– Proszę o niczym nie mówić Sammie – powiedział Irv. – Sam jej powiem w drodze.
– Oczywiście.
– Zatrzymamy się gdzieś na śniadanie. Najbardziej lubi Egg McMuffiny.
Słysząc to, Amy stłumiła szloch.
– Jadła je na wycieczce klasowej do Yosemite… – Zasłoniła oczy i przez chwilę płakała bezgłośnie.
Azjatka – prawdopodobnie nauczycielka Samanthy – przyprowadziła chudą rudowłosą dziewczynkę. Pani Nagler uśmiechnęła się i powiedziała:
– Przyszedł twój wujek Irving.
– Irv – poprawił ją Wingate. – Nazywa mnie wujkiem Irvem. Cześć, Sammie.
– Jeju, ale szybko ci wąsy odrosły. Wingate się zaśmiał.
– Ciocia Kathy mówi, że wyglądam bardziej dystyngowanie. – Kucnął. – Posłuchaj, mama i tata postanowili, że możesz sobie dzisiaj zrobić wolne. Pojedziemy spędzić z nimi dzień w Napa. – Pojechali do winnicy?
– Zgadza się.
Dziewczynka zmarszczyła brwi, krzywiąc piegowatą twarz. – Tata mówił, że pojadą dopiero w przyszłym tygodniu. Przez malarzy.
– Zmienili zdanie. A ty pojedziesz tam ze mną.
– Super!
– Idź teraz po książki, dobrze? – powiedziała nauczycielka. Dziewczynka odbiegła, a pani Nagler streściła nauczycielce, co się stało.
– Och, nie – szepnęła kobieta, przyjmując ze zgrozą wiadomość o tragedii. Kilka minut później wróciła Samantha, taszcząc na ramieniu ciężką torbę. Razem z wujkiem Irvem ruszyła do drzwi. Recepcjonistka zwróciła się do pani Nagler:
– Dzięki Bogu, że będzie w dobrych rękach.
Irv Wingate musiał to słyszeć, bo odwrócił się i skinął głową. Recepcjonistce zdawało się przez chwilę, że uśmiechnął się w dziwny sposób, jak gdyby z mściwym triumfem. Uznała jednak, że się pomyliła, składając to na karb okropnego stresu, jaki przeżywał ten biedak.
– Wstawaj – odezwał się burkliwy głos.
Gillette otworzył oczy i spojrzał na Franka Bishopa, ogolonego i po prysznicu, który odruchowo wpychał do spodni niesforną połę koszuli.
– Jest wpół do dziewiątej – powiedział Bishop. – Pozwalają wam spać do tej godziny w więzieniu?
– Zasnąłem dopiero po czwartej – wyjęczał haker. – Niewygodnie mi było. Ale chyba nic w tym dziwnego, co? – Wskazał wymownie na żelazne krzesło, do którego przykuł go Bishop.
– Pomysł z krzesłem i kajdankami był twój.
– Nie sądziłem, że zrozumiesz to dosłownie.
– A jak to inaczej rozumieć? – odparł Bishop. – Albo kogoś przykuwasz do krzesła, albo nie.
Detektyw uwolnił Gillette’a z kajdanek i haker podniósł się zesztywniały, masując nadgarstek. Poszedł do kuchni, gdzie nalał sobie kawy i wziął wczorajszego obwarzanka.
– Nie macie tu przypadkiem pop-tartów? – zawołał Gillette, wracając do głównego biura.
– Nie wiem – odpowiedział Bishop. – Nie jestem tu u siebie, pamiętasz? Poza tym nie przepadam za słodyczami. Ludzie powinni jeść na śniadanie bekon i jajka. Wiesz, coś konkretnego. – Pociągnął łyk kawy. – Przyglądałem ci się, jak spałeś.
Gillette nie wiedział, jak ma to rozumieć. Uniósł pytająco brew.
– Pisałeś przez sen na komputerze.
– Stukałem. Już się nie mówi „pisać na komputerze”.
– Wiedziałeś, że to robisz? Haker skinął głową.
– Ellie często mi o tym mówiła. Czasami mam sny w kodzie.
– Co?
– Widzę skrypt – wiesz, kod źródłowy programu. W Basicu, C++ albo Javie. – Rozejrzał się. – Gdzie są wszyscy?
– Linda i Tony już jadą. Miller też. Linda ciągle nie została babcią. Patricia Nolan dzwoniła z hotelu. – Na moment utkwił wzrok w oczach Gillette’a. – Pytała, czy nic ci nie jest.
– Naprawdę?
Detektyw z uśmiechem pokiwał głową.
– Ochrzaniła mnie za to, że cię przykułem do krzesła. Powiedziała, że mogłeś nocować na kanapie w jej pokoju hotelowym. Możesz to rozumieć, jak chcesz.
– A Shelton?
– Jest w domu z żoną. Dzwoniłem, ale nikt nie odbierał. Czasami musi na chwilę zniknąć i spędzić z nią trochę czasu – wiesz, po tym, co się stało. Po śmierci syna.
Komputer stojący blisko nich wydał sygnał dźwiękowy. Gillette wstał, podszedł i popatrzył na ekran. Jego niezmordowany bot pracował przez noc, podróżując po całym świecie, i chciał się pochwalić nowym znaleziskiem. Haker odczytał wiadomość i poinformował Bishopa:
– Trzy-X znowu jest online. Wrócił na kanał hakerów. Gillette zasiadł przed komputerem.
– Znowu weźmiemy go na socjotechnikę? – zapytał detektyw.
– Nie, mam inny pomysł.
– Jaki?
– Spróbujemy prawdy.
Tony Mott pędził swoim drogim rowerem Fisher na wschód, jadąc Sevens Creek Boulevard i wyprzedzając po drodze wiele samochodów i ciężarówek. Wreszcie skręcił na parking pod biurem wydziału przestępstw komputerowych.
Zawsze w niezłym tempie pokonywał ponad sześć mil ze swojego domu w Santa Clara – szczupły i muskularny policjant jeździł na rowerze z taką samą energią, z jaką uprawiał inne sporty – narciarstwo w A Basin w Kolorado, narciarstwo wysokogórskie w Europie, rafting czy wspinaczkę skałkową na nagich ścianach, co wręcz uwielbiał.
Ale dziś jechał jeszcze szybciej niż zwykle, myśląc, że prędzej czy później zmęczy Franka Bishopa – Andy’ego Andersona nie udało mu się zmęczyć – i doczeka chwili, gdy będzie mógł nałożyć kamizelkę kuloodporną i zabrać się do prawdziwej policyjnej roboty. W akademii uczył się bardzo pilnie i choć był dobrym cyber-gliną, przydział do CCU okazał się podobnie ekscytujący jak pisanie pracy magisterskiej. Jak gdyby dyskryminowano go za to, że w MIT miał średnią 4,97.
Zapinając na ramie roweru starą i zniszczoną blokadę Kryptonite, Tony zauważył szczupłego mężczyznę z wąsikiem i w płaszczu, który zmierzał w jego stronę.
– Cześć – odezwał się z uśmiechem nieznajomy.
– Cześć.
– Jestem Charlie Pittman, biuro szeryfa okręgu Santa Clara. Mott uścisnął jego wyciągniętą dłoń. Znał wielu detektywów z okręgu, ale tego sobie nie przypominał. Zerknąwszy jednak szybko na zawieszoną na jego szyi odznakę, stwierdził, że zdjęcie się zgadza.
– Pewnie jesteś Tony Mott.
– Zgadza się.
Gliniarz z okręgu spojrzał z podziwem na fishera. – Podobno niesamowicie jeździsz.
– Tylko z górki – odparł ze skromnym uśmiechem Mott, chociaż rzeczywiście, jeździł niesamowicie z górki, pod górkę i po płaskim, bez wyjątku.
Pittman parsknął śmiechem.
– Ja nie mam nawet w połowie tyle ruchu, ile powinienem. Zwłaszcza kiedy szuka się takiego ptaszka jak ten komputerowiec.
Zabawne – Mott nie słyszał, żeby ktokolwiek z okręgu współpracował z nimi w tej sprawie.
– Wchodzisz? – spytał Mott, zdejmując kask.
– Już tam byłem. Frank informował mnie o postępach śledztwa. Pokręcona sprawa.
– No – zgodził się Mott, wsuwając za pasek spodenek ze spandeksu rękawice do strzelania, które spełniały też funkcję rękawiczek kolarskich.
– Ten facet, konsultant, który pomaga Frankowi… ten młody.
– Pytasz o Wyatta Gillette’a?
– Tak, tak się nazywa. Gość naprawdę zna się na rzeczy, nie?
– To czarodziej – rzekł Mott.
– Jak długo będzie wam pomagał? – Pewnie dopóki nie złapiemy tego gnojka. Pittman spojrzał na zegarek.
– Będę leciał. Wpadnę do was później.
Tony Mott skinął mu na pożegnanie głową, a Pittman odszedł, wyciągając po drodze telefon komórkowy i dzwoniąc do kogoś. Przeciął cały parking CCU i wszedł na sąsiedni. Mott dostrzegł to i przez moment wydawało mu się to trochę dziwne, że zaparkował tak daleko, skoro przed budynkiem jest tyle pustych miejsc. Po chwili jednak ruszył w stronę biura, myśląc już tylko o sprawie i o tym, że w końcu uda mu się jakoś dostać do brygady specjalnej, która rozwali drzwi i złapie Jona Patricka Hollowaya.