Выбрать главу

Nirgala jeszcze bardziej zainteresowała sprawa ekopoetycznego rozproszenia roślinnego następnej wiosny, w pierwszym listopadzie, kiedy śnieg stopniał i spod na wpół stajałej brei na płaskich tarasach północnego stoku basenu wystrzeliły gałązki śnieżnej heuchery. Nirgal jej nie posadził, co więcej — nigdy o niej nie słyszał i prawdę mówiąc, nie był nawet pewien, czy dobrze ją zidentyfikował, dopóki pewnego dnia nie odwiedził go sąsiad, Yoshi. To była Heuchera nivalis. Yoshi powiedział, że jej nasiona przyniósł zapewne wiatr. Rosło jej sporo na północy, w Kraterze Escalante’a. Dzięki tej roślinie Nirgal po raz pierwszy zetknął się z ekopoetycznym rozproszeniem wiatrowym.

Uważano, że istnieją trzy sposoby rozproszenia — wiatrowe, przestrzenne i wodne; wszystkie trzy często spotykano na Marsie. Mchy i bakterie rozrastały się przestrzennie, hydrolubna roślinność przez wodę — wzdłuż boków lodowców i nowych linii brzegowych — natomiast porosty i całą masę innych roślin przenosiły silne wiatry. Podczas wędrówki po basenie Yoshi zauważył, że ludzie przenoszą się na wszystkie trzy sposoby — przemierzyli Europę, Azję i Afrykę, popłynęli w dół obu Ameryk i wzdłuż wybrzeży Australii, wyskoczyli na wyspy Pacyfiku (albo na Marsa). Wśród gatunków o dużej zdolności do przystosowania się można by mnożyć przykłady wszystkich trzech metod. Masyw Tyrrhena znajdował się wysoko, zależny więc był od wiatrów — wiały tu stałe wiatry zachodnie, a także letnie pasaty, przynosząc na oba stoki masywu opady atmosferyczne. Nie więcej niż dwadzieścia centymetrów rocznie — na Ziemi taki stan był charakterystyczny dla pustyni, natomiast na południowej półkuli Marsa wydawał się spory. Masyw stał się „deszczową wysepką” oraz wielkim zbiorowiskiem rozproszeniowym.

Wysoko położona kraina była nieurodzajna, skalista, pokryta śniegiem we wszystkich zacienionych miejscach, prawie pozbawiona oznak życia, z wyjątkiem punktów w basenach, gdzie ekopoeci uprawiali rośliny. Chmury napływały zimą z zachodu, latem — ze wschodu. Wszystkie pory roku na południowej półkuli intensyfikował cykl perihelium-aphelium, toteż na Tyrrhenie zimy były naprawdę srogie.

Po każdej burzy Nirgal chodził po basenie, pragnął bowiem zobaczyć, co przywiał wiatr. Zwykle dostrzegał tylko ładunek lodowatego pyłu, chociaż któregoś dnia zauważył wetkniętą w skalną szczelinę kępkę bladoniebieskiego wielosiłu błękitnego. Sprawdził w komputerze, jak nowa roślina może oddziaływać na istniejące już gatunki flory. Z posadzonych roślin przeżywało zaledwie dziesięć procent, a dziesięć procent z tych pozostałych wyrastało na chwasty. Yoshi twierdził, że to normalne, że jest to przykład podstawowej zasady tej dziedziny, zasady „dziesięć-dziesięć”.

— Dziesięć procent oznacza oczywiście od pięciu do dwudziestu — dodał.

Pewnego razu Nirgal usunął przywiane wiosną przez wiatr źdźbła zwykłej przydrożnej trawy, obawiał się bowiem, że zdominuje pozostałe rośliny; podobnie postąpił z tundrowym ostem. Innym razem jesienny wiatr sprowadził ciężką masę pyłu. Obecne burze pyłowe były bez porównania słabsze do dawnych, globalnych, południowych, letnich sztormów, jednak od czasu do czasu srogi wiatr targał jałową ziemią i rozrzucał pył. Atmosfera znacząco gęstniała, przeciętnie piętnaście milibarów rocznie. Z każdym rokiem przybierały na sile wiatry, a zatem coraz bardziej zbite obszary nawierzchni narażone były na oderwanie od podłoża. Opadły pył zazwyczaj stanowił jednakże cienką warstwę i często składał się w dużym stopniu z azotanów; był więc czymś w rodzaju nawozu, który z następnym deszczem przesączał się do gleby.

Nirgal wyrobił sobie pozycję w sabishiiańskiej spółdzielni budowlanej i często pracował w miejscu budowli, a w swoim basenie zajmował się montażem i testowaniem jednoosobowych szybowców. Pracował w małym budynku, który postawił z kamiennych, warstwowych ścian; dach wykonany był z płyt piaskowca. Poza tą działalnością uprawiał rolę w oranżerii i na zagonie ziemniaczanym oraz zajmował się ecopoesis w basenie.

Każdym ukończonym szybowcem leciał do Sabishii, gdzie zatrzymywał się w małym mieszkanku na starym mieście, w odbudowanym domu swego starego nauczyciela, Tarikiego. Przebywał tam wówczas wśród wiekowych issei, wyglądem i sposobem mówienia bardzo przypominających Hiroko. W mieście mieszkali również Art i Nadia, którzy wychowywali swoją córeczkę, Nikki. W Sabishii przebywali także Vijjika, Reul i Annette, starzy przyjaciele Nirgala z czasów studenckich, no i znajdował się uniwersytet, który już się nie nazywał Uniwersytetem Marsjańskim, ale po prostu Kolegium Sabishiiańskim; była to mała szkoła, która ciągle funkcjonowała w niezdecydowanym stylu lat półświata i z tego powodu co ambitniejsi studenci woleli studiować w Elysium, Sheffield albo Kairze; ci, którzy przyjeżdżali tu się uczyć, zwykle byli fascynatami mistyki okresu półświata albo interesowała ich praca któregoś z profesorów issei.

Kontakt z ludźmi i liczne zajęcia powodowały, że Nirgal w mieszkaniu czuł się dziwnie, a nawet nieprzyjemnie. Zatrudniał się więc w swojej spółdzielni i narożnych jej budowach wokół miasta pracował jako tynkarz i robotnik od wszystkiego. Jadał w barach przekąskowych i pubach. Sypiał w garażu Tarikiego i oczekiwał na dni, kiedy wróci do basenu.

Pewnej nocy wracał do domu z pubu, ze zmęczenia padając z nóg, kiedy minął małego mężczyznę śpiącego na parkowej ławce. Kojot!

Nirgal zatrzymał się na chwilę, potem podszedł do ławki. Długą chwilę patrzył. W niektóre noce w basenie słyszał wycie prawdziwych kojotów. Ojciec! Nirgal przypomniał sobie dni, gdy bezładnie i bezskutecznie szukał matki. A tutaj jego ojciec spał na ławce w miejskim parku. Nirgal w każdej chwili mógł go wywołać telefonicznie i zawsze wpatrzyć się w ten pogodny, dziwaczny uśmiech, uosobienie Trynidadu. Łzy stanęły mu w oczach, ale po sekundzie potrząsnął głową i opanował się. Starzec leżący na parkowej ławce. Taki widok bynajmniej nie należał do rzadkości. Wielu issei sporo podróżowało i kiedy przyjeżdżali do jakiegoś dużego miasta, sypiali w parkach.

Nirgal podszedł i usiadł na końcu ławki, tuż za głową ojca. Siwe, nieporządne dredloki. Jak u jakiegoś pijaka. Nirgal siedział bez ruchu, patrząc na otaczające ławkę lipy. Noc była spokojna. Przez liście prześwitywały migoczące gwiazdy.

Kojot obudził się, przekręcił głowę i spojrzał w górę.

— Kto tu? — spytał.

— Witaj! — powiedział Nirgal.

— Witaj! — odparł Kojot i usiadł prosto. Przetarł oczy. — Rany, Nirgalu, ależ mnie przestraszyłeś.

— Przepraszam. Przechodziłem obok i zobaczyłem cię. Co robisz?

— Śpię.

— Cha, cha, cha.

— No cóż, spałem. O ile wiem, nie robiłem nic więcej.

— Kojot, nie masz domu?

— No, nie.

— Czy to cię nie niepokoi?

— Nie. — Kojot uśmiechnął się do niego. — Jestem jak ten straszny program telewizyjny. Świat jest moim domem.

Nirgal tylko potrząsnął głową. Kojot spojrzał na syna z ukosa, widząc, że go nie rozbawił. Patrzył na niego przez długi czas spod na wpół przymkniętych powiek, oddychał głęboko.

— Mój chłopcze — odezwał się w końcu sennie. W mieście panowała cisza. Kojot mamrotał pod nosem, jak gdyby ponownie zasypiał. — Co robi bohater, kiedy opowieść się kończy? Przepływa wodospad. Odpływa na fali.

— Co takiego?

Kojot otworzył oczy i pochylił się ku Nirgalowi.

— Pamiętasz, jak przywieźliśmy Saxa do Tharsis Tholus. Siedziałeś z nim, a później powiedziałeś, że przywróciłeś go do życia. O to mi chodzi… Przemyśl to sobie. — Potrząsnął głową, po czym odchylił się w tył, na ławkę. — To nie jest w porządku. To tylko opowieść. Dlaczego się o nią martwisz, skoro i tak nie jest twoja. To, co robisz właśnie teraz, jest lepsze. Możesz się odsunąć od tego rodzaju historii. Usiądź w nocy w parku, jak zwykły człowiek. Jedź wszędzie, gdzie tylko chcesz.