Выбрать главу

Sax poszedł dalej, jednym uchem słuchając rozmów w mijanych grupach. Uderzyła go apolityczność większości naukowców i techników. W polityce tkwiło coś, co ich drażniło. Saxa zresztą również. Polityka była dziedziną subiektywną, nieodłącznie kojarzyła się z kompromisem, przeciwstawiając nauce. Czy to prawda?,’zapytał siebie Sax. Jego odczucia i uprzedzenia również były subiektywne. Można traktować politykę i naukę — jako długą serię eksperymentów związanych z życiem społecznym (biorąc pod uwagę wszystkie możliwe dane). Ludzie wybierali jakiś system rządów, podporządkowywali się mu, potem zastanawiali nad własnym stosunkiem do niego, zmieniali go i zaczynali z innym. W ciągu kolejnych „eksperymentatorskich” stuleci ustalali pewne powtarzające się problemy, zasady i wzory, usiłowali bowiem maksymalnie się zbliżyć do szczęśliwego ustroju, który promuje takie wartości, jak dobrobyt, wolność jednostki, równość, zarządzanie gruntami, kontrolowany system rynkowy, odpowiednie zasady prawne, współczucie. Po kolejnych eksperymentach stało się oczywiste (przynajmniej na Marsie), że wszystkie te — czasami sprzeczne ze sobą — cele najlepiej można osiągnąć w poliarchii, skomplikowanym systemie, w którym władzę rozdziela się na wielką liczbę instytucji. W teorii dzięki tej sieci władzy, częściowo scentralizowanej i częściowo zdecentralizowanej, uzyskiwano najwięcej wolności dla jednostki i zbiorowego dobra; poziom ten osiągano przez maksymalizację kontroli, jaką posiada dana jednostka nad swoim życiem.

Czyli politologia. Wspaniała, lecz tylko w teorii. Ludzie wierzyli tej teorii, musieli więc poświęcić sporo czasu na udowadnianie posiadanej władzy. Traktowali kwestię samorządu w sposób tautologiczny: „rządzę sam” i to samodzielne rządzenie zabierało im dużo czasu.

„Ci, którzy cenią wolność, muszą się zdobyć na konieczny wysiłek i stanąć w jej obronie”, powiedział kiedyś Tom Paine. Sax wiedział o tym, ponieważ Bela nabrał złego nawyku pozostawiania w korytarzach tego typu przepełnionych porywem natchnienia sentencji. „Naukę od polityki różnią jedynie środki” — oznajmiał dość tajemniczo inny napis.

Tyle że w Da Vincim większość ludzi nie chciała tracić czasu na politykę. „Socjalizm nigdy nie odniesie sukcesu”, zauważył Oscar Wilde (jak napisano ręcznie na kolejnym znaku), „bowiem potrzeba by na to zbyt wiele wieczorów”. No właśnie! Znajomi Saxa chcieli mieć wieczory dla siebie. Dlatego podjęto decyzję o loteryjnej metodzie wyborczej, choć niosła w sobie ryzyko — wybrana osoba mogła przecież nie podołać wyznaczonemu zadaniu. Zwykle jednak ryzyko się opłacało. Stąd corocznemu przyjęciu za każdym razem towarzyszyła radość. Ludzie rozmawiali z ożywieniem, wchodząc do jadalni bądź wychodząc przez szklane drzwi na otwarte tarasy, z których rozciągał się widok na kraterowe jezioro. Nawet wybrani na nową kadencję zaczynali się ponownie uśmiechać, pocieszeni kavajava, alkoholem i może myślą, że władza daje również pewne możliwości. Pracę wprawdzie im narzucono, ale mogli dokonać pewnych mniej lub bardziej znaczących posunięć — popsuć szyki przeciwnikom, zrobić przysługi ludziom, którym chcieli zaimponować… W tym sensie system jeszcze raz zadziałał: świeże osoby stanęły w poliarchicznym szeregu, w radach rejonowych: rolniczej, wodnej, architektonicznej, rozpatrującej projekty, ekonomicznej, a także kraterowej radzie zajmującej się koordynacją działalności tych mniejszych grup i globalnej radzie doradczej. Na Marsie działały całe sieci małych organizacji kierowniczych, których powołanie od stuleci proponowali w takiej czy innej wersji postępowi politolodzy; nawiązywano do pewnych aspektów prawie zapomnianego socjalizmu gildii w Wielkiej Brytanii, jugosłowiańskich rządów robotniczych, praw ziemskich stanu Kerala i innych. Eksperyment miał polegać na syntezie. Do tej pory system najwyraźniej spełniał swoją funkcję, choćby w tym sensie, że technicy z Da Vinciego wydawali się niemal równie swobodni i szczęśliwi, jak podczas doraźnych podziemnych lat, kiedy każdą decyzję podejmowano instynktownie albo — mówiąc precyzyjniej — przez powszechną zgodę (o wiele mniejszej wówczas) populacji Da Vinciego.

Naprawdę wyglądali na szczęśliwych; na zewnętrznych tarasach ustawiali się przy dużych rondlach z kavajava i kawą po irlandzku lub obok beczek z piwem. Tłoczyli się w rozgadanych grupkach i gwar głosów roznosił się niczym fale, tak jak na każdym innym przyjęciu koktajlowym. Russell uważał wszystkie te złączone razem głosy za dźwięk niezwykły. Chór rozmów — muzyka, której chyba nikt z wyjątkiem Saxa świadomie nie słuchał. A on sam mocno podejrzewał, że właśnie dzięki temu odgłosowi ludzie (nieświadomie go słyszący) stają się na przyjęciach tak szczęśliwi i towarzyscy. Zbierz razem dwieście osób, niech rozmawiają tak głośno, by daną rozmowę słyszeli jedynie ludzie zebrani w małej grupce. Powstanie prawdziwa muzyka!

Zatem mimo iż obywatele Da Vinciego nie wykazywali zainteresowania rządami, można je było uznać za udany eksperyment. Gdyby mogli być mniej szczęśliwi… Może ignorowanie rządu było dobrą strategią. Może dobry rząd to taki, którego istnienie można bezpiecznie zlekceważyć, „aby wreszcie wrócić do swojej pracy!”, jak przed chwilą oświadczył radosnym tonem nieco nietrzeźwy osobnik, były przewodniczący rady wodnej. Samorządu nie uważano za „własną pracę”!

Chociaż niektórzy ludzie naprawdę lubili działalność polityczną. Interesował ich ten związek teorii i praktyki, spory, rozwiązywanie problemów, współpraca z innymi ludźmi, służenie ogółowi jako rodzaj daru, nieskończone dyskusje, a także władza. Takie osoby nadal działały na dwóch albo nawet — jeśli im pozwolono — trzech polach, a potem natychmiast przyjmowali na ochotnika inne zadania. Bela, na przykład, bronił się wcześniej przed funkcją przewodniczącego głównego laboratorium, teraz pragnął działać w ochotniczej grupie doradczej, w której zawsze pozostawało kilka miejsc do obsadzenia. Sax podszedł do niego:

— Zgodziłbyś się z Aonią, że „Uwolnić Marsa” zdominowało globalną politykę?

— Och, bez wątpienia. Z pewnością. Mają tylu członków! Przejęli już sądy i załatwiają wiele spraw po swojemu. Pragną chyba kontrolować wszystkie nowe kolonie na asteroidach. No i podbić Ziemię. Wszyscy młodzi tubylcy z politycznymi ambicjami ciągną do tej partii, niczym pszczoły do kwiatu.

— Próbują opanować inne osady…

— Tak?

— To stanowi problem.

— Zgadzam się.

— Słyszałeś o lekkim silniku termojądrowym?

— Tak, trochę.

— Mógłbyś nieco poprzeć ów projekt. Gdyby statki kosmiczne miały takie silniki…

— To co? Sax?

— Posiadanie szybkich środków transportu przełamałoby panowanie jednego ugrupowania.

— Tak sądzisz?

— Cóż, trudniej byłoby im kontrolować sytuację.

— Przypuszczam, że masz rację. Hm, muszę się nad tym trochę zastanowić.

— Tak. Naukę od polityki różnią jedynie środki. Nie zapominaj.

— Rzeczywiście! — Z tym słowami Bela ruszył do beczek z piwem. Mamrotał coś do siebie, a później witał się z kilkoma osobami, które do niego podeszły.

Spontanicznie, powoli wyłaniała się klasa urzędnicza, czego zawsze obawiali się politolodzy: pojawiali się eksperci kontrolujący sprawy administracji państwowej, którzy przypuszczalnie nigdy nie zamierzali porzucić działalności politycznej. Komu zresztą mieliby przekazać pałeczkę? Kto jeszcze chciałby się zajmować polityką? Nikt, o ile Sax potrafił to ocenić. Jeśli Bela miał ochotę, mógłby na zawsze pozostać członkiem rady doradczej. Ekspert, od łacińskiego experiri, czyli próbować. Tak jak podczas eksperymentu. Mieli więc na Marsie do czynienia z rządami eksperymentatorów, osób, które rządziły za pomocą prób. Były to rządy ludzi zainteresowanych. A może po prostu kolejny rodzaj oligarchii. Czy mieli wybór? Skoro trzeba było losować członków instytucji rządowych, w takim razie paradoksem stawało się samo pojęcie samorządu jako przejawu wolności jednostki.