Выбрать главу

W południe wiatr nasilał się, im później, tym był mocniejszy. Nirgal ubrał się w skafander, usiadł na siedzeniu pilota. Mały, przywiązany za dziób szybowiec wjechał na maszt wyrzutni i ruszył w powietrze.

Nirgal przeleciał nad Noctis Labirynthus, potem skręcił na wschód, unosząc się nad labiryntem połączonych kanionów. Cała powierzchnia była popękana. Wyleciał z labiryntu. Lecący zbyt blisko słońca Ikar, który spalił się, przeżył upadek, po czym znowu leciał, tym razem w dół, coraz bardziej w dół.

Marsjanin korzystał z ostrego wiatru w plecy. Unosił się na tym wietrze, strzelał w dół ponad potrzaskanym, brudnym, lodowym polem, które znaczyło Compton Chaos, gdzie w roku 2061 powstał wielki kanał wybuchowy. Ta ogromna powódź popędziła wówczas w dół lus Chasma, Nirgal natomiast posuwał się na północ, oddalając się od cieku lodowca, a później poleciał znowu na wschód, aż do czoła Tithonium Chasma, która leżała równolegle i nieco na północ od lusu.

Rozpadlina Tithonium była jednym z najgłębszych i najwęższych kanionów marineryjskich — cztery kilometry głębokości, dziesięć szerokości. Leciał znacznie poniżej poziomu stożków płaskowyżu, a i tak znajdował się tysiące metrów ponad dnem kanionów. Tithonium była wyższa niż lus, szersza, nie tknięta ludzkimi dłońmi; rzadko też po niej podróżowano, ponieważ była niemal całkowicie zamknięta od strony wschodniej, gdzie się zwężała, a jej dno stawało się tym bardziej nierówne, im płytsze, aż w końcu nagle rozpadlina się kończyła. Z góry Nirgal dostrzegł krętą drogę wiodącą w górę południowej ściany czoła i przypomniał sobie, że podróżował nią kilka razy w młodości, w czasach, gdy cała planeta stanowiła jego dom.

Popołudniowe słońce zachodziło za nim, a cienie na powierzchni wydłużały się. Wiatr nadal dął mocno, uderzając w szybowiec, skowycząc, szumiąc i lamentując. Wichura skierowała maszynę ponownie ponad skalny nadkład płaskowyżu na stożku i leżąca pod Nirgalem kraina Tithonium zmieniła się w rząd owalnych zagłębień, znaczących płaskowyż jedno po drugim: były to Tithonia Catena, których każda spadzistość stanowiła gigantyczne wgłębienie w ziemi; znakomita ich większość miała kształt czary.

Nagle powierzchnia ponownie się przybliżyła i samolot Nirgala wyleciał nad olbrzymi, otwarty kanion Candor Chasma — Lśniący Kanion, którego wschodnia ściana rzeczywiście w tym momencie lśniła w świetle słońca bursztynem i spiżem. Na północy znajdowało się głębokie wejście do Ophir Chasma, na południu — spektakularne, o skarpowych ścianach otwarcie do Melas Chasma, centralnego giganta systemu marineryjskiego. Nirgal pomyślał, że jest to marsjańska wersja Concordiaplatz, jednak o wiele większa i szersza od ziemskiej; była pierwotna, nie do wyobrażenia ogromna i wyglądała na nie tkniętą ludzką stopą. Młody Marsjanin poczuł się tak, jak gdyby cofnął się o dwa stulecia albo nawet dwa eony, do czasu przed antropogenezą. Tu Czerwony Mars nadal trwał!

W środku szerokiego Candoru leżało — równie lśniące — wysokie diamentowe płaskowzgórze, stropowa wysepka, która wystawała prawie dwa kilometry ponad dno kanionu. W mglistym mroku zachodzącego słońca Nirgal wyłowił grupę świateł; było to namiotowe miasto leżące na najbardziej południowym wierzchołku wzgórza. Na ogólnym paśmie interkomu dały się słyszeć powitalne głosy, które skierowały Nirgala ku miejskiemu lądowisku. Słońce mrugało na zachodzie ponad urwiskami. Zatoczył maszyną koło, a potem zaczął powoli opadać na wietrze. Dostrzegł pas do lądowania, na którym namalowano figurę Kokopellego, i tam celował.

Lśniące Płaskowzgórze o wielkim wierzchołku (trzydzieści kilometrów długości i dziesięć szerokości) przypominającym kształtem raczej latawiec niż diament, stało w środku Candor Chasma niczym znacznie powiększone płaskowzgórze w ziemskiej Monument Valley. Namiotowe miasto zajmowało jedynie małe wzniesienie na południowym rogu latawca. Płaskowzgórze było dokładnie tym, czym się wydawało — oddzielnym fragmentem płaskowyżu, który stworzyły kaniony marineryjskie. Z miasta można było wspaniale obserwować ogromne ściany Candoru, a przez głębokie, strome szczeliny rozciągał się widok na północ, do Ophir Chasma i na południe, do Melas Chasma.

Naturalnie, tak spektakularny krajobraz od lat przyciągał tu chętnych osadników, toteż główny namiot otaczały nowe, mniejsze. Miasto leżało na piątym kilometrze powyżej poziomu i z tego powodu nadal znajdowało się pod namiotem, chociaż powszechnie mówiono o usunięciu go. Dno Candor Chasma, położone jedynie trzy kilometry powyżej poziomu, porastały ciemnozielone lasy. Wielu mieszkańców Lśniącego Płaskowzgórza latało każdego ranka na dół, do kanionów, gdzie uprawiali rolę albo sadzili rośliny; do domu, na wierzchołek wracali dopiero późnym popołudniem. Kilka osób spośród tych latających botaników było starymi znajomymi Nirgala z czasów podziemia, z przyjemnością więc zabierali go ze sobą, pokazywali kaniony i efekty swojej w nich pracy.

Dna kanionów marineryjskich zazwyczaj biegną z zachodu na wschód. W Candorze kaniony wyginały się w pobliżu wielkiego, centralnego płaskowzgórza, potem opadały stromo na południe, do Melasu. Na wyższych partiach podłoża leżał śnieg, zwłaszcza pod zachodnimi ścianami, gdzie już popołudniami zalegał cień. Topnina ze śniegu spływała słabymi strumykami nowych wododziałów, na które wybrano sieć dawnych piaszczystych łożysk potoków. Obecnie strumienie zbiegały się w kilka płytkich, błotnistych, czerwonych rzek, które łączyły się w jedno zlewisko położone tuż nad przełęczą Candor, a następnie opadały dzikimi, spienionymi wodospadami na dno Melas Chasma. Tam ściekały na pozostałości lodowca z roku 2061; wpadały — czerwone — na jego północny stok.

Na brzegach wszystkich tych mętnych, czerwonych strumieni powstawały leśne chodniki. W większości miejsc stanowiły je utwardzone przez zimno pnie balsy i innych szybko rosnących drzew tropikalnych, tworzących nowe sklepienia ponad starszym lasem krummholzowym. Obecnie było ciepło na dnie kanionu, który przypominał dużą, odbijającą słońce misę, a dzięki ochronie przed wiatrem, jaką dawały balsowe sklepienia, na dnie bujnie się rozwijała spora ilość gatunków roślinnych i zwierzęcych; znajomi Nirgala chwalili się, że posiadają najbardziej urozmaicony świat flory i fauny na Marsie. Gdy chodzili po powierzchni, musieli nosić przy sobie strzelby z uspokajającymi nabojami — na wypadek spotkania z niedźwiedziem, irbisem i innymi drapieżnikami. Przejście przez niektóre chodniki utrudniały porastające je zarośla śnieżnego bambusa i osiki.

W rozwoju tych wszystkich roślin pomagały ogromne pokłady azotanu sodowego, leżące w kanionach Candor i Ophir — wielkie białe ławowe tarasy stworzone z niezwykle łatwo rozpuszczalnej w wodzie caliche blanco. Te mineralne pokłady topniały obecnie na dnach kanionów i spływały strumieniami, dostarczając nowym glebom dużych ilości azotu. Na nieszczęście, niektóre z największych pokładów azotanu zostały zagrzebane pod osuwiskami — woda, rozpuszczając azotan sodowy, uwadniała także ściany kanionów, powodując radykalne przyspieszenie ruchów zwietrzelinowych, które trwały przez cały czas. Lotnicy mówili, że nikt już się nie zbliża do podnóży ścian kanionowych, jest to bowiem zbyt niebezpieczne. Kiedy wzlatywali szybowcami, Nirgal wszędzie dostrzegał spadziste stoki osuwisk. Wiele wysokich osypiskowych zboczy wraz z porastającą je roślinnością zostało już zasypane, a metody mocowania ścian stanowiły jeden z wielu tematów odbywanych na płaskowyżu wieczornych rozmów, zwłaszcza gdy zaczynała szaleć we krwi zebranych zaaplikowana megaendorfina. Niestety, niewiele można było poradzić. Jeśli fragmenty wysokiej na dziesięć tysięcy stóp skalnej ściany miały się zawalić, nic nie było w stanie ich powstrzymać. Od czasu do czasu więc, mniej więcej raz na tydzień, mieszkańcy Lśniącego Płaskowzgórza czuli, że ziemia drży, po czym obserwowali, jak namiot migocze, i słyszeli niskie dudnienie upadającej ściany. Często dostrzegali toczący się po dnie kanionu obsuw, za którym podążał bałwan pyłu w kolorze sjeny. Lotnicy, znajdujący się w tym czasie w powietrzu, blisko tragicznego miejsca, wracali wstrząśnięci i milczący lub — wręcz przeciwnie — gadatliwi, ze swadą opowiadając o ścianach zapadających się z ogłuszającym łoskotem. Pewnego dnia Nirgal schodził akurat na dno kanionu, gdy usłyszał ryk jednego z obsuwów — był jak bomba dźwiękowa, która nadchodzi przez wiele sekund, powodując, że powietrze drży jak galareta. Potem, równie nagle jak się zaczął, łoskot skończył się.