Otworzył drzwi i wpuścił hakera do domu.
Żona Franka Bishopa, Jennie, była drobną kobietą pod czterdziestkę. Jej tryskająca zdrowiem twarz z zadartym nosem nie była piękna, ale na swój sposób pociągająca. Bishop ze swoją lakierowaną fryzurą, bokobrodami i białymi koszulami z krótkim rękawem wyglądał jak przybysz z lat pięćdziesiątych, natomiast jego żona była na wskroś współczesna. Długie włosy nosiła splecione w warkocz, była ubrana w dżinsy i markową koszulę. Szczupła i wysportowana, choć Gillette’owi wydawała się nieco blada na tle opalonych Kalifornijczyków, którzy otaczali go od czasu wyjścia z więzienia.
Nie była ani trochę stropiona – nawet nie zaskoczona – że mąż przywiózł do domu przestępcę na nocleg i Gillette przypuszczał, że została uprzedzona telefonicznie o jego wizycie.
– Jedliście coś? – spytała.
– Nie – odrzekł Bishop.
Ale Gillette pokazał papierową torbę z tym, co kupił po drodze.
– Mnie wystarczy to.
Jennie bez ceregieli zabrała mu torbę i zajrzała do środka. Roześmiała się.
– Przecież nie będziesz jadł pop-tartów. Potrzebujesz prawdziwej kolacji.
– Nie, naprawdę… – Z uśmiechem na twarzy, ale smutkiem w sercu Gillette przyglądał się, jak ciastka znikają w kuchni.
Tak blisko, a tak daleko…
Bishop rozwiązał i zdjął buty, a potem nałożył kapcie-mokasyny. Haker też zdjął buty i w skarpetkach wkroczył do salonu, rozglądając się.
Pokój przypomniał mu jego własne domy z dzieciństwa. Sięgający od ściany do ściany biały dywan, który należałoby już wymienić. Meble od JCPenneya albo Searsa. Drogi telewizor i tania wieża stereo. Sfatygowany stół, który dziś pełnił funkcję biurka: zdaje się, że nadszedł dzień opłat. Na blacie leżały starannie posortowane koperty z rachunkami do wysłania. Pacific Bell, Mervyn, MasterCard, Visa.
Gillette spojrzał na kilka spośród kilkudziesięciu zdjęć ustawionych nad kominkiem. Jeszcze więcej fotografii wisiało na ścianach, stało na stolikach i półkach. Frank Bishop na zdjęciu ślubnym wyglądał tak samo jak dziś, włącznie z lakierowaną fryzurą i bokobrodami (choć białą koszulę pod smokingiem mocno przytrzymywał szeroki pas).
Bishop spostrzegł zainteresowanie Gillette’a zdjęciami.
– Jennie mówi o nas „Świat w obiektywie”. Mamy więcej zdjęć niż każde dwie rodziny z naszej dzielnicy razem wzięte. – Wskazał w głąb domu. – Jeszcze w sypialni i w łazience. Teraz oglądasz zdjęcie moich rodziców.
– Twój ojciec też był gliną? Chyba się nie obrazisz, że cię tak nazywam?
– A ty obrażasz się o hakera?
Gillette wzruszył ramionami.
– Nie. To pasuje.
– „Glina” też. A ojciec – nie, miał drukarnię w Oakland. Bishop i Synowie. Właściwie „Synowie” to niezbyt precyzyjne określenie, bo firmę prowadzą dwie z moich sióstr i większość braci.
– Dwie z sióstr? – powtórzył Gillette, unosząc brwi. – Większość braci?
Bishop zaśmiał się.
– Jestem ósmy z dziewięciorga rodzeństwa. Pięciu chłopaków i cztery dziewczyny.
– To się nazywa rodzina.
– Siostrzeńców, siostrzenic, bratanków i bratanic mam dwadzieścioro dziewięcioro – oznajmił z dumą detektyw.
Gillette spojrzał na zdjęcie szczupłego mężczyzny w tak samo workowatej koszuli jak koszula Bishopa, stojącego przed parterowym budynkiem z wymalowanym na fasadzie napisem BISHOP I SYNOWIE, DRUK i SKŁADANIE.
– Nie chciałeś tam pracować?
– Wystarczyło mi, że firma zostanie w rodzinie. – Wziął zdjęcie i sam zaczął je oglądać. – Rodzina to chyba najważniejsza rzecz na świecie. Ale byłbym kiepski w drukarni. To nudna robota. A jak jesteś gliną… jak to powiedzieć? To nieskończone pole do działania. Zawsze, codziennie jest coś nowego. Już ci się wydaje, że rozgryzłeś umysł przestępcy i nagle – trach – masz zupełnie nowy obraz.
Usłyszeli za sobą jakiś ruch i odwrócili się.
– Proszę, a któż to taki? – rzekł Bishop.
Do salonu zaglądał z korytarza mniej więcej ośmioletni chłopiec.
– Chodź no tu, młody człowieku.
Chłopczyk ubrany w piżamę w dinozaury wkroczył do salonu, patrząc na Gillette’a.
– Przywitaj się z panem Gillette’em, synu. To jest Brandon.
– Dzień dobry.
– Cześć, Brandon – powiedział Gillette. – Późno chodzisz spać.
– Lubię powiedzieć „dobranoc” tacie. Jak nie wraca za późno, mama pozwala mi zaczekać.
– Pan Gillette pisze programy komputerowe.
– Pisze pan skrypt? – spytał chłopiec z błyskiem entuzjazmu w oczach.
– Owszem – odparł Gillette, śmiejąc się ze swobody, z jaką mały używał komputerowego żargonu.
– My też piszemy programy w pracowni komputerowej w szkole – rzekł chłopiec. – W zeszłym tygodniu zrobiliśmy tak, że po ekranie skakała piłka.
– To chyba fajnie wyglądało – uznał Gillette, spoglądając w okrągłe z podniecenia oczy chłopca. Brandon był bardziej podobny do matki.
– Nie – odrzekł z pogardą. – Totalna nuda. Musieliśmy używać QBasica. Ale nauczę się OOP.
Programowanie obiektowe – najnowszy trend, którego przykładem był skomplikowany język C++. Chłopiec wzruszył ramionami.
– Potem Javy i HTML, do Sieci. Chyba wszyscy powinni to znać.
– A więc w przyszłości chcesz się zajmować komputerami.
– Nie, będę zawodowo grał w baseball. Ale chcę się nauczyć OOP, bo tam się teraz wszystko dzieje.
Oto uczeń podstawówki, którego zmęczył już Basic i który postanowił zgłębić tajniki najnowszych osiągnięć programowania.
– Może pokażesz panu Gillette’owi swój komputer.
– Gra pan w Tomb Raider? – spytał chłopiec. – Albo w Earth-worm Jim?
– Nie bawię się za często grami.
– Pokażę panu. Chodźmy.
Gillette poszedł za Brandonem do pokoju zapchanego książkami, zabawkami, ubraniami i sprzętem sportowym. Na stoliku przy łóżku stały książki o Harrym Potterze, obok konsola Game Boy, dwie płyty ‘N Sync i kilkanaście dyskietek. Oto nasza epoka w pigułce, pomyślał Gillette.
Pośrodku pokoju stał pecet i kilkadziesiąt podręczników programowania. Brandon usiadł i stukając w klawisze z szybkością błyskawicy, odpalił maszynę i uruchomił grę. Gillette uzmysłowił sobie, że gdy był w tym wieku, najnowszym osiągnięciem elektroniki był TRS-80, który wybrał sobie na prezent w sklepie RadioShack. Tamten mały komputer wzbudzał w nim prawdziwe emocje, choć naturalnie był tylko prymitywną zabawką nawet w porównaniu z dzisiejszą tanią, zamówioną w sprzedaży wysyłkowej maszyną. Wtedy – zaledwie parę lat temu – tylko garstka ludzi na świecie miała równie szybkie komputery jak ten, na którym Brandon Bishop prowadził piękną uzbrojoną kobietę w obcisłej zielonej bluzce w ręce przez labirynt pieczar.
– Chce pan zagrać?
Przypomniała mu się jednak potworna gra w Dostęp i cyfrowe zdjęcie, jakie Phate zrobił umierającej dziewczynie (która miała na imię tak samo jak bohaterka gry Brandona – Lara); nie chciał mieć w tym momencie nic wspólnego z przemocą, nawet dwuwymiarową.
– Może później.
Przez parę minut przyglądał się, jak chłopiec zafascynowany śledzi ekran. Potem w drzwiach ukazała się głowa detektywa.
– Gasimy światło, synu.
– Tato, zobacz, na którym jestem poziomie! Jeszcze pięć minut.