— Pomyśl, jak bardzo coś takiego spodobałoby się Johnowi — zauważył z wahaniem Sax. Trudno mówić o takich sprawach. — Zastanawiam się, czy Boone potrafiłby sprawić, żeby Ann zrozumiała. Bardzo za nim tęsknię. I bardzo chcę, aby Ann pojęła ten świat. Nie musi widzieć go w taki sposób, w jaki ja go widzę. Po prostu chcę, by zobaczyła go jako coś… dobrego. Żeby dostrzegła, jaki jest piękny… piękny na swój własny sposób. W jaki cudowny sposób wszystko wokół się tworzy. Twierdzimy, że kierujemy tym światem, lecz nie jest to prawdą. Świat jest zbyt skomplikowany. My tylko przywieźliśmy nasiona, ale ten świat wykiełkował sam. Teraz próbujemy skierować jego rozwój w tę czy w inną stronę, jednak cała biosfera… sama się tworzy. Nie ma w niej niczego nienaturalnego.
— No cóż… — zaczął Michel i zamilkł.
— Naprawdę! Możemy manipulować przy tym wszystkim, lecz w gruncie rzeczy przypominamy tylko terminatorów czarnoksiężnika. To jest samo życie.
— Ależ życie było tu przedtem — zaoponował Michel. — I do niego Ann właśnie przywiązuje najwyższą wagę. Życie skał i lodu.
— Życie?
— Coś w rodzaju spokojnego mineralnego bytu. Nazwij to zresztą, jak chcesz. Areofania skały. A skąd wiesz, czy te skały nie mają jakiejś własnej świadomości?
— Sądzę, że świadomość musi łączyć się z mózgiem — odrzekł z powagą Sax.
— Prawdopodobnie, ale kto to może wiedzieć? Jeśli nie świadomość, tak jak ją definiujemy, w takim razie, przynajmniej jakiś byt. Pewna wewnętrzna wartość, choćby dlatego, że coś istnieje.
— Ta wartość nie zniknęła. Ciągle jest. — Sax podniósł kamyk wielkości piłki baseballowej. Na pierwszy rzut oka fragment zgruzowanych ejektamentów: odprysk. Codzienny jak błoto, a może nawet o wiele pospolitszy. Przyjrzał się dokładnie odłamkowi. Witaj, skało. O czym myślisz? — Chcę powiedzieć, że to wszystko nadal tu jest. Ciągle jest.
— Jednak inne.
— Nic nigdy nie jest takie samo. Z każdą chwilą wszystko się zmienia. A co do świadomości minerałów, jest chyba dla mnie zbyt mistyczna. Nie, żebym się automatycznie sprzeciwiał mistycyzmowi, a jednak…
Michel roześmiał sie. — Bardzo się zmieniłeś, Sax, niemniej jednak ciągle pozostajesz sobą.
— Mam nadzieję. Ann jednak również nie wydaje mi się mistyczką.
— Jak więc wytłumaczysz jej postępowanie?
— Nie wiem! Nie wiem! Może… Jako rasowy naukowiec nie potrafi znieść, że ktoś kala materiał badawczy? To byłoby niemądre. Lęk przed zjawiskiem. Wiesz, co mam na myśli? Szacunek wobec tego, co jest. Żyj z tym i czcij to, ale nie próbuj zmienić, zanieczyścić. Lepiej zniszczyć… Zresztą, nie wiem. Chciałbym się jednak dowiedzieć.
— Ty zawsze chcesz wszystko wiedzieć.
— Rzeczywiście, Ale chcę się dowiedzieć bardziej niż większości innych kwestii. Bardziej niż czegokolwiek innego, co mi przychodzi do głowy! Naprawdę.
— Ach, Sax. Ja pragnę Prowansji, ty pragniesz Ann. — Michel uśmiechnął się. — Obaj jesteśmy stuknięci!
Roześmiali się. Fotony spadały na ich skórę. Czuli ciepło. Byli tutaj, ludzki pyłek.
CZĘŚĆ 10
Werteswandel
Było po północy, w biurach panowała cisza. Główny doradca podszedł do ekspresu i zaczął rozlewać kawę do maleńkich filiżanek. Trzech jego współpracowników stało wokół stołu zastawionego monitorami.
— A zatem uderzacie raz za razem laserem w kule deuteru i helu3 — powiedział główny doradca znad ekspresu. — Zachodzi implozja i synteza jądrowa. Temperatura przy zapłonie wynosi siedemset milionów kelwinów, ale nie może zaszkodzić, ponieważ jest to temperatura lokalna i bardzo krótkotrwała.
— Kwestia nanosekund.
— Świetnie. To mnie pociesza. W takim razie, okay, energia wynikowa uwalnia się całkowicie w postaci naładowanych cząsteczek, których ruch powstrzymują wasze pola elektromagnetyczne — żadne neutrony nie polecą naprzód i nie usmażą waszych pasażerów. Pola służą jako osłona i płyta pchająca, a równocześnie jako układ zbiorczy dla energii użytej do zaopatrzenia laserów. Wszystkie naładowane cząsteczki kieruje się ku tyłowi, gdzie przechodzą przez waszą kątową aparaturę lustrzaną. Stanowi ona wejściowy łuk dla laserów i przejście równoległe dla produktów syntezy.
— Ta część jest w porządku — zauważył inżynier.
— Rzeczywiście. Ile spala paliwa?
— Jeśli chodzi o równowartość przyspieszenia marsjańskiej grawitacji, odpowiedź brzmi 3,73 metra na sekundę do kwadratu. Weźmy statek o wyporności tysiąca ton, trzysta pięćdziesiąt ton na ludzi i statek, sześćset pięćdziesiąt na mechanizmy i paliwo… Wówczas trzeba spalić trzysta siedemdziesiąt trzy gramy na sekundę.
— Och, Ka! Dość sporo!
— Prawie trzysta ton dziennie, ale przyspieszenie jest także spore. Loty są krótkie.
— Jak duże są te kule?
— Zasięg centymetrowy, masa — 0,29 grama — odparł fizyk. — Spalamy więc ich tysiąc dwieście dziewięćdziesiąt na sekundę. Dzięki temu pasażerowie statku powinni zyskać dobre, stale uczucie grawitacji.
— Zapewne. Co do helu3, czyż nie występuje dość rzadko?
— Kolektyw galilejski zaczął go zbierać z górnych partii atmosfery Jowisza — odrzekł inżynier. — Tę samą metodę próbują stosować także na ziemskim Księżycu, jednak na razie nie bardzo im się udaje. Jowisz ma tego pierwiastka więcej, niż kiedykolwiek będziemy potrzebować.
— Zatem statki zabiorą pięciuset pasażerów.
— Takiej liczby używamy na potrzeby naszych obliczeń. Oczywiście, szczegóły trzeba jeszcze ustalić.
— Jak rozumiem, statek przez pól drogi do celu przyspiesza, potem skręca i aż do końca zwalnia.
Fizyk potrząsnął głową.
— Tak się dzieje jedynie w przypadku bardzo krótkich wypraw. Aby lecieć naprawdę szybko, wystarczy przyspieszać tylko przez parę dni. Podczas dłuższych wypraw dla oszczędności paliwa powinniście lecieć ze średnią prędkością.
Główny doradca skinął głową, wręczył pozostałym pełne filiżanki. Pili łykami.
— Czas lotu zmieni się bardzo gruntownie — odezwał się matematyk. — Trzy tygodnie z Marsa na Uran. Dziesięć dni z Marsa na Jowisz. Z Marsa na Ziemię — trzy dni. Trzy dni! — Spojrzał na pozostałych, marszcząc brwi. — Dzięki temu napędowi Układ Słoneczny wyda nam się mniej więcej wielkości dziewiętnastowiecznej Europy. Podróże kolejowe. Pasażerskie liniowce oceaniczne.
Inni pokiwali głowami. Inżynier powiedział:
— Teraz jesteśmy sąsiadami mieszkańców Merkurego, Urana albo Plutona.
Główny doradca wzruszył ramionami.
— Albo nawet Alfy Centauri. Nie martwmy się o to. Kontakt to dobra sprawa. Tylko łączność, jak mówi poeta. Tylko łączność. Teraz będziemy się łączyć ze wszystkimi. — Podniósł filiżankę i dodał: — Na zdrowie.