— Hmm… — Saxowi nie podobał się sam pomysł powrotu do ziemskiej grawitacji. Wprawdzie w trakcie ewolucji ich ciała przystosowały się do niej i z tego powodu życie w 0,38 G powodowało wiele medycznych problemów, jednak Sax przyzwyczaił się już do marsjańskiego ciążenia, tak że w ogóle go nie zauważał, a jeśli zauważał, czuł się w nim dobrze.
— Bez Mai? — spytał.
— Przypuszczam, że tak. Maja nie chce lecieć. Mówi, że kiedyś poleci, ale stale odsuwa termin. Pracuje teraz dla kredytowego banku spółdzielczego w Sabishii i uważa się za osobę niezastąpioną. No cóż, to nie jest w porządku. Maja po prostu nie chce niczego przegapić.
— Nie możesz stworzyć czegoś w rodzaju Prowansji tu, gdzie mieszkasz? Posadzić gaj oliwkowy?
— To nie będzie to samo.
— Wiem, lecz…
Sax nie miał pojęcia, co powiedzieć. Absolutnie nie tęsknił za Ziemią. A co do życia z Mają, nie potrafił go sobie wyobrazić inaczej niż wieczny pobyt w zniszczonej błędnej wirówce przeciążeniowej. Szaleństwo. Podobnie chyba traktował nostalgię Michela za stałym lądem, za dotykiem Ziemi.
— Więc leć — oświadczył. — Ale na razie się wstrzymaj. Jeśli uda się zastosować silniki o impulsowym napędzie termojądrowym do statków kosmicznych, wtedy dotrzesz tam znacznie szybciej.
— Ale wtedy mogę mieć prawdziwe problemy z ziemską grawitacją. Sądzę, że potrzeba kilkumiesięcznej podróży, aby się przygotować.
Sax pokiwał głową.
— Potrzebujesz czegoś w rodzaju szkieletu skórnego. Dzięki niemu czujesz się, jak gdybyś się znajdował w lżejszej grawitacji. Słyszałem, że te nowe lotnie przypominają skórny szkielet, w przeciwnym razie nikt nie potrafiłby utrzymać skrzydeł w odpowiedniej pozycji.
— Stale zmieniający się pancerz węglowy — powiedział Michel ze śmiechem. — Płynna skorupa.
— Tak. Mógłbyś coś takiego na siebie założyć. Nie byłoby źle.
— Mówisz więc, że najpierw przylecieliśmy na Marsa, gdzie przez sto lat musieliśmy nosić walkery, a później, kiedy zmieniliśmy tutejszy świat do takiego stopnia, że możemy przesiadywać w słońcu, jedynie lekko marznąc, wracamy na Ziemię, gdzie znowu przez następne stulecie mamy nosić walkery.
— Albo na zawsze — pokiwał głową Sax. — Niestety, tak jest.
Michel roześmiał się.
— No cóż, chyba w takim razie polecę, gdy co nieco się zmieni. — Potrząsnął głową. — Któregoś dnia będziemy mogli robić wszystko, co chcemy, prawda?
Słońce prażyło. Wiatr szeleścił w trawie. Każde źdźbło wyglądało jak zielony błysk światła. Michel przez jakiś czas mówił o Mai. Najpierw na nią narzekał, potem ją tłumaczył, wreszcie zaczął wyliczać jej zalety, cechy, które czyniły ją niezbędną; Maja stanowiła źródło całego podniecenia w jego życiu. Sax przez uprzejmość kiwał głową po kolejnych wyznaniach, niezależnie od tego, jak bardzo były one sprzeczne z poprzednimi. Wydawało mu się, że słucha nałogowego narkomana. Wiedział jednak, że w ludziach kryją się sprzeczności, od których i on sam nie jest wolny.
Gdy zapadło milczenie, spytał:
— Jak twoim zdaniem Ann postrzega aktualny krajobraz?
Michel wzruszył ramionami.
— Nie wiem. Nie widziałem jej od lat.
— Nie poddała się kuracji zwiększenia plastyczności mózgu.
— Nie. Jest uparta, prawda? Chce pozostać sobą. Jednak obawiam się, że w tym świecie…
Sax skinął głową. Jeśli człowiek wszelkie oznaki życia na Marsie uważa jedynie za zanieczyszczanie krajobrazu, za straszliwy odlew pokrywający skorupą czyste piękno skalnego świata, wówczas nawet tlenowy błękit nieba wyda mu się czymś okropnym. Myśląc w taki sposób, można się doprowadzić do szaleństwa. Nawet Michel najwyraźniej tak uważał, ponieważ powiedział:
— Obawiam się, że Ann nigdy już całkowicie nie odzyska zdrowych zmysłów.
— Wiem.
Z drugiej strony, kim byli, aby tak mówić? Czy Michela należało uznać za obłąkanego, skoro obsesyjnie myślał o jakimś regionie na innej planecie, albo dlatego, że zakochany był w kobiecie o bardzo trudnym charakterze? Czy Saxa powinno się nazwać wariatem, ponieważ w wyniku wstrząsu i eksperymentalnej kuracji nie potrafił się właściwie wysławiać i miał kłopoty z pamięcią? Russell na oba pytania odpowiadał przecząco. A przy tym — niezależnie od tego, co mówił Desmond — naprawdę i mocno wierzył, że podczas burzy pomogła mu Hiroko. Ktoś mógłby twierdzić, że ma do czynienia, hm, z czysto umysłowymi zdarzeniami, które wyraźnie wykraczają poza zewnętrzną rzeczywistość. Sax przypomniał sobie, że coś takiego często uważano za symptom szaleństwa.
— Tak jak ci ludzie, którym się zdaje, że widzieli Hiroko — mruknął tytułem próby, aby sprawdzić, co odpowie Michel.
— Ach, tak — stwierdził Francuz. — Myślenie magiczne jest bardzo uporczywe. Nigdy nie pozwól sobie na rezygnację z racjonalnego myślenia, nawet jeśli czasem myślisz magicznie. Często zdarzają się takie archetypowe wzorce, jak w przypadku Hiroko. Jej historia przypomina opowieści o Persefonie albo o Chrystusie. Przypuszczam, że kiedy ktoś taki umiera, szok spowodowany stratą jest niemal niemożliwy do zniesienia. Potem wystarczy, że jednemu z zasmuconych przyjaciół lub uczniów przyśni się utracony mistrz. Nieszczęśnik budzi się z krzykiem „Widziałem go” i w przeciągu tygodnia wszyscy są przekonani, że prorok wrócił albo że w ogóle nigdy nie umarł. Tak samo dzieje się z Hiroko, którą wiele osób regularnie spotyka na swojej drodze.
Ależ ja naprawdę ją widziałem, chciał powiedzieć Sax. Chwyciła mnie za nadgarstek.
Był jednak zbyt zakłopotany, aby się odezwać. Wyjaśnienie Michela wydawało się bardzo sensowne i świetnie pasowało do słów Desmonda. Sax wiedział jednakże, że obaj ci mężczyźni bardzo tęsknią za Japonką i podejrzewał, że usiłowali się pogodzić z faktem jej zniknięcia przez najbardziej prawdopodobne wytłumaczenia. Chociaż zdawał sobie równocześnie sprawę z tego, iż podczas stresu, zwłaszcza związanego ze złym samopoczuciem fizycznym, mogą się pojawić niezwykłe zdarzenia psychiczne. Może Saxowi rzeczywiście tylko się zdawało, że widzi Hiroko. Ale nie, to niemożliwe, pomyślał. Przecież każdy szczegół tego spotkania pamiętał tak żywo!
Zauważył jednak, że pamięta spotkanie jak sen tuż po przebudzeniu. Pamiętał zresztą tylko samo spotkanie. Wszystko inne pozostawało poza zasięgiem pamięci niczym coś śliskiego bądź nieuchwytnego. Na przykład nie mógł sobie zupełnie przypomnieć, co się działo na chwilę przed pojawieniem się Hiroko czy też po jej zniknięciu. W każdym razie, nie w szczegółach.
Nerwowo zacisnął zęby. Wszędzie wokół najwidoczniej panoszyły się różne rodzaje szaleństwa. Ann wędrowała po starym świecie, samotna i niezależna, a pozostali przedstawiciele pierwszej setki chwiejnym krokiem krążyli po nowym świecie jak duchy, usiłując jakoś ułożyć sobie życie. Może Michel mówił prawdę, twierdząc, że nie mogą sobie poradzić z własną długowiecznością, że nie wiedzą, co robić z czasem, że nie potrafią tworzyć życia…
No cóż — a jednak. Jednak tu byli, siedzieli na klifach Da Vinciego. Nie trzeba się przesadnie denerwować o te sprawy, naprawdę nie warto. Jak spytałby Nanao, czegóż im teraz brakowało? Zjedli dobry lunch, byli syci, nie spragnieni, przebywali na dworze, w słońcu i wietrze, obserwowali, jak latawiec wznosi się coraz wyżej w ciemnym, aksamitnym błękicie nieba; starzy przyjaciele ucinający sobie pogawędkę na trawie. Czego im brakowało? Spokoju umysłu? Nanao roześmiałby się na taką odpowiedź. Obecności innych starych przyjaciół? No cóż, nadejdą kolejne dni, będą inne okazje. Teraz, w tej chwili, byli dwojgiem starych kolegów, którzy siedzieli obok siebie na klifie. Po wszystkich tych latach walki mogli przesiedzieć tu całe popołudnie — jeśli tylko chcieli — puszczać latawiec i rozmawiać. Rozmawiać o starych przyjaciołach i o pogodzie. Przedtem istniały problemy i później też się jakieś pojawią. Teraz jednak, jak mawiał Boone, po prostu byli tutaj.