Выбрать главу

— Mamy kłopoty z utrzymaniem Ziemian z dala od Marsa, Nirgalu — powiedziała. — Przysyłają prawie milion ludzi rocznie, chociaż mówiłeś, że nigdy do tego nie dojdzie. Nowi przybysze nie przyłączają się do „Dwoinić Marsa”, tak jak bywało kiedyś. Ciągle wspierają rodzime rządy. Mars nie przekształca ich wystarczająco szybko. Jeśli nic się nie zmieni, cała idea wolnego Marsa okaże się jednym wielkim żartem. Czasem się zastanawiam, czy aby nie popełniliśmy błędu, pozostawiając w górze kabel.

Jackie zmarszczyła brwi i w jednej chwili przybyło jej na twarzy dwadzieścia lat. Nirgal powstrzymał się przed wzruszeniem ramionami.

— Pomógłbyś nam, gdybyś przestał się tu ukrywać — krzyknęła, nagle rozgniewana, z pogardą machając ręką. — Potrzebujemy wszystkich, którzy potrafią pomóc. Ludzie nadal cię jeszcze pamiętają, chociaż za kilka lat…

Muszę więc tylko poczekać jeszcze kilka lat, pomyślał Nirgal. Tymczasem obserwował Jackie. Z pewnością była piękna. Jednak piękno to także sprawa duszy, inteligencji, radości życia, empatii. W tym sensie Jackie zbrzydła. Nirgalowi zupełnie nie odpowiadał jej charakter; gdy na nią patrzył, odczuwał ból. Nie miał ochoty już dłużej patrzeć.

— Wcale im nie pomagamy, przyjmując coraz większą liczbę imigrantów — rzuciła. — Obietnica, którą złożyłeś na Ziemi, była niewłaściwa. Ziemianie również zdają sobie z tego sprawę… Może nawet rozumieją to lepiej niż my. Jednak przysyłają tu swoich ludzi. A wiesz dlaczego? Wiesz? Po prostu chcą zniszczyć wolnego Marsa. Zazdrościli nam, że potrafimy idealnie zorganizować nasz świat, więc postanowili go zepsuć. To jest ich jedyny powód.

Teraz Nirgal wzruszył ramionami. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Prawdopodobnie w słowach Jackie było trochę prawdy, istniał jednak zapewne milion rozmaitych innych przyczyn, które kazały ludziom przylecieć na Marsa; nie było sensu tak podkreślać jednej.

— Więc nie wracasz — stwierdziła w końcu. — Nic cię to nie obchodzi.

Nirgal potrząsnął głową. Nie potrafił znaleźć słów, by wyjaśnić Jackie, że nie martwi się o Marsa, ale o własną władzę. I tak by mu nie uwierzyła. A może tylko on postrzegał ją w taki sposób?

Nagle Jackie zrezygnowała, już nie próbowała go przekonać. Posłała dumne, królewskie spojrzenie Antarowi, który natychmiast zaczął zaganiać przybyszów do pojazdów. Na koniec spojrzała pytająco na Nirgala, po czym pocałowała go w same usta, bez wątpienia po to, aby dręczyć Antara, Nirgala albo ich obu. Młody Marsjanin odczuł w duszy ten pocałunek niczym elektryczny wstrząs. W chwilę potem Jackie zniknęła.

Spędził popołudnie i następny dzień na wędrówce; siadywał na płaskich skałach i obserwował małe potoki wpływające do większego strumienia. W pewnej chwili przypomniał sobie, jak szybko płynie woda na Ziemi. Nienaturalnie szybko. Ten basen stanowił jego miejsce, swojskie i kochane. Znał tu wszystko, nawet każdą kępkę firletki oraz szybkość, z jaką woda odskakuje od kamienia lub spływa po jego gładkich, srebrzystych kształtach. Znał uczucie dotyku mchu pod opuszkami palców. Jego goście natomiast byli ludźmi, dla których Mars stanowił ideę, rodzące się państwo, sytuację polityczną. Mieszkali w namiotach, mogli żyć w każdym mieście. Ich poświęcenie było prawdziwe, tyle że przywiązali się do jakiejś przyczyny albo idei, do jakiejś wyobrażonej planety. Dobrze, że istnieli tacy ludzie… Tyle że dla Nirgala Mars oznaczał obecnie ziemię, miejsce, po którym właśnie przepłynęła woda, ściekając po liczących sobie ponad miliard lat, a obecnie porosłych świeżym mchem skałach. Uważał, że już wykonał swoje zadanie; teraz politykę trzeba zostawić młodym. Nie chciał mieć z nią już więcej do czynienia. W każdym razie, nie teraz. Władza była dla niego jak Hiroko: stale się wyślizgiwała z rąk. Tak uważał. Tymczasem, ta kotlina przypominała otwartą dłoń.

Jednak potem, pewnego ranka, gdy o świcie wyszedł na spacer, wyczuł, że coś się stało. Niebo było bezchmurne, przyjęło barwę najczystszej porannej purpury, lecz igły jałowca miały żółtawe zabarwienie, podobnie jak mech i liście ziemniaków.

Wyrwał kilka żółtawych igieł, gałązek i liści; zabrał je do oranżerii, gdzie spędził dwie godziny, obserwując próbki za pomocą mikroskopu i AL Niestety, nie znalazł przyczyny problemu. Ponownie wyszedł na zewnątrz i zebrał kilka próbek korzeni. Wiele traw wyglądało na uschnięte, chociaż dzień nie był gorący.

Z łomoczącym sercem i ściśniętym żołądkiem Nirgal pracował cały dzień i część nocy, niczego jednak nie odkrył. Żadnych insektów, żadnych czynników chorobotwórczych. A jednak… Najbardziej żółte były liście ziemniaków. W nocy zadzwonił do Saxa i wyjaśnił sytuację. Przypadkowo Russell odwiedzał właśnie uniwersytet w Sabishii, przyjechał więc do Nirgala następnego ranka małym roverem, najnowszym produktem spółdzielni Spencera.

— Ładnie tu — oznajmił, kiedy wysiadł i rozejrzał się. Sprawdził próbki Nirgala w oranżerii. — Hmm… — mruknął. — Dziwne.

Przywiózł pojazdem trochę sprzętu. We dwóch wtaszczyli go do kamiennego domu, po czym Sax przystąpił do pracy. Pod koniec długiego dnia powiedział:

— Niczego nie mogę znaleźć. Muszę zabrać kilka próbek do Sabishii.

— Nie możesz niczego znaleźć?

— Żadnej choroby, bakterii ani wirusów. — Wzruszył ramionami. — Zbierzmy kilka ziemniaków.

Wyszli i wykopali ziemniaki z pola. Niektóre z nich były guzowate, wydłużone lub popękane.

— Co to jest? — spytał Nirgal.

Sax zmarszczył brwi.

— Wygląda na wrzecionowatość bulw ziemniaczanych. To choroba.

— Co ją powoduje?

— Jakiś wiroid.

— Co to znaczy?

— Goły fragment RNA. Najmniejszy znany czynnik zakaźny. Dziwne.

— Och, Ka! — Nirgal czuł, jak żołądek ściska mu się jeszcze bardziej. — Jak się tu dostał?

— Prawdopodobnie na jakimś pasożycie. Przenosi się chyba przez trawy. Trzeba dokładniej zbadać.

Zebrali próbki i razem pojechali na dół, do Sabishii.

Nirgal usiadł na poduszce, na podłodze salonu Tarikiego. Był zdenerwowany. Tariki i Sax rozmawiali długo po kolacji. Okazało się, że z Tharsis wiatr przywiał także inne wiroidy, które szybko się rozprzestrzeniały. Wiroidy były znacznie mniejsze niż wirusy i o wiele prostsze. „Same odcinki RNA”, jak powiedział Tariki, „długości około pięćdziesięciu nanometrów”. Ciężar cząsteczkowy jednostek wynosił około stu trzydziestu tysięcy, podczas gdy najmniejszych znanych wirusów — ponad milion. Ze względu na wielkość, aby je wydobyć z zawiesiny, musiały być wirowane z prędkością ponad sto tysięcy G.

Tariki — stukając w ekran i wskazując na pojawiające się schematy — oświadczył, że wiroid powodujący wrzecionowatość bulw ziemniaczanych jest dobrze znany. Jego łańcuch miał tylko trzysta pięćdziesiąt dziewięć nukleotydów, pojedynczych odcinków przeplatanych z podwójnymi. Tego typu wiroidy powodowały wiele nieprawidłowości u roślin, łącznie z chorobą „bladego ogórka”, karłowatością chryzantem, blednicowatością, cadang-cadang, exocortis cytrusów. Twierdzono także, że wiroidy wywołują pewne choroby zwierząt, jak scrapie, kum, a u ludzi chorobę Creutzfeldta-Jakoba. Wiroidy używały do reprodukcji enzymów gospodarza i stawały się molekułami w jądrze zainfekowanych komórek, zakłócając zwłaszcza produkcję hormonu wzrostu.