ręka detektywa zawisła nad pistoletem.