Выбрать главу

A jednak, istniała aktywna hydrosfera! I co za tym idzie, życie.

Matka Bao zginęła w katastrofie jakiegoś małego samolotu i Bao jako najmłodsza córka musiała jechać do domu i zająć się takimi sprawami, jak własność domu rodzinnego. Saxowi wyjaśniono, że prawo dziedziczenia przez najmłodszą córkę mieszkanki Dorsa Brevia wzorowały na matriarchacie Indian Hopi. Bao nie była pewna, kiedy wróci; istniało nawet ryzyko, że nie wróci. Podchodziła do całej sytuacji praktycznie, wiedziała, że po prostu musi wypełnić swój obowiązek jak należy. Już była skupiona na własnych myślach, toteż Saxowi pozostało tylko pomachać jej na pożegnanie i, potrząsając głową, wrócić do pokoju. Rozumieć podstawowe prawa rządzące wszechświatem, a nie mieć pojęcia, co oznacza termin „społeczeństwo”… Szczególnie nieczuły przedmiot badań… Sax połączył się z Michelem i pożalił się.

— Dzieje się tak, ponieważ kultura stale się rozwija — odpowiedział mu Francuz.

Sax rozumiał, co jego przyjaciel ma na myśli — gwałtownie zmieniało się nastawienie ludzi do wielu spraw. Werteswandel, jak to nazywał Bela, czyli zmiana wartości. Należeli jednakże do społeczności, która walczyła z wszelkiego rodzaju archaizmami. Przedstawiciele naczelnych łączyli się kiedyś w plemiona, strzegli terytorium, modlili się do jakiegoś boga o wyglądzie kreskówkowego ojca…

— Czasami wydaje mi, że nie dostrzegam żadnego postępu — mruknął. Czuł się dziwnie strapiony.

— Ależ, Saxie — zaprotestował Michel — właśnie tu, na Marsie, mamy do czynienia z zanikiem zarówno patriarchatu, jak i praw własności, co stanowi jedno z największych osiągnięć w ludzkiej historii.

— Jeśli to w ogóle prawda.

— Nie sądzisz, że kobiety dysponują władzą na równi z mężczyznami?

— O ile wiem, nie.

— Gdy dochodzi do reprodukcji, mają chyba nawet więcej praw.

— To co mówisz, rzeczywiście ma sens.

— A gruntami zarządzają wspólnie. Ciągle posiadamy na własność osobiste przedmioty, do nikogo jednak nie należy żaden skrawek ziemi. To nowa społeczna rzeczywistość, zmagamy się z nią codziennie.

Michel miał rację. Sax przypomniał sobie zawzięte konflikty z dawnych czasów, kiedy na porządku dziennym były takie problematyczne kwestie, jak własność czy kapitał. Tak, rzeczywiście: patriarchat i prawa własności powoli znikały. Przynajmniej na Marsie, przynajmniej teraz. A co do teorii strun, może zabrać sporo czasu doprowadzenie jej do przyzwoitego stanu. Mimo wszystko, nawet Sax, który nie żywił żadnych uprzedzeń, dziwił się, widząc kobietę-matematyka. Albo, mówiąc bardziej precyzyjnie, kobietę-geniusza. Która zresztą z miejsca go, hm, zahipnotyzowała — podobnie jak wszystkich innych mężczyzn w swojej grupie naukowej — do tego stopnia, że jej wyjazd zupełnie Saxa rozstroił.

— Zdaje się, że na Ziemi ludzie walczą tak samo jak przedtem — powiedział niepewnie.

Nawet Michel musiał mu przyznać rację.

— Naciski populacyjne — rzucił, z pogardą machając ręką. — Na Ziemi mieszka zbyt wiele osób. Jest ich coraz więcej… Widziałeś, co się działo podczas naszej wizyty. Póki na Ziemi panuje taka sytuacja, Mars jest zagrożony. Z tego powodu, my tutaj również ze sobą walczymy.

Sax pokiwał głową. Fakt ten w pewnym sensie go pocieszył; ludzkie zachowanie nie było może złe czy głupie, ale z pewnością zaledwie na wpół racjonalne w stosunku do danej sytuacji (niebezpiecznej) historycznej. Każdy łapał, co mógł, sądząc, że dla wszystkich nie wystarczy. Za wszelką cenę starali się chronić swoje potomstwo. Takie zachowanie rodziców uczyło dzieci egoizmu; często walczyły między sobą. Ale przynajmniej był to krok naprzód.

— Nie jest tak źle — mówił Michel. — Nawet na Ziemi ludzie mają mniej dzieci. Poza tym, biorąc pod uwagę powódź i wcześniejsze kłopoty, musisz przyznać, że Ziemianie dość dobrze się przystosowują do życia kolektywnego. Zresztą, wiele nowych ziemskich ruchów społecznych zainspirowały nasze działania. I działalność Nirgala. Tamci ciągle go obserwują i słuchają, nawet kiedy nic nie mówi. Nadal owocuje to, co powiedział w trakcie naszej wizyty.

— W to akurat wierzę.

— No cóż, sam widzisz! Przyznasz, że idzie ku lepszemu. A kiedy kuracje przedłużające życie przestaną działać, pojawi się równowaga narodzin i zgonów.

— Wkrótce osiągniemy tę sytuację — przepowiedział Sax ponuro.

— Dlaczego tak mówisz?

— Pojawiły się oznaki. Ludzie umierają z różnych przyczyn. Problem starzenia się nie jest prosty. Pozostajemy przy życiu, mimo że powinniśmy odchodzić — to cud. Z pewnością starzenie się ma w sobie jakiś cel. Choćby, unika się dzięki niemu przeludnienia. Robi się miejsce dla nowego materiału genetycznego.

— Dla nas to kiepska przepowiednia.

— Przekroczyliśmy już przeciętny wiek o dwieście procent.

— Zgoda, a jednak… Nikt nie chce umierać z takiej przyczyny.

— Nie. Ale musimy się skupić na chwili obecnej. Skoro już o tym mowa… dlaczego nie pojedziesz ze mną w teren? Uświadomisz sobie, jak wielkim staję się tam optymistą. Zresztą, na otwartej przestrzeni jest naprawdę bardzo interesująco.

— Spróbuję znaleźć trochę wolnego czasu. Mam wielu pacjentów.

— Masz dużo wolnego czasu. Sam zobaczysz.

Słońce stało wysoko. Krągłe, białe chmury tłoczyły się w powietrzu, tworząc pociemniałe przy spodach wielkie masy o niepowtarzalnych kształtach. Wydawały się solidne jak marmur. Kłębiaste chmury deszczowe. Sax ponownie stał na zachodnim klifie Półwyspu Da Vinciego i patrzył przez fiord Shalbatana na ostre urwisko wschodniego stoku Lunae Planum. Za plecami Russella wznosiło się wzgórze o płaskim wierzchołku — stożek Krateru Da Vinciego. Bliska sercu baza. Mieszkał tu już od dłuższego czasu. Obecnie jego spółdzielnia wysłała na orbitę wiele satelitów i rakiety nośne. Współpracowała z laboratorium Spencera w Odessie oraz z wieloma innymi zakładami. Duża spółdzielnia w stylu Mondragonu — pierścień laboratoriów i domów w stożku, a także pola i jeziora wypełniające dno krateru. Niektórzy ludzie złościli się na ograniczenia, jakie ekosądy narzucały im w związku z planowanymi projektami, na przykład w sprawie elektrowni produkujących rzekomo zbyt wiele ciepła. W ostatnich kilku latach GSE, jak to mówiono, „racjonował stopnie Kelvina”: dana społeczność mogła wprowadzić do globalnego ocieplenia zaledwie ułamek stopnia Kelvina. Różne wspólnoty „czerwonych” bardzo starały się otrzymać przydział „racji kelwinów”, a potem ich nie wykorzystać. Tak w każdym razie twierdzili przedstawiciele innych społeczności. Sądy zresztą bardzo skąpo przydzielały te racje. Sprawa wchodziła na wokandę rejonowego ekosądu, potem jego orzeczenie musiał zatwierdzić GSE. Nie sposób było uniknąć tej procedury, chyba że jakaś grupa posiadała petycję podpisaną przez pięćdziesiąt innych wspólnot, a nawet wtedy prośbę składano na stosie podań, które miał do rozpatrzenia niezdyscyplinowany tłumek Dumy.

Powolny postęp. A niech to! Sax był zadowolony z przeciętnej temperatury globalnej, ponieważ przekraczała punkt zamarzania wody. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby mieszkańców Marsa nie ograniczał GSE, atmosfera w krótkim czasie ogrzałaby się za bardzo. Nie, nie, Sax już się nie spieszył. Stał się zwolennikiem stabilizacji.

Teraz na dworze w słońcu perihelium panowało orzeźwiające dwieście osiemdziesiąt jeden kelwinów. Sax szedł wzdłuż krawędzi klifu Da Vinciego i przyglądał się górskim kwiatom rosnącym w rozpadlinach rumoszu. Później spojrzał dalej, na odległy kwantowy blask słonecznej powierzchni fiordu i dostrzegł ją — krawędzią klifu szła wysoka kobieta w kombinezonie, dużych butach do wędrówek i masce na twarzy: Ann. Rozpoznał ją natychmiast… Te charakterystyczne duże kroki… Ann Clayborne we własnej osobie.