Выбрать главу

— Co teraz zrobisz?

— Chyba porozmawiam z Ann. To znaczy, spróbuję z nią porozmawiać.

— Ach tak! Wobec tego, życzę ci powodzenia.

Sax pokiwał głową, jak gdyby chciał potwierdzić, że będzie tego potrzebował. Pomachał ręką, potem położył obie dłonie na kierownicy i odjechał. Po minucie znajdował się już ponad grzbietem, a w następnej chwili zniknął.

Nirgal zabrał się teraz za trudną pracę odbudowywania basenu. Robił, co mógł, aby jeszcze bardziej uodpornić rośliny. Starał się zwiększyć różnorodność i wprowadzić więcej miejscowych organizmów pasożytniczych: od mieszkańców skał chasmoendolitycznych po insekty i muchy mikrobiologiczne krążące w powietrzu. W ten sposób chciał stworzyć pełniejszą, bardziej wytrzymałą biomę. Rzadko odwiedzał Sabishii. Wymienił całą glebę zagonu ziemniaczanego.

Sax i Spencer przyjechali go odwiedzić, kiedy w regionie Claritas zaczęła się duża burza pyłowa. Claritas leżały blisko Senzeni Na, a zatem na ich szerokości areograficznej. Burza posuwała się szybko. Sax i Spencer usłyszeli o niej w wiadomościach, a potem, przez parę następnych dni śledzili jej ruch na zdjęciach satelity meteorologicznego. Przemieszczała się w kierunku wschodnim i wyglądało na to, że przejdzie na południe od basenu Nirgala, niestety w ostatniej chwili skręciła na północ.

Siedzieli we trzech w salonie kamiennego domu Nirgala i patrzyli na południe. Burza przesuwała się — miała postać ciemnej masy wypełniającej niebo. Strach paraliżował Nirgala, tak jak wyładowania elektryczne, które powodowały, że Spencer krzyczał, ilekroć czegoś dotknął. Przerażenie nie miało sensu, wszak przeżyli już wcześniej dziesiątki pyłowych burz. Był to tylko jakiś szczątkowy lęk, pozostały po nieszczęsnej sprawie związanej z wiroidem. Lecz przecież sobie z nim poradzili.

Światło dzienne zbrązowiało nagle i zamgliło się. Równie dobrze mogłaby panować noc — czekoladowa noc; powietrze wyło ponad kamiennym domem i grzechotało o zewnętrzne szyby.

— Wiatry stają się takie silne — zauważył w zadumie Sax.

Potem wycie osłabło, na dworze jednak nadal panowała ciemność. Im słabiej wiał wiatr, tym bardziej chory czuł się Nirgal — aż powietrze zupełnie znieruchomiało, a Nirgalowi było słabo, ledwie mógł ustać przy oknie. Tak się czasami działo z globalnymi burzami pyłowymi; kończyły się nagle, gdy nawałnica zderzyła się z wiatrem przeciwnym albo z jakąś szczególną formą terenu. Wówczas burza zrzucała na powierzchnię ładunek pyłu i miału. W chwili obecnej także właśnie spadał pył, toteż za oknami domu widać było brudną szarość. Jak gdyby popiół zamierzał zasypać cały świat. Sax mamrotał niespokojnie, że w dawnych czasach nawet po największych burzach pyłowych spadało tylko kilka milimetrów drobin miału. Teraz natomiast, gdy atmosfera była o tyleż gęstsza, a wiatry o tyleż potężniejsze, wysoko, w górę wznosiły się ogromne ilości pyłu i piasku i jeśli cały ładunek spadał w jednym miejscu — jak to się czasami zdarzało — osady mogły być znacznie grubsze.

Ponieważ burza skończyła się tak blisko domu Nirgala, spora część miału spadła na jego teren. Później nastało mgliste i bezwietrzne popołudnie. Powietrze wypełniało coś w rodzaju rzadkiego dymu, przez który można było dostrzec cały basen pokryty ciężkim kobiercem pyłu.

Nirgal wyszedł na zewnątrz z maską na twarzy i z rozpaczą zaczął kopać łopatą, a następnie gołymi rękoma. Za nim, słaniając się w miękkich zaspach pyłu, pojawił się Sax i położył mu rękę na ramieniu.

— Obawiam się, że nie można nic na to poradzić.

Warstwa pyłu miała prawie metr głębokości albo i więcej.

Po jakimś czasie wiatr rozwiał nieco z tego pyłu, resztę przykrył śnieg, a kiedy stopniał, powstałe błoto spłynęło strumykami, wycinając — podobny do starego — nowy fraktalny wzorzec systemu kanalików w postaci unerwionego liścia. Woda poniosła pył oraz miał w dół masywu i dalej po powierzchni planety. Jednak do tego czasu zginęły już wszystkie organizmy roślinne i zwierzęce żyjące wcześniej w basenie Nirgala.

CZĘŚĆ 9

Historia naturalna

Później Nirgal pojechał z Saxem na północ, do Da Vinciego, i zatrzymał się w mieszkaniu starego przyjaciela. Pewnej nocy odwiedził ich Kojot. Było już po szczelinie czasowej, w porze, w której chyba nikomu innemu nie przyszłoby do głowy składać wizyty.

Nirgal powiedział w kilku słowach, co się zdarzyło w wysokim basenie.

— Tak, no i co? — spytał Kojot.

Nirgal odwrócił wzrok.

Kojot poszedł do kuchni i zaczął przetrząsać lodówkę Saxa, krzycząc do salonu z pełnymi ustami:

— Czego się spodziewałeś po takim wietrznym stoku? Ten świat to nie ogród, mój drogi. Sporo terenów co roku zostaje podobnie zasypanych. Za rok lub dziesięć lat nadejdzie inny wiatr i zwieje cały ten pył z twojego wzgórza.

— Do tego czasu cała roślinność umrze.

— Takie jest życie. Teraz czas, żebyś się zajął czymś innym. Co robiłeś, zanim się tam osiedliłeś?

— Szukałem Hiroko.

— Cholera. — Kojot pojawił się w progu, wskazując dużym kuchennym nożem prosto w syna. — No nie, ty też?!

— Tak, ja też.

— Och, daj spokój. Kiedy wreszcie dorośniesz? Hiroko nie żyje. Powinieneś się przyzwyczaić do tej myśli.

Z gabinetu wyszedł Sax, mrugając mocno oczyma.

— Ależ ona żyje — oświadczył.

— No nie, znów to samo! — krzyknął Kojot. — Jesteście jak dzieci!

— Widziałem ją podczas burzy na południowym stoku Arsia Mons.

— Dołącz do towarzystwa głupców, człowieku.

Sax zamrugał, patrząc na niego.

— Co masz na myśli?

— Och, przestań, cholera.

Kojot wrócił do kuchni.

— Słyszałem o różnych miejscach — powiedział Nirgal do Saxa. — Relacje są dość zgodne…

— Wiem, że…

— Codziennie ktoś coś mówi na jej temat! — krzyknął z kuchni Kojot. Po chwili zjawił się w salonie. — Codziennie ktoś ją spotyka! Włączcie nadgarstki. W sieci jest nawet taki plik, z którego można się dowiedzieć, gdzie ją widziano! W zeszłym tygodniu pojawiła się w dwóch różnych miejscach tej samej nocy, w Noachis i na Olympusie! Na zupełnie przeciwstawnych częściach planety!

— Nie sądzę, żeby to cokolwiek znaczyło — powiedział z uporem Sax. — O tobie również mówi się takie rzeczy, a — jak widzę — wciąż żyjesz.

Kojot gwałtownie potrząsnął głową.

— Nie. Ja jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę. Wszyscy inni, którzy podobno znajdują się w dwóch różnych miejscach jednocześnie, nie żyją. To pewny znak. — Pragnąc ubiec następne stwierdzenie Saxa, krzyknął: — Hiroko nie żyje! Pogódźcie się ż tym! Zginęła podczas ataku na Sabishii! Szturmowe oddziały z ZT ONZ schwytały ją, Iwao, Gene‘a, Ryę i całą resztę. Żołnierze zabrali ich do pewnego pokoju, gdzie ich wykończyli albo wypompowali powietrze. Takie rzeczy się zdarzały! Nadal się zdarzają! Sądzicie, że tajna policja nie zabijała dysydentów, których ciała znikały tak skutecznie, że nikt ich nigdy nie odnalazł? To się ciągle zdarza! Cholera, tak się dzieje wszędzie, nawet na waszym drogocennym Marsie! Wiecie, że to prawda! Tacy są ludzie. Zabiją innych i w dodatku twierdzą, że to ich obowiązek i praca, że w taki sposób po prostu zarabiają na utrzymanie swoje i dzieci albo że postępują tak dla bezpieczeństwa świata… I tyle. Zabili Hiroko i wszystkich jej przyjaciół.