Innego wieczoru indygowy zmierzch; pod iskrzącym się szeregiem zaćmionych, zamglonych gwiazd Sax poczuł się nieswojo. „Śnieżne bieguny bezksiężycowego Marsa”, napisał Tennyson zaledwie na kilka lat przed odkryciem Fobosa. Pozbawiony księżyca Mars… Właśnie o tej godzinie, niczym błysk, Fobos wznosił się przed laty ponad zachodnim horyzontem. Tak wygląda moment areofanii. Fobos i Dejmos, Strach i Przerażenie. Sax sam zakończył kiedyś desatelizację. Mogli wysadzić bazę militarną, zbudowaną na Dejmosie. Co wtedy myślał? Nie mógł sobie przypomnieć. Jakieś pragnienie symetrii; w dół, w górę. Jednak symetria była chyba wartością, którą matematycy cenili wyżej niż inni ludzie. W górę. Dejmos ciągle krążył gdzieś wokół Słońca.
— Hm…
Sax spojrzał na nadgarstek. Dalej od Słońca powstawało wiele nowych kolonii: ludzie wydrążali asteroidy, potem puszczali je w ruch, aby stworzyć efekt grawitacji we wnętrzach, wreszcie wprowadzali się. Nowe światy.
Jakieś słowo przyciągnęło jego oko: „Pseudofobos”. Przyjrzał się dokładniej, przeczytał: „nieformalna nazwa dla asteroidy, która rozmiarem i kształtem nieco przypominała utracony księżyc”.
— Hmm…
Wystukał polecenie na miniaturowej klawiaturze i wydrukował odbitkę. No cóż, podobieństwo było powierzchowne; trójosiowa elipsoida, trochę inna. Kształt ziemniaka, zduszona na jednym końcu, przybliżony rozmiar, w pewnym miejscu dziwny kształt — krater podobny do Stickneya. Stickney: w nim znajdowała się ładna osada… A nazwa? Powiedzmy, że opuścimy „pseudo”. Para automatycznych urządzeń naprowadzających i kilka AI, jakieś silniki boczne… Ach, ten szczególny moment, kiedy Fobos wschodził ponad zachodni horyzont.
— Hmm… — powiedział głośno Sax.
Mijały dni i pory roku. Russella zajmowały badania w terenie i prace meteorologiczne. „Wpływ ciśnienia atmosferycznego na tworzenie się chmur”. Badania oznaczały objazd półwyspu, potem spacer, w końcu wysłanie balonów i latawców. Balony meteo były eleganckie, instrumentarium ważyło mniej niż dziesięć gramów, kosz natomiast mierzył osiem metrów. Taki balon swobodnie mógł się wznieść w egzosferę.
Sax znajdował przyjemność w puszczaniu balonów. Ustawiał kosz na równym pasie piasku lub trawy (czubek balonu z wiatrem) i siadał obok z delikatnym, małym ciężarkiem w palcach. Później uruchamiał mechanizm, który wstrzelał sprężony wodór, i obserwował, jak balon się napełnia, a następnie wznosi w niebo. Sax szybko się przekonał, że jeśli trzymał w ręku linę, szybko musiał wstać, a gdy zapomniał rękawiczek, lina przecinała mu dłoń. Uwalniał więc urządzenie, siadał z powrotem na piasku i wpatrywał się w okrągły czerwony punkt, który chybocząc na wietrze, przesuwał się w górę, aż stawał się tak mały jak czubek szpilki, a potem znikał Saxowi z oczu — na wysokości około (zależnie od gęstości mgły w powietrzu) tysiąca metrów; kiedyś balon zniknął na czterysta siedemdziesiątym dziewiątym metrze, a innym razem (gdy dzień był bardzo jasny) na tysiąc trzysta pięćdziesiątym drugim. Po zniknięciu balonu Russell czytał dane z nadgarstka. Siedząc w blasku słońca, czuł, jak mały fragment jego osobowości unosi się w przestrzeń. Dziwne, myślał, co może uszczęśliwić człowieka.
Latawce także sprawiały mu przyjemność. Były nieco bardziej skomplikowane niż balony, lecz Sax bardzo je lubił wypuszczać, zwłaszcza jesienią, kiedy codziennie wiały silne, stałe pasaty. Wychodził wówczas na jeden z klifów zachodniego morza, brał krótki rozpęd z wiatrem, i wysyłał w powietrze latawiec — duży pomarańczowy przedmiot w kształcie rombu. Latawiec podskakiwał na wietrze do chwili, aż jego lot ustabilizował bardziej stały wiatr, a wtedy Sax popuszczał sznurek, czując, jak latawiec przesuwa się w niebo, łagodnie drżąc. Czasami klinował szpulę w jakiejś rozpadlinie, regulował opór i obserwował, jak romb wznosi się i odlatuje. Lina była prawie niewidoczna. Kiedy szpula rozwijała się, słychać było szum liny, a jeśli Sax trzymał ją między palcami, fluktuacja wiatru powodowała swego rodzaju muzykę. Latawiec pozostawał wówczas tygodniami w górze, jako maleńki, coraz bardziej zanikający punkt na niebie. Przez cały czas przekazywał dane. Czworokątny obiekt był widoczny z większej odległości niż okrągły przedmiot tej samej wielkości. Umysł to zabawne zwierzę.
Michel zadzwonił, ot, tak, by pogadać. Tego rodzaju rozmowy sprawiały Saxowi największą trudność. Widoczny na ekranie przyjaciel spuścił w pewnej chwili wzrok, po czym spojrzał w prawo, a Russell uświadomił sobie, że Francuz myśli o czymś innym, że jest nieszczęśliwy, a więc on musi pokierować pogawędką.
— Przyjedź mnie odwiedzić. Pójdziemy pospacerować po okolicy — zaproponował ponownie Sax. — Naprawdę sądzę, że powinieneś przyjechać. — W jaki sposób uwydatnić prośbę? — Naprawdę tak uważam! — Jak wyrazić myśli słowami? — Da Vinci przypomina zachodnie wybrzeże Irlandii. Koniec Europy, całkowicie zielony klif nad dużą taflą wody.
Michel pokiwał niepewnie głową.
W parę tygodni później rzeczywiście przyleciał. Szedł korytarzem Da Vinciego.
— Nie mam nic przeciwko obejrzeniu końca Europy.
— Drogi przyjacielu!
Wyprawili się na całodzienną wycieczkę. Sax zawiózł Michela na zachód, na klify Shalbatany. Tam wysiedli i ruszyli na północ, ku Punktowi Simshal. Przyjemnie było wędrować ze starym kolegą po takim pięknym miejscu. Kontakt z przedstawicielem pierwszej setki stanowił dla niego miłą odmianę, niecodzienne zdarzenie, co wysoce sobie cenił. Mijały tygodnie spędzane w całkiem dobrym samopoczuciu, a potem nagle pojawiał się jeden z członków jego starej rodziny i Sax miał wrażenie, że wrócił do ojczyzny. Niestety, nie miał prawdziwego domu. Czasem przychodziło mu do głowy, żeby się kiedyś przeprowadzić do Sabishii albo do Odessy — wówczas mógłby doświadczać takiego cudownego uczucia o wiele częściej.
Towarzystwo żadnej innej osoby nie odpowiadało mu tak bardzo jak towarzystwo Michela. Chociaż tego dnia wędrujący obok niego Francuz był dziwnie roztargniony. Wydawał się czymś zmartwiony. Sax patrzył na niego i zastanawiał się, jak mu pomóc. Michel tak bardzo go wspierał podczas długich miesięcy, gdy Sax na nowo uczył się mówić: praktycznie nauczył go ponownie myśleć i widzieć wszystko inaczej niż dotąd. Dobrze byłoby teraz coś zrobić dla niego, aby spłacić dług, choćby częściowo.
No cóż, aby pomóc, trzeba się było odezwać. Zatrzymali się, a Sax wziął latawiec, szpulę wręczył Michelowi.
— Proszę — powiedział. — Potrzymam latawiec, ale ty go puścisz. Ustaw w ten sposób, z wiatrem. — Sax został z latawcem, a Michel odszedł trawiastą hałdą, póki lina się nie napięła, wtedy Sax puścił latawiec, a Michel zaczął biec. Latawiec zaczął się wznosić.
Michel wrócił z uśmiechem.
— Masz, dotknij liny… można wyczuć wiatr.
— Ach — zdziwił się Sax. — Więc też go czujesz. — Prawie niewidoczna lina bębniła o palce Duvala.
Usiedli, otworzyli wiklinowy koszyk i wyjęli zapakowany przez Saxa piknikowy lunch. Michel znowu milczał.
— Czy coś cię martwi? — Sax zaryzykował pytanie, kiedy zaczęli jeść.
Michel zamachał kromką chleba, potem przełknął zjadany kęs.
— Zdaje mi się, że chciałbym wrócić do Prowansji.
— Na stałe? — spytał wstrząśnięty Sax.
Michel zmarszczył brwi.
— Niekoniecznie. Chociaż w odwiedziny. Zanim zdążyłem się nacieszyć ostatnią wizytą, musieliśmy wyjeżdżać.
— Na Ziemi żyje się trudno.
— To prawda. Mnie jednak było zaskakująco łatwo.