– Och, to spryciarz – mruknęła nieprzytomnie Patricia Nolan, popijając kawę Starbucks. Rano mówiła niskim głosem, prawie męskim. Usiadła obok Gillette’a. Jak zwykle miała na sobie byle jaką wełnianą sukienkę, tym razem zieloną. Nieprzyzwyczajona do tak wczesnego wstawania, nie miała już nawet ochoty odgarniać z twarzy opadających włosów.
– Nie rozumiem – powiedział Shelton. – Dlaczego spryciarz. O co chodzi?
– Phate stworzył sobie własnego dostawcę Internetu – wyjaśnił Gillette. – I jest jego jedynym klientem. No, może jeszcze Shawn. Łączą się przez serwer w Singapurze – nie ma szans, żebyśmy zdołali namierzyć ich komputery.
– Coś w rodzaju fikcyjnej spółki na Kajmanach – odezwał się Frank Bishop, który mimo nikłej wiedzy na temat Błękitnej Pustki z łatwością wynajdywał porównania w Realu.
– Ale adres też jest ważny – dodał Gillette, widząc rozczarowanie na wszystkich twarzach.
– Dlaczego? – zapytał Bishop.
– Bo możemy mu wysłać liścik miłosny.
Do biura CCU weszła Linda Sanchez, trzymając w ramionach torbę pączków z Dunkin Donuts. Miała zaczerwienione oczy i poruszała się bardzo wolno. Spojrzawszy w dół, zauważyła, że krzywo zapięła beżowy żakiet. Nie przejmując się tym, postawiła torbę na talerzu.
– Jak tam, wyrosła nowa gałąź na twoim drzewie genealogicznym? – spytał ją Bishop.
Pokręciła głową.
– Nie, zaraz wam opowiem. Pożyczyłam dreszczowiec. Babcia mówiła mi, że poród można przyspieszyć opowieściami o duchach. Widziałeś o tym, szefie?
– Pierwsze słyszę – odrzekł Bishop.
– W każdym razie pomyśleliśmy, że równie dobrze podziała horror. I wypożyczyłam „Krzyk”. I wiecie, co się stało? Moja córka i mąż zasnęli na kanapie, ale ja tak się przeraziłam, że nie mogłam zasnąć. Do rana.
Zniknęła w kuchence i po chwili przyniosła stamtąd dzbanek z kawą.
Wyatt Gillette z wdzięcznością przyjął już drugą dziś kawę, ale uparł się, że na śniadanie wystarczą mu pop-tarty.
Kilka minut później zjawił się Stephen Miller, a zaraz po nim Tony Mott, spocony po szybkiej jeździe na rowerze.
Gillette poinformował resztę zespołu, że Trzy-X podał im prawdziwy adres e-mailowy Phate’a i że zamierzają wysłać Phate’owi wiadomość.
– Co ma w niej być? – spytała Patricia Nolan.
– Drogi Phate – odparł Gillette. – Dobrze się bawimy, bardzo nam ciebie brakuje, a przy okazji obejrzyj sobie zdjęcie nieboszczyka.
– Co? – zdumiał się Miller.
– Możesz zdobyć jakieś zdjęcie z miejsca zbrodni? – zapytał Bishopa Gillette.
– Chyba tak.
Gillette wskazał tablicę.
– Mam zamiar podszyć się pod Vlasta, tego hakera z Bułgarii, z którym wymieniał się zdjęciami. Wyślę Phate’owi zdjęcie.
Nolan roześmiała się, kiwając głową.
– A razem z nim dostanie wirusa. Przejmiesz jego maszynę. – Spróbuję.
– Dlaczego trzeba mu wysyłać zdjęcie? – zapytał Shelton. Wyglądał, jakby zaniepokoił go pomysł wysyłania w Błękitną Pustkę dowodu jakichś makabrycznych zbrodni.
– Mój wirus nie jest tak sprytny jakTrapdoor. Żebym mógł się dostać do systemu Phate’a, sam musi go uruchomić. Będzie musiał otworzyć załącznik ze zdjęciem.
Bishop zadzwonił do centrali.i kazał przefaksować do CCU fotografię jakiejś ofiary niedawnego morderstwa.
Po chwili Gillette zerknął na zdjęcie – przedstawiające zatłuczoną na śmierć młodą kobietę – lecz szybko odwrócił wzrok. Stephen Miller przeskanował zdjęcie do postaci cyfrowej, by można je było wysłać pocztą elektroniczną. Glina wydawał się zupełnie niewrażliwy na okropny widok, który przedstawiała fotografia, i metodycznie przystąpił do dzieła. Podał Gillette’owi dyskietkę ze zdjęciem.
– A jeżeli Phate zechce napisać doVlasta, żeby sprawdzić, czy to rzeczywiście on wysłał mu wiadomość, albo żeby mu odpowiedzieć? – zapytał Bishop.
– Pomyślałem o tym. Wyślę Vlastowi innego wirusa, który zablokuje wszystkie e-maile ze Stanów.
Gillette wszedł do sieci i pobrał ze schowka w centrum lotniczym w Los Alamos swoje narzędzia. Zmodyfikował to, co było mu potrzebne – wirusy i własny program zapewniający anonimowość nadawcy e-maili – nie mógł już zaufać Stephenowi Millerowi. Potem wysłał do Vlasta do Bułgarii wirusa MailBlocker, a do Phate’a swoją wersję dobrze znanego wirusa Backdoor-G, dzięki któremu użytkownik mógł przejąć zdalną kontrolę nad innym komputerem – zazwyczaj pracującym w tej samej sieci, na przykład należącym do innego pracownika jednej firmy. Jednak wersja Gillette’a mogła działać z dowolnymi komputerami; nie musiały być połączone w sieć.
– Ustawiłem alarm. Jeśli Phate otworzy załącznik, mój wirus uaktywni się i usłyszymy sygnał. Wtedy dostanę się do jego komputera i będziemy mogli sprawdzić, czy znajdziemy coś, co naprowadzi nas na jego ślad albo ślad Shawna… albo następnej ofiary.
Zadzwonił telefon, który odebrał Miller. Po chwili przekazał słuchawkę Bishopowi.
– Do ciebie. Charlie Pittman.
Bishop, który właśnie nalewał mleko do kawy, włączył przycisk głośnika.
– Dzięki za telefon, Pittman.
– Nie ma sprawy, detektywie. – Kiepski głośnik zniekształcał jego głos. – Czym mogę służyć?
– Charlie, wiem, że prowadzisz sprawę Petera Fowlera. Ale kiedy następnym razem będziemy organizować akcję, muszę prosić, żebyś ty albo ktoś z okręgówki przyszedł najpierw do mnie, żeby skoordynować działania.
Cisza.
– Słucham? – rozległo się po chwili.
– Mówię o wczorajszej akcji w motelu Bay View.
– Hm, o czym? – W jego głosie dało się słyszeć zakłopotanie.
– Jezu – powiedział Bob Shelton, spoglądając na partnera z ogromnym niepokojem. – On o niczym nie wie. Tamten facet to nie był Pittman.
– Pittman, czy poznaliśmy się przedwczoraj wieczorem w Sunnyvale? – spytał z naciskiem Bishop.
– Chyba nastąpiło jakieś nieporozumienie, detektywie. Jestem na rybach w Oregonie. Od tygodnia mam urlop i zabawię tu jeszcze trzy dni. Zadzwoniłem do biura, żeby odsłuchać wiadomości. Usłyszałem pańską, więc dzwonię. Nic więcej nie wiem.
Tony Mott nachylił się nad głośnikiem.
– To znaczy, że nie było pana wczoraj w biurze wydziału przestępstw komputerowych?
– Hm, nie. Jak mówię, łowię ryby w Oregonie. Mott popatrzył na Bishopa.
– Wczoraj spotkałem pod biurem faceta, który twierdził, że nazywa się Pittman. Mówił, że był tu na spotkaniu z tobą. Uznałem, że to nic ważnego.
– Nie było go tu – powiedział Miller.
– Pittman, czy zostawił pan jakąś notatkę o swoim urlopie?
– Jasne. Zawsze rozsyłamy notatkę.
– Na papierze? Może pocztą elektroniczną?
– Teraz wszystko wysyła się e-mailem – bronił się policjant. – Ludzie myślą, że w okręgach jesteśmy do tyłu z techniką, ale wcale tak nie jest.
– Ktoś się pod pana podszył – wyjaśnił Bishop. – Pokazał fałszywą odznakę i legitymację.
– Cholera. Dlaczego?
– Zapewne miało to związek ze śledztwem w sprawie zabójstwa, jakie prowadzimy.
– Co mam zrobić?
– Niech pan zadzwoni do dowództwa i złoży raport. Ale na razie będziemy wdzięczni, jeżeli zachowa to pan dla siebie. Lepiej, żeby sprawca nie wiedział, że znamy już prawdę. I proszę nie wysyłać niczego e-mailem. Proszę korzystać z telefonu.