Nirgal wrócił do Sabishii i zbadał sprawę. Według map i akt Rady Areograficznej i Ekopoetycznej Masywu Tyrrhena basenu tego nikt nie zajmował. Tutejszym ludziom dużą przyjemność sprawiło zainteresowanie Nirgala.
— Wysoko położone baseny są trudne — ostrzegli go. — Niewiele na nich wyrasta. Zagospodarowanie ich to projekt na lata.
— To dobrze.
— Większość roślin będziesz musiał uprawiać w cieplarniach. Ziemniaki, jednakże… oczywiście jeśli zdobędziesz wystarczająco dużo gleby…
Nirgal skinął głową.
Poprosili go, aby odwiedził najbliższą basenowi osadę, Dingboche, i upewnił się, że nikt z jej mieszkańców nie ma planów wobec tego miejsca.
Nirgal pojechał więc z powrotem w górę małą przyczepą z Tariki, Rachel, Tiu i kilkoma innymi przyjaciółmi, którzy postanowili mu pomóc. Przejechali niskie pasmo i znaleźli Dingboche, wioskę zbudowaną na małym wadi, które obecnie uprawiano, w większości jako kiepskie pola ziemniaczane. Niedawno przeszła przez tamten teren burza śnieżna, toteż wszystkie pola zmieniły się w białe prostokąty, oddzielone od siebie niewysokimi czarnymi ścianami ze stosów kamieni. Widać było sporo długich, niskich kamiennych domów o dachach z wygładzonego kamienia i grubych kwadratowych kominach — rozproszone między polami, nieco bliżej siebie przy górnym krańcu wioski. Najdłuższy budynek w tej grupie stanowiła dwupiętrowa herbaciarnia, w której dla gości przeznaczono duży pokój z wielkim materacem.
W Dingboche, tak jak w większości południowych wyżyn, ciągle jeszcze panowała ekonomia daru i Nirgal oraz jego towarzysze musieli przyjąć wiele prezentów, jako że zostawali na noc. Tubylcy byli bardzo szczęśliwi, kiedy młody Marsjanin spytał o wysoki basen, który z racji wyglądu nazywali małą podkową albo ramieniem.
— Tak, wymaga opieki — mówili.
Ofiarowali się, że pomogą mu zacząć.
Małą przyczepą dotarli do wysokiej kotliny. Na paśmie, blisko „chaty z kamieni” wypakowali mnóstwo przewiezionych narzędzi i pracowali tak długo, aż oczyścili pierwsze nieduże pole z kamieni, tworząc wokół niego mały murek. Parę osób, doświadczonych w budowaniu, pomogło Nirgalowi wykonać pierwsze nacięcia w głazie na paśmie. W trakcie tego hałaśliwego świdrowania kilku tubylców z Dingboche wyrzeźbiło w sanskrycie napis na zewnętrznej płaszczyźnie skały: Om Mani Padnie Hum. Taki sam widział na niezliczonych kamieniach mani w ziemskich Himalajach i na południowych wyżynach Marsa. Tubylcy odłupali fragmenty skały między grubymi, pochyłymi literami, tak że wyróżniały się one w podniesionym reliefie na bardziej szorstkim, jaśniejszym tle. Jeśli chodzi o sam kamienny dom, w końcu liczył sobie cztery wyrąbane z głazu narzutowego pokoje, z oknami o potrójnych szybach, ogniwami baterii słonecznych, które dostarczały ciepła i energii. Woda pochodziła z topniny wypompowanej do zbiornika umiejscowionego wyżej na paśmie, dzięki niemu na wyposażenie domu składała się jeszcze prosta toaleta i łazienka.
Potem goście wyjechali i Nirgal miał basen tylko dla siebie.
Chodził po nim przez wiele dni; nic nie robił, jedynie patrzył. Jego farma — okolone niskimi kamiennymi ścianami małe pola oraz oranżerie na jarzyny — zajmowała tylko maleńką część basenu. Nirgal nie był pewny, jak ostatecznie ma wyglądać jego dom. Młody Marsjanin z pewnością nie był samowystarczalny, ale znalazł dla siebie miejsce. Zaczął projekt.
Basen… Od wlotu na zachód biegł mały kanał, który pasowałby na wododział. We wklęsłej stronie skały już istniał mikroklimat — była pochylona do słońca, lekko osłonięta od wiatru. Nirgal stał się ekopoetą.
Najpierw jednak musiał poznać ziemię. Zdziwił się, jak bardzo pracowicie spędzał czas od chwili rozpoczęcia projektu. Musiał zrobić nieskończoną ilość rzeczy, nie miał jednak żadnego planu, żadnego harmonogramu. Nigdzie się wprawdzie nie spieszył, lecz nie było też nikogo, z kim mógłby się skonsultować. Każdego dnia w ostatnich godzinach letniego światła chodził po paśmie i patrzył na basen. Dostrzegł już porosty i inne szybko kiełkujące rośliny. W kotlinach pojawiły się pola turniowe, a w miejscach wystawionych na światło słoneczne — małe mozaiki arktycznego poszycia gruntowego. Na czerwonej glebie o grubości niecałego centymetra garbiły się kopce zielonego mchu. Woda powstająca wskutek tajania ściekała licznymi strumyczkami, skapywała z „trawiastych” tarasów — małych okrzemkowych oaz — i spadała do basenu, gdzie łączyła się na żwirowym wadi przy bramie prowadzącej na niższy, płaski teren, przyszłą łąkę za szczątkowym stożkiem. Grzbiety leżące wyżej w basenie były naturalnymi tamami. Nirgal po krótkim zastanowieniu przeniósł w ich pobliże kilka wygładzonych przez wietrzną erozję graniaków, potem położył je — stykając ściankami — na niskich grzbietach, podwyższając niektóre z nich nawet dwukrotnie. Uważał, że topnina zbierze się w łąkowych stawach, ograniczona mchem. Podobnie wyglądały torfowiska na wschód od Sabishii, toteż Nirgal zadzwonił do mieszkających tam ekopoetów i wypytał ich o zgodność gatunkową, tempo wzrostu roślin, meliorację gleby i inne kwestie. W jego umyśle powoli rodziła się coraz dokładniejsza wizja basenu; dużo później, gdy w drugim marcu nadeszła jesień i rok skłaniał się ku aphelium, Nirgal zaczął rozumieć, jak wielkie znaczenie w kształtowaniu krajobrazu miał wiatr i zima. Pozostawało tylko czekać i patrzeć.
Ręcznie zasiał nasiona i zarodniki. Wyrzucając je z przymocowanych do paska toreb albo naczyń, czuł się jak postać z obrazu van Gogha albo Starego Testamentu. Uczucie było szczególne — mieszanina mocy i bezradności, działania i losu. Sięgnął po przywiezione ładunki z warstwą uprawną i zrzucił na niektóre z przygotowanych poletek, a potem ręcznie wyrównał ziemię. Z farmy uniwersyteckiej w Sabishii sprowadził dżdżownice. „Robaki w butelce” — tak Kojot zawsze nazywał ludzi z wielkich miast; obserwując wijącą się masę wilgotnych nagich rureczek, Nirgal wzruszył ramionami. Wypuścił dżdżownice na małe pola. Dalej, robaczki, powiedział, rozwijajcie się pomyślnie na tej ziemi.
Gdy w słoneczne poranki chodził po swoich gruntach, nie czuł się mądrzejszy niż one. Czujące robaki, tym właśnie byli oni wszyscy, zarówno stworzenia w butelkach, jak i te chodzące po ziemi.
Po robakach przyszła pora na krety i nornice, później na myszy, króliki śnieżne, gronostaje i świstaki; może za jakiś czas pojawią się wędrujące po wrzosowiskach irbisy. I lisy. Basen leżał dość wysoko, ale naukowcy mieli nadzieję, że niedługo ciśnienie na tej wysokości będzie wynosiło czterysta milibarów, a w powietrzu znajdzie się czterdzieści procent tlenu; terraformerzy byli już bardzo blisko celu. Na razie warunki przypominały himalajskie. Przypuszczalnie mogłaby tu żyć cała ziemska flora i fauna dużych wysokości, a także wszystkie jej nowe, przekształcone genetycznie odmiany. Wielu ekopoetów gospodarowało już na małych skrawkach wyżyny, trzeba tylko przygotować teren pod uprawę, wprowadzić odpowiedni dla basenów ekosystem, a potem wspomagać jego rozwój i obserwować, co wzeszło — chodząc po polach lub latając nad nimi. Uprawom tym oczywiście towarzyszyły problemy, toteż wiele dyskutowano o inwazji biologicznej i konieczności zintegrowanego zarządu mikroklimatycznego. Cóż, ecopoesis polegała także na identyfikacji związków lokalnych poletek z większymi regionami.