Nieznajomy zwolnił i ostrożnym ruchem wyjął portfel, pokazując odznakę i legitymację.
– Charlie Pittman, biuro szeryfa okręgu Santa Clara. Bishop uważnie obejrzał legitymację i uznał, że dokumenty Pittmana są w porządku.
– Jesteście ze stanowej? – zapytał Pittman.
– Frank Bishop.
Pittman zerknął na Gillette’a. – A pan…
Zanim haker zdążył się odezwać, Bishop spytał:
– Czym możemy ci służyć, Charlie?
– Prowadzę śledztwo w sprawie Petera Fowlera.
Gillette przypomniał sobie, że to handlarz bronią, którego Phate zabił na Kopcu Hakerów po zamordowaniu Andy’ego Andersona.
– Dowiedzieliśmy się, że miała tu być jakaś akcja związana z naszą sprawą.
Bishop pokręcił głową.
– Fałszywy alarm. Raczej ci nie pomożemy. Dobranoc. Chciał go wyminąć, dając znak Gillette’owi, by poszedł za nim, lecz Pittman rzekł:
– Śledztwo ma pod górkę, Frank. Każda informacja będzie na wagę złota. Ludzie ze Stanforda są zaszokowani tym, że ktoś sprzedawał broń w kampusie. I my dostajemy za to w tyłek.
– Nie zajmujemy się bronią w tej sprawie. Szukamy faceta, który zabił Fowlera, ale jeżeli potrzebujesz informacji, będziesz musiał zwrócić się do centrali w San José. Znasz procedurę.
– Tam jest centrum dowodzenia akcją?
Bishop znał pewnie zasady działania policji równie dobrze jak mroczne strony życia na ulicach Oakland. Odpowiedział więc wymijająco:
– Z nimi powinieneś pogadać. Kapitan Bernstein na pewno chętnie ci pomoże.
Ciemne oczy Pittmana zmierzyły Gillette’a od stóp do głów. Potem spojrzały w mroczne niebo.
– Niedobrze mi od tej pogody. Mogłoby już przestać padać. – Ponownie spojrzał na Bishopa. – Dobrze wiesz, Frank, że my, ludzie z prowincji, zawsze dostajemy czarną robotę. Przegrywamy w każdym rozdaniu i kończy się na tym, że robimy coś, co ktoś już wcześniej zrobił. Czasem zaczyna mnie to męczyć.
– Bernstein to chodząca szlachetność. Pomoże wam, jeżeli tylko będzie mógł.
Pittman jeszcze raz popatrzył na Gillette’a, zastanawiając się zapewne, co tutaj robi chudzielec w brudnej kurtce – na pewno nie glina.
– Powodzenia – powiedział Bishop.
– Dzięki, detektywie. – Pittman zniknął w ciemnościach nocy. Kiedy wsiedli do radiowozu, Gillette powiedział:
– Naprawdę nie mam ochoty wracać do San Ho.
– Ja wracam do CCU przejrzeć to, co już mamy, i trochę się zdrzemnąć. Nie widziałem tam aresztu.
– Już więcej nie ucieknę – obiecał Gillette. Bishop nie odpowiedział.
– Nie chcę wracać do pudła. – Detektyw nadal milczał, więc haker dodał: – Jeśli mi nie ufasz, przykuj mnie do krzesła.
– Zapnij pas – rzekł Bishop.
Rozdział 00010110/dwudziestydrugi
W porannej mgle szkoła Junípero Serra wyglądała idyllicznie. Ekskluzywna placówka prywatna zajmowała osiem akrów położone między centrum badawczym Xerox w Palo Alto a jednym z wielu budynków Hewlett Packarda niedaleko Uniwersytetu Stanforda. Cieszyła się doskonałą reputacją i prawie wszyscy jej uczniowie trafiali do wybranych przez siebie (no, właściwie przez rodziców) szkół. Otoczenie było niezwykle malownicze, a pracownicy zarabiali wyjątkowo dobrze.
Jednak w tym momencie kobieta, która od kilku lat pracowała jako recepcjonistka szkoły, w ogóle nie myślała o dobrodziejstwach, jakie dawała jej lukratywna posada; miała oczy pełne łez i z trudem opanowywała drżenie głosu.
– Boże, mój Boże – szepnęła. – Joyce była tu ledwie pół godziny temu, przywiozła małą. Widziałam ją, czuła się doskonale. Pół godziny temu.
Stał przed nią młody mężczyzna o rudawych włosach i wąsach, ubrany w drogi garnitur. Miał zaczerwienione oczy, jakby też płakał i zaciskał dłonie gestem zdradzającym wielkie zdenerwowanie.
– Jechała z Donem do Napa. Do winnicy. Mieli się spotkać z inwestorami Dona na lunchu.
– Co się stało? – spytała niemal bez tchu.
– Autobus wiozący sezonowych robotników… skręcił ostro i wjechał prosto w nich.
– Boże – powtórzyła. Widząc przechodzącą obok kobietę, recepcjonistka powiedziała: – Amy, chodź tutaj.
Kobieta była ubrana w jaskrawoczerwony kostium i trzymała w dłoni kartkę opatrzoną nagłówkiem „Plan lekcji”. Kiedy podeszła, recepcjonistka poinformowała ją szeptem:
– Joyce i Don Wingate mieli wypadek. – Nie!
– Wygląda na to, że poważny. – Recepcjonistka wskazała mężczyznę. – To brat Dona, Irv.
Powitali się skinieniem głowy, po czym wstrząśnięta Amy spytała:
– Co z nimi?
Brat przełknął ślinę przez ściśnięte gardło i odchrząknął.
– Będą żyć. Tak przynajmniej mówią lekarze. Ale wciąż oboje są nieprzytomni. Mój brat złamał kręgosłup. – Powstrzymał szloch.
Recepcjonistka otarła łzy.
– Joyce tak aktywnie działa w stowarzyszeniu nauczycieli i rodziców. Wszyscy ją uwielbiają. Możemy coś zrobić?
– Jeszcze nie wiem. – Irv pokręcił głową. – Nie potrafię zebrać myśli.
– No tak, oczywiście.
– Ale wszyscy w szkole będą do dyspozycji, gdy tylko będzie pan potrzebował pomocy – powiedziała Amy i po chwili przywołała postawną pięćdziesięciokilkuletnią kobietę. – Och, pani Nagler!
Dama w szarym kostiumie zbliżyła się i spojrzała na Irva, który skinął jej głową.
– Pani Nagler – rzekł. – To pani jest tu dyrektorem, zgadza się?
– Owszem.
– Jestem Irv Wingate, wuj Samanthy. Poznaliśmy się w zeszłym roku na wiosennych występach w szkole. Podała mu rękę.
Wingate streścił historię wypadku. – Boże, nie – wyszeptała pani Nagler. – Tak mi przykro. – Jest tam teraz Kathy, moja żona – powiedział Irv. – Przyjechałem po Samanthę.
– Oczywiście.
Mimo swego współczucia pani Nagler rządziła w szkole twardą ręką i nie zamierzała odstąpić od obowiązujących reguł. Pochyliła się nad komputerem i wstukała coś palcami o krótko obciętych i pozbawionych lakieru paznokciach. Zerknęła na monitor i powiedziała:
– Jest pan na liście krewnych upoważnionych do odbierania Samanthy. – Wcisnęła kolejny klawisz, a na ekranie pojawiło się zdjęcie Irvinga Wingate’a z prawa jazdy. Dyrektorka porównała jego twarz – wszystko świetnie się zgadzało. – Obawiam się jednak, że musimy sprawdzić jeszcze jedną rzecz – powiedziała. – Mogę zobaczyć pańskie prawo jazdy?
– Oczywiście. – Irv pokazał jej dokument. Zdjęcie zgadzało się z rzeczywistością i fotografią w komputerze.
– Przykro mi, ale jeszcze jedno. Wie pan, że pański brat przykładał wielką wagę do zabezpieczeń.
– Ach tak, naturalnie. Hasło. SHEP – szepnął do pani Nagler. Dyrektorka skinęła głową. Irv utkwił spojrzenie w oknie, patrząc na promienie słońca padające na żywopłot z bukszpanu. – Tak wabił się pierwszy airedäle terier Donalda. Dostaliśmy go, kiedy Don miał dwanaście lat. Shep to był wspaniały pies. Don dalej hoduje airedale.
– Wiem – odrzekła ze smutkiem pani Nagler. – Czasem wymieniamy się w e-mailach zdjęciami naszych psów. Mam dwa wyżły weimarskie.
Głos jej zadrżał i powstrzymując smutne myśli, zadzwoniła do nauczycielki dziewczynki i poprosiła ją, by przyprowadziła do holu Samanthę.