Выбрать главу

Nirgal i Sax bez słowa patrzyli na zdenerwowanego Kojota, który drżał na całym ciele.

Po chwili Sax odchrząknął.

— Desmondzie… Skąd masz pewność?

— Ponieważ sam szukałem! Szukałem wszędzie! Nie było jej w żadnej z kryjówek. Mówię wam, że nie opuściła miasta. Przecież od czasu Sabishii nikt naprawdę jej nie widział. Dlatego właśnie nigdy nie otrzymaliście od niej wiadomości. Nie jest przecież potworem, zawiadomiłaby nas jakoś…

— Ależ jaja widziałem — upierał się Sax.

— Powiedziałeś, że to było podczas burzy? Przypuszczam, że miałeś wówczas pewne kłopoty. I widziałeś ją zapewne przez chwilę… Pomogła ci i zniknęła na dobre?

Sax zamrugał oczyma.

Kojot roześmiał się zgrzytliwie.

— Tak właśnie sądziłem. No cóż, w porządku. Możesz sobie dalej roić, co ci się żywnie podoba, ale nie mieszaj tych marzeń z rzeczywistością. Mówię ci, że Hiroko nie żyje.

Nirgal spojrzał na jednego mężczyznę, potem na drugiego. Obaj milczeli.

— Ja również jej szukałem — powiedział. A potem, widząc zwarzoną minę Saxa, dodał: — Wszystko jest możliwe.

Kojot potrząsnął głową, następnie wrócił do kuchni, mamrocząc coś do siebie. Sax spojrzał Nirgalowi w oczy.

— Może jeszcze raz spróbuję ją znaleźć — odezwał się młody Marsjanin.

Sax pokiwał głową.

— To lepsze niż uprawa roli — rzucił Kojot z kuchni.

Ostatnio Harry Whitebook wynalazł metodę zwiększenia zwierzęcej tolerancji na dwutlenek węgla. Dokonał tego, wprowadzając do organizmów ssaków gen, który zawierał w sobie pewne charakterystyczne cechy krokodylej hemoglobiny. Krokodyle potrafiły wstrzymywać pod wodą oddech na bardzo długi czas, a dwutlenek węgla, który docierał do ich krwi, rozpuszczał się w niej w jony dwuwęglanu i wiązał z zawartymi w hemoglobinie aminokwasami; powstała mieszanina powodowała, iż z hemoglobiny uwalniały się cząsteczki tlenu. Wysoka tolerancja na dwutlenek węgla łączyła się zatem ze zwiększoną wydajnością nadtlenienia, wspaniałą adaptacją organizmów do nowych warunków. W dodatku, jak się okazało, istniała naprawdę prosta metoda (odkąd wskazał ją Whitebook) przekazywania tej cechy ssakom — dzięki wykorzystaniu najnowszej technologii kopiowania cech: wyznaczano odpowiednie odcinki „naprawczej”, enzymatycznej fotoliazy DNA, które — podczas kuracji gerontologicznych — wykazywały zdolność łączenia wyznaczników danej cechy z nowym genomem, zmieniając lekko własności hemoglobiny osobnika.

Sax należał do pierwszych osób, którym zezwolono na używanie tej metody. Sam pomysł bardzo mu się spodobał, ponieważ zapewniał w przyszłości rezygnację z masek na twarz pod gołym niebem, a Sax wiele czasu spędzał w terenie. Poziom dwutlenku węgla w atmosferze sięgał ciągle jeszcze około czterdziestu milibarów z całkowitych pięciuset (przy poziomie morza), oprócz dwustu sześćdziesięciu milibarów azotu, stu siedemdziesięciu milibarów tlenu i trzydziestu — rozmaitych gazów szlachetnych. Stężenie dwutlenku węgla wciąż było zatem zbyt wysokie, aby ludzie bez masek filtracyjnych mogli je tolerować. Gdyby jednak Sax zastosował na sobie metodę kopiowania cech, mógłby chodzić swobodnie po dworze i obserwować zwierzęta z tą samą cechą. Mutanty w swoich ekologicznych niszach, umierające z powodu ciepła bądź zimna, inwazji i regresji, daremnie szukające równowagi, która nie była jeszcze możliwa. Innymi słowy, życie na Marsie nie różniło się od życia na Ziemi, tyle że tutaj rozwój dokonywał się w znacznie szybszym tempie, ponieważ naturalnym zmianom pomagał człowiek. Modyfikacje, wprowadzanie cech i ich kopiowanie, translacje, udane i nieudane interwencje, efekty nie zamierzone, nieprzewidziane lub niezauważalne; działalność ta osiągnęła stopień, w którym wielu rozważnych naukowców przestawało udawać, że ma nad nią jakąkolwiek kontrolę.

„Niech się stanie to, co się może stać” — jak mawiał Spencer, gdy bywał podchmielony, obrażając poczucie sensu Michela. Niestety, na obecną sytuację nikt nie miał wpływu, toteż Michelowi pozostawało zacząć myśleć po nowemu. Życie rozwijało się w sposób nieprzewidziany, zachodziła ewolucja. Sax sprawdził, że słowo to pochodzi z łaciny i pierwotnie oznaczało rozwinięcie zwoju bądź otwarcie książki. Istniała też ewolucja bezpośrednia, szybka, na krótką metę. Na tutejszą ludzie mieli częściowy wpływ i potrafili ją przyspieszać — w każdym razie, pewne jej aspekty… Trzeba się było pogodzić z faktem, że Marsjanie nie do końca wiedzą, co robią.

Sax wędrował po Półwyspie Da Vinciego, prostokątnym fragmencie lądu otaczającym koliste stożkowe wzgórze Krateru Da Vinciego i ograniczonym fiordami Simud, Shalbatana i Ravi, które uchodziły do południowego krańca zatoki Chryse. Na zachodzie, przy ujściu fiordów Ares i Tiu, leżały dwie wyspy: Kopernik i Galileusz. Układ morza i żyznej ziemi był idealny dla pączkującego życia — technicy z laboratoriów Da Vinciego wybrali naprawdę znakomite miejsce, choć Sax był absolutnie przekonany, że wtedy, przed laty nie mieli pojęcia o okolicy. Zresztą, kiedyś istniały tu tajne lotniczo-kosmonautyczne laboratoria podziemia, a krater cechował się grubym stożkiem i znajdował w odpowiedniej odległości od Burroughs i Sabishii. O krok do raju. Przez całe życie można było obserwować to miejsce, nie opuszczając domu.

Hydrologia, biologia inwazji, areologia, materiałoznawstwo, fizyka cząstek elementarnych, kosmologia: wszystkie te dziedziny niezwykle interesowały Saxa, jednak jego codzienna praca w ostatnich latach przeważnie wiązała się z meteorologią. Na Półwyspie Da Vinciego klimat był bardzo „gwałtowny”; deszczowe burze przesuwały się na południe zatoki, suche katabatyczne wiatry opadały z południowych wyżyn i fiordowych kanionów, tworząc na morzu duże, północne fale. Ponieważ miejsce leżało tak blisko równika, cykl perihelium-aphelium oddziaływał na nie o wiele bardziej niż zwykłe inklinacyjne pory roku. Aphelium przynosiło zimną pogodę co najmniej dwadzieścia stopni na północ od równika, podczas gdy perihelium prażyło równik tak samo jak regiony południowe. W styczniach i lutych ogrzane słońcem południowe powietrze wznosiło się w stratosferę, skręcało na wschód przy tropopauzie i łączyło się z krążącymi prądami strumieniowymi nad wybrzuszeniem Tharsis. Południowy prąd był wilgotny, niósł znad Zatoki Amazońskiej deszcze, które zrzucał na Daedalię i Ikarię, czasami na zachodnią ścianę gór basenu Argyre, gdzie tworzyły się lodowce. Północny prąd natomiast rozlewał się po górzystych obszarach Tempe-Mareotis, potem uderzał ponad Morzem Północnym, gromadząc wilgoć na kolejną burzę. Na północ od niego, ponad czapą polarną, powietrze chłodziło się i opadało na wirującą planetę, wywołując powierzchniowe wiatry z północnego wschodu. Te zimne, suche wichury mknęły czasami pod cieplejszym i wilgotniejszym powietrzem umiarkowanych stałych wiatrów zachodnich, powodując powstawanie nad Morzem Północnym frontów ogromnych kowadeł burzy, nieraz wysokich na dwadzieścia kilometrów.