Выбрать главу

Nirgal skinął głową. Nie był przekonany.

— Co lubię robić? — kontynuował Kojot sennym tonem. — Iść do ulicznej kafeterii, wypić trochę kavy i obserwować wszystkie te twarze. Spacerować po ulicach i patrzeć na ludzkie oblicza. Zwłaszcza lubię kobiece twarze. Są takie piękne. A niektóre z nich takie… mają w sobie coś. Nie wiem, co. Kocham je. — Znowu zapadał w drzemkę. — Ty też znajdziesz swój sposób na życie.

Sporadycznie w basenie odwiedzali Nirgala goście: Sax, Kojot, Art, Nadia i Nikki, która z każdym rokiem stawała się wyższa; była już wyższa od Nadii i wydawała się traktować swą matkę jak nianię albo babkę — tak samo jak Nirgal traktował ją przed laty, w Zygocie. Nikki odziedziczyła poczucie humoru Arta, a sam Art rozwijał je w niej, zachęcając do śmiechu, spiskując z nią przeciw Nadii i obserwując swą córkę z najbardziej promienną przyjemnością, jaką Nirgal kiedykolwiek widział na twarzy osoby dorosłej. Ilekroć obserwował całą trójkę siedzącą na kamiennym murku przy działce ziemniaczanej i śmiejącą się z jakiegoś żartu Arta, odczuwał ból, nawet gdy śmiał się z nimi; jego starzy przyjaciele byli teraz małżeństwem i mieli dziecko. Stanowili ten najbardziej staroświecki wzorzec. Gdy Nirgal zastanawiał się nad sobą, jego obecne życie na ziemi nie wydawało mu się tak istotne, jak ich. Co jednak miał zrobić? Tylko niewiele osób na świecie miało wystarczająco dużo szczęścia, by spotkać prawdziwego partnera. Potrzebne było niezwykłe szczęście, aby znaleźć kogoś takiego, wrażliwość, aby go rozpoznać, i odwaga, aby z nim być. Niewielu ludzi mogło się spodziewać tak wielu prezentów od losu. Reszta musiała radzić sobie inaczej.

Tak wyglądało życie Nirgala wysoko, w skalnym basenie. Prowadził uprawy na własne potrzeby i pracował nad projektami spółdzielni, aby zarobić na zakup tego, czego wyhodować nie mógł. Raz w miesiącu latał do Sabishii nowym samolotem, przez tydzień czy dwa cieszył się pobytem w mieście, a następnie wracał do domu. Art, Nadia i Sax przyjeżdżali na górę dość często, rzadziej Nirgal gościł Maję i Michela albo Spencera (mieszkali w Odessie) czy też Zeyka i Nazik, przywożących z Kairu i Mangali nowiny, których starał się nie słuchać. Kiedy goście wyjeżdżali, wychodził na łukowate pasmo, siadał na jednym z ulubionych głazów, patrzył na łąki rozciągające się na osypisku i koncentrował się na tym, co posiadał, na tym świecie zmysłów, skał, porostów i kęp mchu.

Basen się rozwijał. Na łąkach mieszkały krety, na osypisku — świstaki. Pod koniec długich zim świstaki budziły się ze snu. Prawie umierały z głodu, bowiem ich wewnętrzne zegary stale jeszcze przystosowane były do długości zimy na Ziemi. Nirgal wykładał dla nich na śniegu jedzenie i obserwował z górnych okien swego domu, jak jedzą. Potrzebowały pomocy, aby przetrwać do wiosny. Traktowały jego dom jako źródło pożywienia i ciepła; ich pary mieszkały na skałach pod domem, gwiżdżąc ostrzegawczo, kiedy ktoś się zbliżał. Któregoś dnia ostrzegły go przed ludźmi z tyrrheńskiej komisji zajmującej się sprawami związanymi z wprowadzaniem do ekosystemu nowych gatunków. Przedstawiciele komisji przybyli poprosić Nirgala o listę gatunków flory i (w miarę możności) fauny żyjących na jego terenie, bowiem komisja zaczynała tworzyć lokalną listę „tubylczych gatunków”, która — raz sformułowana — pozwalałaby im orzekać w sprawach związanych z dalszym wprowadzaniem szybko rozrastających się gatunków. Nirgal cieszył się, że może się przyłączyć do tej akcji, podobnie jak inne osoby zajmujące się na masywie ecopoesis. W ten sposób na „deszczowej wysepce”, położonej setki kilometrów od innych tego typu miejsc, powstała swoista mieszanina wysokościowej fauny i flory. Powoli coraz więcej osób zaczynało traktować tę mieszaninę jako „naturalną” dla Tyrrheny; aby coś zmienić, trzeba było ogólnej zgody.

Ludzie z komisji odeszli, a Nirgal siedział sam, z domowymi świstakami; czuł się osobliwie.

— No cóż — powiedział do siebie — teraz jesteśmy tutejsi.

Był szczęśliwy w swoim basenie, ponad światem i jego sprawami. Wiosną znikąd zjawiły się nowe rośliny, niektóre z nich Nirgal nawoził, inne wyrywał i przeznaczał na kompost. Zielenie tej wiosny nie przypominały żadnych innych odcieni — jasne, intensywne jadeity, limonowe pączki i liście, nowe źdźbła szmaragdowej trawy, a poza tym niebieskie pokrzywy, czerwone liście. Później pojawiły się kwiaty, ten potężny świat roślinnej energii. Nacisk na przetrwanie, ten impuls rozrodczy wszędzie wokół Nirgala… Czasem, kiedy Nadia i Nikki wracały ze spacerów, trzymając w dużych rękach miniaturowe bukiety, Nirgalowi wydawało się, że świat ma sens. Przypatrywał się im, myślał o dzieciach i czuł się dziwnie.

Nie tylko jego dręczyły takie myśli. Na południowej półkuli wiosna trwała sto czterdzieści trzy dni, a następowała po ostrej apheliumowej zimie. W miarę upływu kolejnych wiosennych miesięcy kwitło coraz więcej roślin, najpierw te wczesne, takie jak prymule i śnieżny wątrobnik, potem późniejsze, jak floks i wrzos, wreszcie skalnica i tybetański rabarbar, firletka i inne mchy, słoneczniki i szarotka… W końcu każdy fragment zielonego kobierca skalistego basenu zdobiły olśniewające kropki cyjanowego błękitu, ciemnego różu, żółci czy bieli; każdy kolor znajdował się na innej, charakterystycznej dla danej rośliny wysokości, a wszystkie jarzyły się w ciemnościach niczym wytryskujące znikąd krople światła — neoimpresjonistyczny Mars, zawieszona w powietrzu kolorowa mozaika warstwowego basenu. Nirgal stał na jego dnie, w miseczkowatej skalnej dłoni, do której spływała topnina, zbierająca się na linii życia, i patrzył w bezmierny świat, ogromną zacienioną krainę, która majaczyła na zachodzie pod słońcem, zamglona i płaska. Błyszczały ostatnie promienie dziennego światła.

Pewnego bezchmurnego poranka na ekranie domowego monitora Nirgala pojawiła się Jackie. Oznajmiła, że jedzie torem magnetycznym z Odessy do Stacji Libijskiej i chce go odwiedzić. Nirgal zgodził się na spotkanie, zanim zdołał pomyśleć.

Aby ją powitać, zszedł na ścieżkę przy wylotowym strumieniu. Mały, wysoko położony basen — na południu istniały miliony takich kraterów jak ten… Mały, stary krater pouderzeniowy. Niczym się nie wyróżniał. Nirgal przypomniał sobie Lśniące Płaskowzgórze i zdumiewający żółty widok na świt.

Przyjechali trzema roverami, podskakującymi dziko na nierównym terenie. Zachowywali się jak dzieci. Jackie kierowała pierwszym pojazdem, Antar — drugim. Towarzyszyła im grupka młodych Arabów. Gdy wysiedli, głośno się śmiali. Antar najwyraźniej nie miał nic przeciwko postojowi. On i Jackie wyglądali zadziwiająco młodo; minęło sporo czasu, odkąd Nirgal widział ich ostatnim razem, a wcale się nie zmienili. Kuracje; obecnie poddawano się im od wczesnego wieku i często, co zapewniało wieczną młodość i chroniło przed rzadkimi chorobami, które ciągle jeszcze — od czasu do czasu — zabijały ludzi; może nawet całkowicie chroniły przed śmiercią. Wcześnie i często. Tych dwoje nadal wyglądało na piętnastolatków. Przecież Jackie była rok starsza od Nirgala, który skończył już trzydzieści trzy M-lata, a czuł się jeszcze starzej. Patrząc na ich roześmiane twarze, pomyślał, że któregoś dnia też musi poddać się kuracji.

Grupa chodziła po terenie Nirgala, depcząc trawę i wydając z siebie „achy” i „ochy” na widok kwiatów. Z każdym ich okrzykiem basen wydawał mu się coraz mniejszy. Pod koniec wizyty Jackie wzięła go na stronę i przypatrzyła mu się z powagą.