Выбрать главу

Nirgal wpadł w rytm i utrzymywał go przez cały dzień. Lung-gom-pa. Religia biegania, bieganie jako medytacja albo modlitwa. Zazen, zeń ka. To część areofanii; należy do niej marsjańska grawitacja. Czegóż potrafi dokonać ludzkie ciało w dwóch piątych G, zwłaszcza jeśli biegaczowi towarzyszy wyzwolona wysiłkiem euforia. Człowiek biegnie jako pielgrzym, półczciciel, półbóg.

Religia ta miała obecnie niemało zwolenników, samotnych biegaczy po Marsie. Czasami organizowano wyścigi o nazwach „Bieg przez labirynt”, „Pełzanie po terenach chaotycznych”, „Przez Marineris”, „Bieg dokoła świata”. Między poszczególnymi biegami — codzienny trening. Bezcelowa działalność; sztuka dla sztuki, choć dla Nirgala raczej oznaka uwielbienia, medytacja albo zapomnienie. Umysł wędrował, skupiał się na jego ciele albo na szlaku; czasem też zupełnie obojętniał. Nirgal biegał ostatnio do muzyki: Bacha, Brucknera, Bonnie Tyndall, elysyjskiej neoklasycystki, której dźwięki przywodziły na myśl budzący się dzień: wysokie akordy przeradzały się w równomierną, wewnętrzną modulację, nieco podobną do muzyki Bacha albo Brucknera, choć wolniejszą, poważniejszą i mocniejszą. Jednym słowem, znakomita, piękna muzyka do biegania, nawet jeśli Nirgal godzinami nie słyszał jej w sposób świadomy… Po prostu biegł.

Zbliżała się pora wyścigu nazywanego „Biegiem dokoła świata”, który zaczynał się przy co drugim perihelium. Zawodnicy startowali z Sheffield i biegli na wschód albo na zachód dokoła planety, bez naręcznych komputerów czy innych pomocy nawigacyjnych; mieli tylko małe plecaki zjedzeniem, piciem i zestawem podstawowych przyborów. Byli odseparowani od wszystkiego, z wyjątkiem informacji przekazywanych im przez własne zmysły. Pozwalano im wybierać dowolną trasę, byleby pozostawała w zasięgu dwudziestu stopni od równika (śledził ich satelita i dyskwalifikował, jeśli opuścili strefę równikową). Dozwolone były wszystkie mosty, łącznie z Wąskim Mostem Gangeskim, dzięki któremu trasy zarówno na północ, jak i na południe od Marineris wybierało najwięcej osób; szlaków było tyle, ilu uczestników biegu.

Nirgal wygrał pięć z dziewięciu poprzednich wyścigów, choć raczej dzięki swoim zdolnościom znajdowania odpowiedniej drogi niż szybkości; wielu pokonanych biegaczy uważało „trasę Nirgala” za osiągnięcie nieco mistyczne, a równocześnie dość przypadkowe, toteż podczas ostatnich konkursów za Marsjaninem podążało kilku biegaczy, którzy mieli nadzieję, że tuż przed metą go wyprzedzą. Jednak Nirgal każdego roku wybierał inną trasę, często taką, która wyglądała na bardzo trudną, więc wielu chętnych rezygnowało z pogoni i ruszało w bardziej obiecujących kierunkach; inni natomiast poddawali się w trakcie biegu, ponieważ ponaddwustudniowy bieg (trzeba było przebyć około dwudziestu jeden tysięcy kilometrów) wymagał prawdziwej wytrzymałości długodystansowca. Aby ukończyć wyścig, należało traktować bieganie jako sposób na życie. Biegać codziennie.

Nirgal uwielbiał bieganie. Chciał wygrać następny „Bieg dokoła świata”, aby być zwycięzcą sześciu z pierwszych dziesięciu konkursów. Zbadał już trasę i sprawdził możliwe szlaki. Co roku budowano wiele nowych dróg, a ostatnio panowała szalona moda na tworzenie tras schodkowych na stokach ścian kanionów, dors i skarp, które licznie przecinały marsjańskie odludzie. Nirgal nie znał szlaku, którym w tej chwili biegł, zbudowano go bowiem już po jego ostatnim pobycie na tych terenach. Trasa opadała urwistą skalną ścianą zapadliska kresowego na Aromatum Chaos; na przeciwległej ścianie zapadliska widać było szlak równoległy. Nirgal zdecydował się na tę drogę świadomie, mimo jej wysokości. Wiedział, że jeśli pobiegnie prosto przez Aromatum, trasa powiedzie go wysoko w górę, wybierając natomiast którąś z bardziej płaskich dróg, musiałby zboczyć daleko na północ bądź na południe.

Nowy szlak wiódł przez dość strome szczeliny w zwalistej ścianie skalnej, które wyglądały jak schody. Świetnie się po nich wchodziło. Były bardzo regularne (Nirgal pomyślał, że pasują do siebie niczym fragmenty układanki), jak gdyby stanowiły klatkę schodową w zrujnowanej ścianie gigantycznego zamku. Uważał budowę tras przez urwiska wręcz za sztukę, za cudowną formę pracy, w której od czasu do czasu brał udział, wynajmując się do pomocy budowniczym przemieszczającym dźwigami skalne kloce odcięte podczas wykonywania schodków — zakładał uprząż asekuracyjną i spędzał kilka godzin na ustawianiu kloców w odpowiedniej do pochwycenia przez dźwig pozycji; w rękawicach ciągnął cienkie zielone liny i kierował duże bazaltowe wieloboki we właściwe miejsce. Pierwszym budowniczym szlaków, jakiego spotkał, była kobieta — konstruktorka trasy prowadzącej wzdłuż grzbietu Geryon Montes, długiego pasma położonego na dnie lus Chasma. Nirgal pomagał jej w pracy przez całe lato, towarzysząc w budowie większej części trasy w dół pasma. Konstruktorka prawdopodobnie przebywała obecnie gdzieś w Marineris, budując drogi przy użyciu narzędzi ręcznych: skalnych pił dużej mocy, systemów bloków wyposażonych w supersilną linę oraz nasączonych klejem sworzni mocniejszych niż sama skała. Zapewne starannie, krok po kroku tworzyła z otaczającej skały chodnik lub schody.

Jedne szlaki wyglądały jak cudownie pomocne naturalne nierówności terenu, drugie przypominały rzymskie drogi, jeszcze inne były solidne niczym drogi staroegipskie bądź inkaskie; zawsze z milimetrową precyzją wpasowywano ogromne bloki w zbocza głazów albo w wielkoziarniste tereny chaotyczne.

Nirgal zbiegł — odliczając — po trzystu stopniach, potem na godzinę przed zachodem słońca przeciął dno zapadliska. Niebo wyglądało jak aksamitny fioletowy pas, który coraz bardziej się rozszerzał nad ciemnymi skalnymi ścianami. Tu, na zacienionym piasku dna zapadliska, nie było żadnej drogi, toteż Nirgal skupił uwagę na rozproszonych skałach i roślinach; biegł między nimi, jego wzrok przyciągały jasnobarwne, jarzące się jak niebo kwiaty na wierzchołkach beczułkowatych kaktusów. Był zmęczony całodziennym biegiem i marzyła mu się kolacja; głód szarpał wnętrzności, osłabiał ciało i umysł, stając się z każdą minutą bardziej dokuczliwy.

Nirgal znalazł schodkową trasę na zachodniej ścianie urwiska, wbiegał po nim, to przyspieszając, to zwalniając, to znów krocząc; przechodził krótkie, płaskie i regularne fragmenty, skręcał gwałtownie, zakosami raz w lewo, raz w prawo. Podziwiał przy tym pierwszorzędną lokalizację szlaku w systemie rozpadlin urwiska, dzięki której niemal przez cały czas podczas biegu towarzyszyła mu od strony zawietrznej wysoka po pas skalna ściana; wyjątkiem był fragment wspinaczki po gołym, prostopadłym płacie skały — tu budowniczowie musieli po prostu postawić solidną, połączoną śrubami magnezową drabinę. Wspinał się po niej i miał wrażenie, że jego mięśnie czwórgłowe zmieniają się w gigantyczne elastyczne gumki; był naprawdę znużony.

Na cokole po lewej stronie schodów znajdował się płaski obszar, z którego rozciągał się wspaniały widok na leżący poniżej długi, wąski kanion. Nirgal zszedł ze szlaku i zatrzymał się, potem usiadł na skale niczym na krześle. Było wietrznie. Rozbił mały przezroczysty namiot w kształcie grzyba; w chwilę później zapadł zmierzch. Szukając jedzenia, Marsjanin pospiesznie wyjął z plecaka materac, lampę, komputer; wszystko wypolerowane latami używania i lekkie jak piórko (jego cały sprzęt ważył niecałe trzy kilogramy). Wreszcie znalazł to, czego szukał. Były na swoim miejscu z tyłu plecaka: zasilany bateryjnie piecyk, torebka jedzenia w proszku i butelka z wodą.

Półmrok powoli zmieniał się w himalajską ciemność. Nirgal zagotował w rondelku zupę z paczki i usiadł po turecku na materacu, opierając plecy o transparentną ścianę namiotu. Zmęczone mięśnie odpoczywały podczas siedzenia. Mijał kolejny piękny dzień.