Nirgal, który nie ruszył się z miejsca, dostrzegł pod oknem Tiu, Rachel i Frantza. Podszedł do nich, spojrzawszy w kierunku Jackie. Troje Marsjan wymownie popatrzyło i wzruszyło ramionami.
— Jackie nie wyznała, kto jest ojcem dziecka — szepnęła pospiesznie Rachel. Takie zachowanie nie było dziwne; wiele kobiet z Dorsa Brevia postępowało tak samo.
Kobieta, która wcześniej trzymała dziewczynkę, podeszła i powiedziała Nirgalowi, że Jackie chciałaby z nim porozmawiać, podążył więc za piastunką do drugiego pokoju.
Znajdowało się tu wielkie okno, wychodzące na Nilus Noctis. Jackie siedziała na wewnętrznym parapecie. Karmiła dziecko i patrzyła za okno. Dziecko było głodne. Z zamkniętymi oczyma żarłocznie ssało, jednocześnie popiskując. Maleńkie piąstki były zaciśnięte, jak gdyby przyzwyczajone do gałęzi lub futra. W tym jednym geście zawierała się cała historia kultury.
Jackie wydała instrukcje, zarówno otaczającym ją doradcom, jak i — przez nadgarstek — osobom zebranym w drugiej sali.
— Niezależnie od tego, co mówią w Bernie, trzeba się wykazać elastycznością, aby zamrozić ewentualne kontyngenty. Hindusi i Chińczycy muszą się po prostu z tym pogodzić.
Nirgal zaczął rozumieć pewne kwestie. Jackie działała w radzie wykonawczej, jednak rada ta najwyraźniej nie miała silnej władzy. Jackie należała też ciągle do przywódców ugrupowania „Uwolnić Marsa”. Obecnie, w czasach samorządnych namiotów, partia nie była już tak wpływowa na własnej planecie, ale w kontaktach z Ziemią występowała nadal jako przedstawiciel Marsa. Nawet jeśli zajmowała się jedynie koordynacją spraw politycznych, posiadana przez nią — jako koordynatora — władza była i tak znaczniejsza niż wszystko, co kiedykolwiek miał do dyspozycji Nirgal. W wielu sytuacjach ugrupowanie „Uwolnić Marsa” stało się symbolem ziemskiej polityki Czerwonej Planety, jako że w globalnym parlamencie zdecydowanie przeważali przedstawiciele superwiększości Marsjan związanych z tą partią, natomiast wszystkie lokalne rządy zajmowały się głównie własnymi sprawami. Jackie starała się przekonać radę wykonawczą, iż wzajemne stosunki Ziemia-Mars stanowią problem ważniejszy niż wszystkie inne. W ten sposób panna Boone stawała się powoli międzyplanetarną władczynią…
Uwagę Nirgala ponownie przyciągnęło niemowlę u jej piersi. Marsjańska księżniczka.
— Usiądź — powiedziała Jackie, kiwając głową w stronę ławki obok siebie. — Wyglądasz na zmęczonego.
— Nic mi nie jest — odparł, lecz usiadł. Jackie podniosła oczy na jednego z doradców i wykonała nagły ruch głową w bok. W chwilę później zostali w pokoju sami z niemowlęciem.
— Chińczycy i Hindusi myślą o nas jako o pustym, nowym kontynencie — zaczęła Jackie. — Można to dostrzec w każdym ich słowie. I udają nastawionych cholernie przyjaźnie.
— Może nas lubią — zauważył Nirgal. Jackie uśmiechnęła się kpiąco, mimo to kontynuował: — Pomogliśmy im się pozbyć metanarodowców. A przecież nie mogą przypuszczać, że przyślą nam swoją nadwyżkę populacyjną. Jest ich po prostu za dużo, więc emigracja praktycznie niczego nie zmienia.
— Może i tak, tyle że oni tego nie rozumieją. Marzą. A windami kosmicznymi mogą wysłać naprawdę sporo osób. Zaleją nas szybciej, niż zdążysz pomyśleć.
Nirgal potrząsnął głową.
— Nigdy nie będzie tak wielu.
— Skąd wiesz? Nie byłeś w innych miastach.
— Miliard to duża liczba, Jackie. Nawet nie potrafimy jej sobie wyobrazić. Weź pod uwagę, że Ziemię zamieszkuje siedemnaście miliardów osób! Nie można tu przysłać znaczącej ilości tych ludzi. Nie ma tyle wahadłowców.
— Ziemianie i tak będą próbować. Chińczycy zalali Tybet swoimi mieszkańcami, mimo iż takie posunięcie bynajmniej nie rozwiązało ich problemów populacyjnych.
Nirgal wzruszył ramionami.
— Tybet leży na Ziemi. My znajdujemy się w sporej odległości.
— Tak — odrzekła niecierpliwie Jackie — nie będzie nam jednak łatwo, jeśli nie osiągniemy jednomyślności. Gdy Ziemianie pojadą do Margaritifier i dogadają się z tamtejszymi karawanami arabskimi, kto zapobiegnie katastrofie?
— Sądy ekologiczne?
Jackie prychnęła. Dziecko poruszyło się i zakwiliło. Jackie przesunęła je do drugiej piersi, oliwkowej krągłości pokreślonej niebieskimi żyłkami.
— Antar nie sądzi, żeby ekologiczne sądy potrafiły funkcjonować przez długi czas. Podczas twojej nieobecności stoczyliśmy z nimi prawdziwą batalię. Poszliśmy na ugodę tylko na próbę, którą z perspektywy czasu uważam za nieudaną. Hm, cała nasza praca wiąże się ze środowiskiem, więc właściwie sądy musiałyby oceniać wszystko. Tyle że na niższych wysokościach rezygnuje się z namiotów i nawet jeden na sto nie prosi sądu o pozwolenie na swoją działalność, a powinni, skoro ich miasto zaczyna należeć do krajobrazu. Po co mają to robić? Każdy czuje się teraz eko-poetą. Nie, nie. System sądowy się nie sprawdza.
— Nie możesz być tego pewna — rzucił Nirgal. — Więc Antar jest ojcem?
Jackie wzruszyła ramionami.
Mógł nim być każdy: Antar, Dao, Nirgal, nawet cholerny John Boone, jeśli jakaś próbka spermy ciągle jeszcze znajdowała się w magazynie. To by pasowało do Jackie, ale chyba komuś powiedziałaby… Teraz przesunęła ku sobie głowę niemowlęcia.
— Naprawdę sądzisz, że w porządku jest wychowywać dziecko bez ojca?
— Tak samo zostaliśmy wychowani i my, prawda? A ja nie miałam nawet matki. Wszyscy byliśmy dziećmi jednego rodzica.
— Ale czy to było dobre?
— Kto wie?
Nirgal nie potrafił zinterpretować wyrazu twarzy Jackie, która zacisnęła lekko usta ze złości, a może przekory… trudno powiedzieć. Wiedziała, kim byli jej rodzice, ale tylko jedno z nich mieszkało z nią w Zygocie — Kasei, który nie bardzo się nią zajmował. Zresztą już nie żył; zginął w Sheffield, po części z powodu brutalnej napaści „czerwonych”, którą doradziła sarna Jackie.
— Nie wiedziałeś o Kojocie, póki nie skończyłeś sześciu czy siedmiu lat. Czy to było w porządku? — spytała w końcu.
— Nie.
— Co nie?
— Uważam, że to nie było w porządku. — Spojrzał Jackie w oczy, ona jednak odwróciła wzrok i patrzyła na dziecko.
— Lepiej tak, niż gdy patrzysz, jak twoi rodzice ranią się nawzajem.
— Kłóciłabyś się z jej ojcem?
— Kto wie?
— Więc w ten sposób jest bezpieczniej.
— Chyba tak. Wiele kobiet tak postępuje.
— W Dorsa Brevia.
— Wszędzie. Biologiczna rodzina to nie marsjańska instytucja.
— Nie wiem. — Nirgal zastanowił się. — Wiesz, w kanionach widziałem wiele rodzin. My pochodzimy z niezwykłej pod tym względem grupy.
— Pod wieloma względami.
Dziecko odsunęło się i Jackie wsunęła pierś w stanik, opuszczając koszulę.
— Marie? — zawołała i po chwili weszła asystentka. — Chyba trzeba jej zmienić pieluszkę. — Jackie podała dziecko kobiecie, która wyszła bez słowa.
— Masz teraz służących? — spytał Nirgal.
Jackie znowu zacisnęła usta. Wstała i zawołała:
— Mem?
Weszła inna kobieta.
— Mem — powiedziała do niej Jackie — musimy się spotkać z tymi ludźmi z Sądu Ekologicznego w sprawie chińskiej prośby. Może dzięki owej sprawie uda nam się namówić sąd do ponownego rozpatrzenia przydziału wody dla Kairu.
Mem pokiwała głową i opuściła pokój.
— Podejmujesz teraz takie decyzje? — zdziwił się Nirgal.
Jackie zbyła go machnięciem ręki.