Выбрать главу

Zaskoczony przypomniał sobie dwie sytuacje — Hiroko wyłaniająca się ze śniegu, aby poprowadzić go do jego rovera, oraz Ann w Antarktyce… Szła wówczas podobnymi, dużymi krokami po skale, aby się z nim spotkać… Ale po co?

Skonfundowany, próbował się skupić na tej myśli. Podwójny obraz… pojedynczy wizerunek…

Nagle znalazła się przed nim i wspomnienia zniknęły, zapomniane jak sen.

Sax nie widział Ann od chwili, gdy narzucił jej kurację gerontologiczną w Tempe, i teraz był bardzo zaniepokojony. Wydawało mu się mało prawdopodobne, żeby Ann fizycznie go zaatakowała. Chociaż… już to przedtem zrobiła. Jednak Sax nigdy nie martwił się tego rodzaju napaścią. Wtedy w Antarktyce… Na moment zrozumiał sens tego nieuchwytnego wspomnienia, niestety znowu je stracił. Wspomnienia na krawędzi świadomości zawsze znikały, zwłaszcza jeśli ktoś z rozpaczliwym wysiłkiem usiłował je wskrzesić. Tajemnicą pozostawał powód.

Sax nie wiedział, co powiedzieć.

— Uodporniłeś się już na dwutlenek węgla? — spytała przez maskę.

Starannie dobierając słowa (tak jak to robił przed laty, po przeżytym wstrząsie), opowiedział jej o nowej kuracji hemoglobinowej. Gdy był w połowie wyjaśnień, Ann roześmiała się głośno.

— Krokodyla krew, co?

— Tak — potwierdził, odgadując jej myśl. — Krokodyla krew, umysł szczura.

— Setki szczurów.

— Tak. Szczególnych szczurów — dodał. Starał się być dokładny. Jak wykazał Levi-Strauss, w mitach, mimo wszystko, tkwi pewna, surowa logika. Sax chciał powiedzieć Ann, że szczury były geniuszami, setką geniuszy. Musieli to przyznać nawet jego paskudni doktoranci.

— Umysły się zmieniają — stwierdziła Ann, podążając za jego tokiem myślenia.

— Tak.

— A zatem, po twoim uszkodzeniu mózgu, zmieniłeś się dwukrotnie — zauważyła.

— Zgadza się. — Owa myśl wydała się Saxowi przygnębiająca. Szczury były daleko od domu. — Zwiększenie plastyczności mózgu. Czy ty…?

— Nie. Nie poddałam się kuracji.

Ciągle ta sama stara Ann. Sax miał nadzieję, że spróbowała jakichś leków. Zobaczyć światło! Ale nie. Chociaż w gruncie rzeczy kobieta, która stała przed nim, nie zachowywała się jak znana mu Ann. To spojrzenie w jej oczach… Sax przyzwyczaił się już do jej spojrzeń, które kojarzył z niezawodnymi oznakami nienawiści. Od czasu ich kłótni na „Aresie”, może wcześniej… Miał czas, aby się do nich przyzwyczaić. Albo przynajmniej nauczyć się przyzwyczajać.

Teraz, z maską na twarzy i odmiennie niż zwykle mrużąc oczy, Ann wyglądała niemal jak inna osoba. Obserwowała go uważnie, ale nie ściągała skóry wokół oczu. Pomarszczona staruszka, oboje byli straszliwie pomarszczeni, ale układ zmarszczek Ann sugerował obecnie rozluźnienie. Może nawet maska skrywała uśmiech. Sax nie wiedział, jak zareagować.

— Wysłałeś mnie na kurację gerontologiczną — zauważyła Ann.

— To prawda.

Czy powinien powiedzieć, że jest mu przykro, a może lepiej nic? Miał wrażenie, że język mu kołowacieje, czuł szczękościsk. Patrzył na Ann jak ptak unieruchomiony przez węża i czekał na jakiś znak od niej, oznaczający, że wszystko jest w porządku, że zrobił dobrze.

Nagle kobieta wskazała na ich otoczenie.

— Co próbujesz teraz robić?

Usiłował zrozumieć, o co chodzi jego rozmówczyni. Sposób myślenia Ann był tak gnomiczny jak koan.

— Kręcę się po dworze i patrzę — odparł. Nie przychodziło mu do głowy, co powinien powiedzieć. Język angielski… Wszystkie te piękne, cenne słowa nagle rozproszyły się niczym stado przestraszonych ptaków. Wszystkie słowa leżały poza zasięgiem Saxa. Nie rozumiał już ich znaczenia. Jesteśmy parą zwierząt stojących w słońcu, pomyślał. Patrzmy, patrzmy, patrzmy!

Ann już się nie uśmiechała. Nie posyłała mu też morderczych spojrzeń. Raczej go oceniała, jak gdyby był skałą. Skała; jeśli Ann uważała go za skałę, powinien uznać, że to postęp.

Nagle odwróciła się i odeszła, w dół klifu, ku małemu portowi morskiemu o nazwie Zed.

Sax wrócił do Krateru Da Vinciego lekko oszołomiony. Jak co roku, organizowano właśnie spotkanie nazywane „Przyjęciem z rosyjską ruletką”, podczas którego wybierano przedstawicieli do Dumy i Senatu na następny rok oraz przyznawano stanowiska spółdzielcze. Po wylosowaniu przypadkowych nazwisk dziękowano osobom pełniącym stanowiska w ubiegłym roku, pocieszano wybranych na kolejny, a później świętowano.

Tylko dzięki metodzie przypadkowego wyboru do prac administracyjnych w Da Vincim można było skłonić ludzi do działania. O ironio, tak długo walczyli o to, by każdy obywatel jak najpełniej mógł brać udział w samorządzie, po czym okazało się, że technicy z Da Vinciego są po prostu „uczuleni” na tego typu działalność. Chcieli się zajmować jedynie swoimi badaniami.

— Niech administrowaniem zajmą się AI — zaproponował pomiędzy kolejnymi łykami spienionego piwa, zresztą tak jak co roku, Konta Arai.

Aonia, zeszłoroczna reprezentantka w Dumie, tłumaczyła wybranemu na ten rok:

— Jedziesz do Mangali, tam wykłócasz się, a personel wykonuje konieczną pracę. Większość zadań przekazujesz dalej, radzie, sądom albo partii. W sumie, tak naprawdę tą planetą rządzą aparatczycy „Uwolnić Marsa”. Ale miasto jest bardzo ładne, można sobie przyjemnie pożeglować po zatoczce, a w zimie uprawiać bojery.

Sax chodził wśród ludzi. Ktoś skarżył się, że w południowej zatoce, zbyt blisko, powstaje za dużo nowych miast portowych. Polityka w swej najbardziej pospolitej formie: skarga. Nikt nie chciał się zajmować rozwiązywaniem problemów, ale wszyscy lubili narzekać. Tego rodzaju rozmowy potrwają przez około pół godziny, potem znowu podjęty zostanie temat pracy badawczej. Po głosach Sax wywnioskował, że w jednej grupie już rozmawiano o nauce; podszedł i stwierdził, że zebrani mówią o syntezie jądrowej. Zatrzymał się obok i słuchał. Naukowcy byli podekscytowani z powodu ostatnich postępów w laboratorium. Zajmowali się budową silnika o impulsowym napędzie termojądrowym. Ciągłej syntezy dokonano już kilka dziesięcioleci temu, ale wówczas niezbędne były do tego niezwykle ciężkie urządzenia typu tokamak, zbyt duże, masywne i kosztowne, aby używać ich na co dzień. To laboratorium jednakże próbowało szybkiej, wielokrotnej implozji małych grudek opałowych i wykorzystywało rezultaty syntezy dla napędu.

— Czy Bao omawiała z wami ten temat? — spytał Sax.

— No cóż, zanim wyjechała, przyszła z nami porozmawiać o wzorcach plazmowych. Początkowo nam się to nie przydało, ponieważ Bao zajmuje się o wiele mniejszymi cząsteczkami. Tyle że dziewczyna jest cholernie bystra i w pewnej chwili powiedziała coś, dzięki czemu Yananda mógł dokonać implozji, nie rezygnując z późniejszej emisji.

Potrzebowali laserów, aby rozbić grudki opałowe, musiało jednakże istnieć także ujście dla naładowanych cząsteczek. Bao najwidoczniej zainteresowała się tym problemem i teraz grupa naukowców żywo dyskutowała wybrane rozwiązanie, a kiedy ktoś podchodził do kręgu i wspominał o wynikach ostatnich wyborów, machali niecierpliwie rękoma.

— Och, Ka, prosimy, tylko bez polityki.