Выбрать главу

Marsjanin kiepsko spał tej nocy i wstał przed świtem. Wiał zimny, poranny wiatr. Drżąc na całym ciele, Nirgal szybko się spakował i pobiegł ponownie na zachód. Opuścił nierówności Aromatum i biegł północnym brzegiem Zatoki Gangeskiej; granatowa tafla wody ciągnęła się po jego lewej stronie. Tutejsze długie plaże łączyły się z bezmiernymi piaszczystymi wydmami, pokrytymi krótką trawą, po której łatwo się biegło. Sunął w swoim ulubionym rytmie, obserwując morze lub rosnący po prawej stronie tajgowy las. Wzdłuż wybrzeża posadzono miliony drzew, które miały pomóc w ustabilizowaniu się powierzchni i redukcji burz pyłowych. Wielki las Ophiru należał do najrzadziej zaludnionych regionów na Marsie — w początkowych latach jego istnienia odwiedzano go rzadko, nigdy też nie planowano tu stawiać namiotowego miasta, ponieważ zniechęcały do tego głębokie pokłady pyłu i miału. Teraz dzięki obecności lasu pokłady nieco stwardniały, jednak problemem pozostało sąsiedztwo strumieni, tworzących moczary, jeziora o grząskich dnach oraz niestabilne lessowe cyple, które rozrywały siatkowy dach z gałęzi i liści. Nirgal trzymał się granicy lasu i morza, biegnąc po wydmach lub między szeregami niewysokich drzew. Minął wiele małych mostów zbudowanych nad ujściami rzek. Spędził noc na plaży, ukołysany odgłosem rozbijających się o brzegi fal.

Następnego dnia o świcie ruszył szlakiem pod sklepieniem z zielonych liści. Wybrzeże skończyło się przy zaporze Ganges Chasma. Światło było przyćmione, panował chłód i Nirgalowi zdawało się, że dostrzega jedynie cienie roślin i skał. Ledwie widoczne szlaki rozwidlały się po lewej stronie w górę. Tutejsze lasy były przeważnie szpilkowe: szeregi sekwoi otoczone mniejszymi sosnami i jałowcami. Powierzchnię pokrywały suche igły. W wilgotnych miejscach z tej brunatnej maty wyrastały paprocie, ich archaiczne fraktale stanowiły piękne dopełnienie pstrokatego od słońca dna. Między wąskimi wysepkami trawy przepływał strumień. Nirgal rzadko widział przed sobą szczegóły na odległość większą niż sto metrów. Dominującymi kolorami była zieleń i brąz; czerwień barwiła jedynie grubą korę sekwoi. Po leśnym poszyciu tańczyły promienie słonecznego światła, niczym smukłe, żywe istoty. Między tymi snopami światła Nirgal biegł przed siebie jak zahipnotyzowany. Skakał z jednej skały na następną, przeskoczył płytki strumyk, trafił na polanę porośniętą paprociami. Czuł się, jak gdyby przekraczał pokój, potem korytarze sięgające do innych, podobnych pokojów, w górę strumienia i w dół. Po lewej stronie szumiał niewielki wodospad.

Nirgal przystanął na drugim brzegu strumyka, aby się napić wody. Zobaczył świstaka, który nieco kaczkowatym krokiem szedł po mchu pod wodospadem. Marsjanin poczuł ukłucie w sercu. Zwierzę napiło się, a następnie umyło łapy i pysk. Nie dostrzegło Nirgala.

Później rozległ się szelest i zanim świstak zdołał uciec, otoczyło go ruchliwe, cętkowane futro… Białe zęby… Duży ryś potężnymi szczękami złapał za gardło świstaka i mocno potrząsał małym ciałkiem; w końcu unieruchomił je wielką łapą.

W chwili ataku Nirgal podskoczył i teraz stojący nad swoją ofiarą ryś patrzył w jego kierunku, jak gdyby dopiero zarejestrował ruch człowieka. Oczy kota połyskiwały w nikłym świetle, paszcza ociekała krwią. Nirgal zadrżał i oczyma wyobraźni dostrzegł, jak ryś biegnie w jego kierunku i skacze na niego; obnażone zęby błyskały nawet w tym przyćmionym świetle…

Na szczęście, nic się nie stało. Wielki kot zniknął wraz ze swoją zdobyczą, zostawiwszy za sobą drżące paprocie.

Nirgal biegł dalej. Dzień był ciemniejszy, niż można by sądzić po cieniach chmur; złośliwy półmrok. Musiał się skupić na szlaku. Światło przebijało się przez cienie, biel przeszywała zieleń. Myśliwy i ścigany. Stawy o oblodzonych brzegach jarzyły się w ciemnościach. Mech na korze i widziane kątem oka wzory paproci. Tu szereg karłowatych sosen, tam zagłębienie z lotnymi piaskami. Dzień był chłodny, noc będzie lodowata.

Biegł cały dzień, plecak podskakiwał mu na grzbiecie; prawie pusty, bez jedzenia. Nirgal był zadowolony, że zbliża się do swojej następnej kryjówki. Czasami na wyścig zabierał ze sobą jedynie kilka garści zboża i jadł to, co znalazł w terenie — zbierał sosnowe orzechy, łowił ryby. Połowę każdego dnia musiał spędzać wówczas na poszukiwaniu jedzenia, którego nie było zbyt dużo. Kiedy gdzieś brała ryba, akwen uważano za niewiarygodny wprost róg obfitości i na brzegu natychmiast powstawała osada. Tym razem Nirgal przemieszczał się szybko z miejsca na miejsce. Jego codziennie pożywienie zawierało siedem czy osiem tysięcy kalorii, a jednak każdego wieczoru był strasznie głodny. Kiedy więc dotarł nad mały potok, przy którym mieściła się jego następna kryjówka, i dostrzegł, że boczna ściana nad łożyskiem zawaliła się w osuwisko, krzyknął z przerażenia i gniewu; przez chwilę nawet desperacko kopał stos luźnych kamieni. Obsuw nie był duży, ale i tak trzeba by usunąć parę ton skały. Żadnej nadziei. Wiedział, że musi — głodny — ostro ruszyć przez Ophir do następnej kryjówki. Gdy tylko o tym pomyślał, nie tracąc czasu, wystartował.

Teraz podczas biegu rozglądał się za czymś jadalnym: sosnowymi orzechami, łąkowymi cebulami; szukał czegokolwiek. Bardzo powoli zjadł wszystko, co zostało w plecaku, żując jak najdłużej każdy kęs. Próbował sobie wyobrażać odżywcze wartości jedzenia, wręcz delektował się nim. Głód sprawiał, że czuwał przez część każdej nocy i zasypiał ciężko dopiero na parę godzin przed świtem.

Trzeciego dnia tego „niespodziewanie głodnego” biegu wynurzył się z lasu na południe od Juventa Chasma, na terenie potrzaskanym przez wybuch starej formacji wodonośnej Juventa. Wiele wysiłku kosztowało go przebiegnięcie tej ziemi w linii prostej. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek w życiu odczuwał większy głód, a jego następna kryjówka znajdowała się w odległości jeszcze dwóch dni drogi. Ciało Nirgala spaliło już wszystkie własne rezerwy tłuszczu — takie w każdym razie miał wrażenie — i karmiło się teraz samymi mięśniami. Z powodu tego autokanibalizmu Nirgalowi wydawało się, że krawędzie każdego przedmiotu są ostre i obwiedzione blaskiem — ze wszystkiego promieniała biel, jak gdyby rzeczywistość stawała się przezroczysta. Wkrótce po tej fazie (Nirgal wiedział o tym z podobnych, poprzednich doświadczeń) stan hmg-gom-pa przechodził w halucynacje. Nirgal godzinami widział przed oczyma setki pełzających robaków, czarne kropki, kapelusze małych, niebieskich grzybków, a później zielone, podobne jaszczurkom stworzenia pędzące przed siebie po piasku, tuż przed plamami — własnymi stopami Marsjanina.

By utrzymać kierunek, z całych sił musiał się skupiać na biegu po spękanej powierzchni. Obserwował skały pod nogami i twardy grunt przed sobą. Głowa raz mu podskakiwała, raz opadała i ta huśtawka niewiele miała wspólnego z myśleniem, bowiem myśli Nirgala to się przybliżały, to oddalały w zupełnie innym rytmie. Teren chaotyczny Juventa, położony w dole wzgórza po prawej stronie, zajmował płytkie zagłębienie, ponad którym widać było daleki horyzont. Nirgal miał wrażenie, że wpatruje się w dużą, popękaną misę. Ziemia przed nim wyglądała na zmiętoszoną i nierówną, doły i pagórki pokryte były narzutowymi głazami i osadami piasku, padające cienie wydawały się osobliwie mroczne, natomiast światło słoneczne — bardzo jaskrawe. Wszystko ciemniało, a równocześnie lśniło. Znowu zbliżał się zachód słońca; światło kłuło źrenice Marsjanina.

W górę, w dół, w górę, w dół. Wbiegł na stok starej wydmy, następnie zaczął się powoli zsuwać po piasku i osypisku. W lewo, w prawo, w lewo, po każdym posuwistym kroku lądował parę metrów niżej. Kroki tłumił piasek, a żwir pomagał hamować podczas zsuwania się. Droga była lekka i przyjemna, niestety na płaskim terenie Nirgal znowu musiał wrócić do zwykłego joggingu — co przyszło mu z trudem — po czym wspiąć się na kolejne niskie wzgórze. Zdawał sobie sprawę, że wkrótce będzie musiał znaleźć miejsce na nocleg, może w następnej kotlinie lub piaszczystej płaszczyźnie obok skalnej ławy. Był bardzo głodny, powoli słabł z braku jedzenia, a w plecaku nie zostało już prawie nic — jedynie kilka znalezionych wcześniej łąkowych cebul; na szczęście, czuł tak ogromne zmęczenie, że od razu zasypiał. Wyczerpanie każdego wieczoru pokonywało głód.