Jedna z najwybitniejszych osób związanych z tą teorią pracowała właśnie w Da Vincim. Należała do grupy, której przyglądał się Sax, i nazywała się Bao Shuyo. Urodziła się i wychowała w Dorsa Brevia, miała pochodzenie japońsko-polinezyjskie. Jak na młodą Marsjankę była niewysoka, chociaż i tak o pół metra przewyższała Saxa. Czarne włosy, ciemna skóra, orientalne, bardzo regularne, a równocześnie osobliwie zwyczajne rysy. Onieśmielał ją zarówno Russell, jak i inni ludzie; czasem się nawet jąkała, co Saxa bardzo wzruszało. Kiedy jednak stawała w sali wykładowej i zaczynała mówić o swojej pracy, potrafiła nad sobą zapanować; na ekranie pisała równania i notatki niezwykle szybko. W owych momentach wszyscy słuchający wykładu niczym zahipnotyzowani całkowicie skupiali się na tym, co mówiła. Bao pracowała w Da Vincim od roku i każda w miarę inteligentna osoba potrafiła w niej rozpoznać jednego z najgenialniejszych współczesnych naukowców, odkrywającego rzeczywistość przed oczyma swoich uczniów.
Inni młodzi zapaleńcy oczywiście stale jej przerywali, zadając pytania. W tej grupie naukowej było wiele tęgich umysłów, wszyscy czuli się równi i razem pracowali nad matematycznym modelowaniem grawitonów i grawitinów, ciemnej materii i materii cienia. Ogólnie rzecz biorąc, sesje były bardzo twórcze w sensie naukowym i pasjonujące, a Bao najwyraźniej stanowiła ich siłę napędową, na której polegali i z którą musieli się liczyć.
Bao nieco niepokoiła Saxa. Spotykał przedtem kobiety na wydziałach matematyki i fizyki, ale Bao była jedynym kobiecym geniuszem matematycznym, o jakim kiedykolwiek słyszał, i to w całej długiej historii tej dziedziny, która — teraz to sobie uświadomił — była absolutnie zmaskulinizowana. Czy istniało w życiu coś równie męskiego jak matematyka? I dlaczego tak się działo?
Z drugiej strony Saxa martwił fakt, że prace Bao opierały się na nie publikowanych tekstach tajskiego matematyka z ubiegłego stulecia, nerwowego młodego człowieka nazwiskiem Samui, który pomieszkiwał w domach publicznych Bangkoku, aż w końcu popełnił samobójstwo w wieku dwudziestu trzech lat. Pozostawił po sobie wiele „ostatecznych rozwiązań” w stylu wielkiego twierdzenia Fermata i przez całe życie upierał się, że wszystkie matematyczne tezy przekazali mu telepatycznie obcy. Bao ignorowała całą tę otoczkę, potem wyjaśniła niektóre z bardziej niejasnych innowacyjnych pomysłów Samuiego, wreszcie użyła ich dla rozszerzenia grupy wyrażeń zwanych udoskonalonymi operatorami Rovellego-Smolina, które z kolei pozwoliły jej wprowadzić pojęcie systemu sieci spinowych, doskonale zazębiających się z superstrunami. Bao doprowadziło to do świetnego połączenia mechaniki kwantowej i teorii grawitacji, czyli do rozwiązania wielkiego problemu… Jeśli rzeczywiście jej się udało. W każdym razie, teoria okazała się potężna i Bao ustaliła wiele wyraźnych tez w poważniejszych dziedzinach związanych z atomem i kosmosem; od tamtego czasu potwierdzono niektóre z tych tez.
Dzięki swoim odkryciom Bao stała się obecnie królową fizyki — pierwszą królową fizyki — a eksperymentatorzy we wszystkich laboratoriach Marsa stale komputerowo łączyli się z Da Vincim i z niepokojem oczekiwali kolejnych sugestii od wielkiej matematyczki. Podczas popołudniowych sesji w sali wykładowej czuło się napięcie i podniecenie. Spotkania rozpoczynał Max Schnell i w pewnym momencie zapraszał Bao, która wstawała i podchodziła do monitora ustawionego przy drzwiach frontowych pomieszczenia; skromna, pełna gracji, poważna, energiczna, młoda kobieta. Pióro biegało po ekranie, gdy Bao przedstawiała sposób dokładnego obliczania masy neutrina, opisywała bardzo szczególne sposoby, w jakie drgają struny, aby tworzyć rozmaite kwarki, lub mówiła, jak kwantyzują przestrzeń, skutkiem czego grawitina dzielą się na trzy rodziny. Koledzy i przyjaciele Bao, około dwudziestu mężczyzn i jedna kobieta, przerywali jej wykład pytaniami, dopisywali równania wyjaśniające kwestie poboczne lub opowiadali pozostałym o najnowszych rezultatach z Genewy, Palo Alto czy Rutherforda. W trakcie tej godziny zebrani w sali Da Vinciego zdawali sobie sprawę, że się znajdują w centrum świata.
Wszędzie, w laboratoriach na Ziemi, Marsie i na pasie asteroidowym, notowano ogromne zainteresowanie pracami matematyczki, naukowcy prowadzili trudne, szczegółowe eksperymenty, tworzono osobliwe wzory geometryczne, odkrywano cząsteczki LCSO ciemnej materii i materii cienia, wyjaśniano różne rodziny leptonów, fermionów i leptokwarków, tymczasowo rozwiązywano problem gazowego zmasowania galaktyki i tak dalej. Fizycy mieli wrażenie, że ich dziedzina jest w końcu bliska Ostatecznej Teorii. Albo przynajmniej w samym środku „następnego dużego kroku”.
Ponieważ Sax zdawał sobie sprawę z wielkości umysłu Bao, sama myśl o rozmowie z nią deprymowała go. Nie chciał marnować czasu matematyczki na sprawy trywialne. Jednak pewnego popołudnia, na przyjęciu kavovym, które odbywało się na jednym z łukowych balkonów wychodzących na kraterowe jezioro Da Vinciego, młoda kobieta sama go zagadnęła; była jeszcze bardziej speszona niż on i jąkała się bardziej niż zwykle, więc Russell poczuł się zmuszony udawać swobodnego i poprowadzić dyskusję. Starał się najlepiej, jak potrafił, i jakoś udało im się odbyć krótką rozmowę, między innymi na temat jego starych wykresów dotyczących grawitinów; Sax uważał, że owe wykresy są obecnie bezużyteczne, ale Bao oznajmiła, że ciągle jeszcze pomagają jej „zobaczyć” mechanizm grawitacji. Później Russell zapytał swoją rozmówczynię o wykład, który wygłosiła tego dnia, a wówczas Bao nieco się odprężyła. Tak najwyraźniej Saxowi udało się ją rozluźnić; powinien był od razu wybrać taki temat. Sam przecież także lubił rozmawiać o sprawach, na których się znał.
Od tej pory nabrali zwyczaju dyskutowania co jakiś czas. Sax zawsze musiał na początku trochę uspokajać Bao, jednak uważał to zadanie za całkiem interesujące. A kiedy od jesiennego ekwinokcjum nadeszła sucha pora roku i Sax zaczął znowu wypływać na żaglówce z małego portu Alfa, spytał nieśmiało dziewczynę, czy nie zechciałaby się do niego przyłączyć. Omawiając całą sprawę, czuli się skrępowani, niemniej jednak następnego ładnego dnia Bao spotkała się z Saxem i pożeglowali razem na jednym z wielu małych katamaranów należących do laboratorium.
Po całym dniu pływania Russell zacumował w małej Zatoce Florenckiej, położonej na południowy wschód od półwyspu, gdzie fiord Ravi rozszerzał się (później przechodził w Zatokę Arsenową). Właśnie tu Sax nauczył się żeglować i nadal był świetnie obznajomiony z wiatrami i prądami. Kiedyś, podczas dłuższych wycieczek zbadał tutejszą deltę fiordów i zatok przy dolnym końcu systemu marineryjskiego, a trzy czy cztery razy pożeglował w górę wschodniej strony zatoki Chryse, aż do fiordu Mawrth i wzdłuż półwyspu Synaj.
Tego szczególnego dnia jednakże poprzestał na Zatoce Florenckiej. Wiatr wiał z południa i Sax halsował, przy każdej zmianie kursu prosząc o pomoc Bao. Żadne z nich nie mówiło zbyt wiele. W końcu, aby przerwać milczenie, Sax zmusił się do rozmowy na tematy dotyczące fizyki. Dyskutowali o sposobach, w jakie struny tworzą prawdziwą strukturę czasoprzestrzeni, zamiast po prostu zastępować punkty w jakiejś całkowicie abstrakcyjnej siatce.
Sax zastanowił się nad tą kwestią i powiedział:
— Czy kiedykolwiek się martwisz, że do tej pory niedostępna dla eksperymentu praca okaże się domkiem z kart, który przewróci jakaś prosta matematyczna sprzeczność albo późniejsza teoria, mogąca pokazać coś lepiej albo w łatwiejszy sposób?
— Nie — odparła Bao. — Tak piękna teoria musi być prawdziwa.
— Hmm… — zamyślił się Sax, patrząc na dziewczynę. — Muszę przyznać, że wolałbym coś solidniejszego. Coś w typie Einsteinowskiej Rtęci — znaną sprzeczność poprzedniej teorii, którą rozwiązuje nowa teoria.