Zadumę Russella przerwali Hector i Sylvia z seminarium Bao, którzy zaprosili go, by zszedł na dół i posłuchał wyboru pieśni z Maria dos Buenos Aires dokonanego przez ich grupę muzyczną. Sax zgodził się i ruszył za nimi.
Przed małym amfiteatrem, w którym miał się odbyć koncert, zatrzymał się przy stole z napojami i nalał sobie kolejną małą filiżankę kawy. Czuł, że wszędzie wokół niego wzmaga się świąteczny nastrój. Podnieceni oczekiwaniem Hector i Sylvia poszli się przygotować do występu. Obserwując ich, Russell przypomniał sobie ostatnie spotkanie z Ann. Gdyby tylko mógł się przygotować do niego! Zachował się idiotycznie! A mógł się przecież zmienić w Stephena Lindholma, może wówczas skutek byłby lepszy. Gdzie jest teraz Ann, o czym myśli? Co robi? Czy chodzi po marsjańskiej powierzchni, niczym duch, czy przemieszcza się od jednej stacji „czerwonych” do następnej? A „czerwoni”? Co teraz robią, jak żyją? Czy zbombardowaliby Da Vinciego, gdyby mieli okazję? Nie, chyba nie. W terenie ekotażyści nadal niszczyli rozmaite projekty naukowe, jednak odkąd oficjalnie ustalono „limity terraformowania”, większość „czerwonych” zaaklimatyzowała się jakoś w społeczności planety i teraz stanowiła po prostu jedną z głównych sił politycznych. Byli czujni, szybko potrafili kwestionować posunięcia, które im nie odpowiadały (stanowiska polityczne interesowały ich znacznie bardziej niż przedstawicieli innych, mniej ideologicznych grup społecznych), niemniej jednak stopniowo stawali się „normalnymi” obywatelami. Gdzie w takim razie będzie pasowała Ann? Z kim podejmie współpracę?
No cóż, mógłby do niej zadzwonić i zapytać.
Tyle że Sax bał się zadzwonić. Bał się rozmawiać z Ann! Przynajmniej przez nadgarstek. Chociaż, najwyraźniej osobiście także się bał. Nie powiedziała mu, co myśli o kuracji, której została poddana wbrew swojej woli. Nie podziękowała Saxowi, ale też nie obrzuciła przekleństwami. Nic, żadnej reakcji. Co myśli? I co myślała wtedy?
Russell westchnął, sącząc kawę. Na scenie zaczynał się spektakl. Hector deklamował po hiszpańsku recytatyw. Głos młodego mężczyzny był tak melodyjny i wyrazisty, że Sax niemal rozumiał słowa po samej intonacji.
Ann, Ann, Ann. To obsesyjne zainteresowanie myślami innej osoby było bardzo niepokojące. O wiele łatwiej skoncentrować się na planecie, na skale i powietrzu, na biologii. Tego typu skupienie Ann zrozumiałaby. Wszak w ecopoesis było coś szczególnie intrygującego. Narodziny świata. Niezależne od ludzkiej kontroli. A Sax ciągle się zastanawiał, jaki jest stosunek Ann do tej działalności. Może znowu kiedyś spotkają przypadkowo…
Tymczasem musiał się zająć swoim otoczeniem. Wrócił w teren. Zmiętoszona ziemia pod błękitną kopułą nieba. Wiosną każdego dnia niebo na równiku zmieniało barwę, przybierając kolejne, zbliżone do siebie odcienie: było niebieskie, hiacyntowoniebieskie, lazurowe, w kolorze purpurowego indygo bądź żelazawego błękitu, zabarwione żelazawym żelazocyjankiem; interesujące, jak wiele drobinek żelaza znajdowało się w powietrzu. Żelazowy błękit. Marsjańskie niebo było wprawdzie nieco bardziej purpurowe, ale przypominało uwiecznione na fotografiach niebiosa Himalajów, a równocześnie nieco się różniło od ziemskiego nieba widocznego na podobnych do Da Vinciego wysokościach. Z barwy nieba i skalistego krajobrazu można by sądzić, że Da Vinci leży na sporej wysokości. Takie się tu odnosiło wrażenie. Jasne niebo, „zmęczona” skała, zimne, czyste i rzadkie powietrze. Jak w górach. Szedł pod wiatr, z wiatrem wiejącym z boku lub w plecy i za każdym razem czuł się inaczej. Wiatr szalał mu w nozdrzach i przeszkadzał w myśleniu niczym łagodny napój alkoholowy. Sax kroczył po pokrytej porostami skale, od jednej płyty do następnej, jak gdyby szedł po swoim prywatnym chodniku wyłaniającym się w magiczny sposób z rozstępującej się ziemi. W górę, w dół, krok po kroku — wędrował uważnie, skoncentrowany na danej chwili. Od momentu do momentu, a każdy następny oderwany od poprzedniego, jak czasoprzestrzenne pętle Bao, jak kolejne ułożenie główki zięby; małe ptaszki zmieniające jedną kwantową pozycję na inną. Z bliska okazało się, że kolejne momenty nie są jednostkami regularnymi i zmieniają się wraz z upływem czasu — każdy następny zależy od tego, co zdarzyło się w poprzednim.
Nagle wiatr osłabł, w zasięgu wzroku nie było już żadnych ptaków, wszystko znieruchomiało i zapadła cisza; słychać było jedynie brzęczenie owadów. Każdy z tych przysłowiowych momentów mógł trwać wiele sekund. Gdy wróble przekomarzały się w powietrzu z krukiem, momenty mijały niemal niezauważalnie. Intensywne skupienie — czasami ciągły ruch, czasem poszczególne odgłosy.
Wiedzieć. Istniały różne odmiany wiedzy, ale Sax uznał, iż żadna z nich nie jest równie satysfakcjonująca, co bezpośrednie pojmowanie sensów. Tu, w terenie, w olśniewającym wiosennym świetle i zimnym wietrze, dotarł do krawędzi klifu i spojrzał w dół na ultramarynową taflę fiordu Simud, posrebrzonego mnóstwem świetlnych błysków, które odbijały się od wody. Klify po drugiej stronie były uwarstwione, niektóre z warstw miały postać zielonych stopni wyrytych w bazalcie. Nad wodą, w przepastnym powietrzu kołowały mewy, maskonury, rybołówki, nurzyki i rybołowy.
Kiedy poznał inne fiordy, niektóre z nich polubił. Zatoka Florencka, położona bezpośrednio na południowy wschód od Da Vinciego, była ślicznym, malowniczym owalem wody; spacer wzdłuż długich urwisk górujących nad nią był niezwykle przyjemny. Urwiska porastała gęsta trawa, która wyglądała jak mata. Sax myślał, że tak wygląda wybrzeże Irlandii. Brzegi klifów wydawały się łagodne, ponieważ szczeliny wypełniała gleba i roślinność — powstawały hałdy, po których szło się bardzo miękko; omijał ostre krawędzie gołej skały.
Od północy, znad morza napłynęły chmury i po chwili spadł deszcz; powierzchnię zalała potężna ulewa. Następnego dnia po burzy powietrze zwykle parowało, a grząska ziemia — chlupotała pod stopami. Wszędzie wokół gołej skały ciągnęło się błoto. Wrzosowiska, torfowiska, trzęsawiska. Karłowate małe lasy na niskich pagórkach. Widziany kątem oka szybki brązowy lis pędzący za porastającym sierrę jałowcem. Za czym tak biegł? Nie sposób odgadnąć, co dzieje się w głowie zwierzęcia. Fale uderzały w klify, po czym cofały się, dotykając nowych fal i tworząc z nimi interferencyjne obrazy. Piękny widok! Dziwne, że świat tak dobrze pasuje do matematycznej formuły. Niesamowita była skuteczność matematyki; to ona stanowi sedno Wielkiej Niewyjaśnionej.
Każdy zachód słońca wyglądał inaczej — powodem były szczątkowe drobinki miału w wyższych partiach atmosfery. Miał unosił się tak wysoko, że często słońce oświetlało go jeszcze długo, mimo że wszystko inne znalazło się już w wielkim cieniu zmierzchu.
Sax siadał na zachodnim klifie, oczarowany zachodem słońca. Pozostawał przez godzinę w zapadającym mroku, obserwując, jak niebo zmienia kolor, gdy znikają ostatnie promienie słońca. Później, czasami pojawiały się wysokie, nocne chmury: ogromne smugi, które zawisały trzydzieści kilometrów ponad planetą, połyskując jak muszle wielkiego ślimaka z rzędu Haliotis.
Pewnego wieczoru po mglistym dniu niebo było cynowe. Nazajutrz krzykliwy zachód słońca w srogim wietrze. Albo ciepło słońca na skórze Saxa w spokojnym, bezwietrznym, późnym popołudniu. Poniżej wzory fal na morzu. Uczucie dotyku wiatru, jego obraz.