Trzy antylopy nerwowo stąpały przed tą barierą — krok w tył, krok w przód; łania i młody jeleń podążały za szybkim krokiem kozła. Kiedy myśliwi zbliżyli się do zwierząt, kozioł nagle odskoczył i uderzył głową w zaporę, mocno wypinając całe ciało; rozległ się dźwięk grzmotnięcia rogów o kratę. Nirgal zamarł ze strachu, innych również zmroził ten dziki, gwałtowny gest. Później kozioł odskoczył, zatoczył się, a następnie odwrócił i natarł na zebranych ludzi. Bolą — rzemienie z kulami — zawirowały w powietrzu i otoczyły nogi zwierzęcia tuż ponad pęcinami. Kozioł natarł do przodu i w dół. Kilku myśliwych otoczyło go, inni skupili się na łani i młodym jeleniu, zasypując je gradem kamieni i włóczni. Ranne zwierzęta kwiczały, potem nagle zapadła cisza. Nirgal widział, jak ktoś rozciął łani gardło sztyletem o obsydianowym ostrzu; krew zalała piasek obok fundamentu zapory. Duża błyszcząca ryba przepłynęła nad głowami zebranych, patrząc na nich z góry.
Nigdzie nie było widać kobiety z zieloną szarfą. Jakiś myśliwy, nagi mężczyzna z naszyjnikami na piersiach, odchylił głowę w tył i zawył, przerywając osobliwe milczenie, które zapadło, gdy wszyscy zajęli się zarzynaniem antylop. Myśliwy zatańczył w kółko, później przebiegł obok wodnej ściany zapory, wreszcie rzucił w nią włócznią, która odbiła się. Ucieszony tym faktem mężczyzna podbiegł do tamy i uderzył pięścią w przezroczystą, twardą błonę.
Jakaś kobieta z krwią na rękach odwróciła głowę i posłała myśliwemu pogardliwe spojrzenie.
— Przestań błaznować — powiedziała.
Właściciel włóczni roześmiał się.
— Nie martw się. Te zapory są stokrotnie mocniejsze niż trzeba.
Kobieta z oburzeniem pokręciła głową.
— Głupotą jest kusić los.
— Zadziwiające, jakie przesądy przetrwały w bojaźliwych umysłach.
— Jesteś niemądry — stwierdziła kobieta. — Szczęście jest równie realne jak wszystko inne.
— Szczęście! Los! Och, Ka! — Mężczyzna podniósł włócznię, podbiegł i znowu rzucił ją w zaporę. Włócznia odskoczyła i prawie go uderzyła, a on się szaleńczo roześmiał. — Ależ mam szczęście! — krzyknął. — Fortuna faworyzuje odważnych, prawda?
— Dupek! Okaż choć trochę szacunku.
— Z całym szacunkiem dla tego kozła, uderzyłem tylko w ścianę tak jak on. — Myśliwy roześmiał się ochryple.
Pozostali, zajęci obcinaniem zabitym zwierzętom głów, ignorowali kłócącą się parę.
— Wielkie dzięki, bracie. Dziękujemy, siostro.
Ręce trzęsły się Nirgalowi, gdy patrzył na pracę ludzi. Czuł zapach krwi i ślinił się. Stosy jelit parowały w zimnym powietrzu. Myśliwi wyjęli z torebek u pasków składane magnezowe żerdzie, rozłożyli je i przywiązali do nich za nogi pozbawione już głów ciała antylop. Kilku mężczyzn chwyciło za końce żerdzi i podnieśli je.
Kobieta o zakrwawionych rękach nadal krzyczała na włócznika.
— Jeśli zamierzasz uczestniczyć w kolacji, lepiej pomóż nieść.
— Pieprzę cię — odparł, niemniej jednak chwycił za przedni koniec kozła.
— Chodź — rzuciła kobieta w stronę Nirgala i wszyscy pospiesznie ruszyli po dnie kanionu na zachód, między wielką ścianą wody i ostatnią z ogromnych sekwoi. Nirgal szedł za nimi. Burczało mu w żołądku.
Zachodnią ścianę kanionu zdobiły petroglify: zwierzęta, męskie i żeńskie zewnętrzne narządy płciowe, odciski dłoni, komety i statki kosmiczne, rysunki geometryczne, garbaty flecista Kokopelli; były ledwie widoczne w mroku. W urwisku zbudowano schodkowy szlak; kolejne stopnie miały kształt niemal idealnej litery „Z”. Myśliwi ruszyli w górę, Nirgal podążył za nimi. Jeszcze raz narzucił sobie rytm marszu, chociaż miał wrażenie, że żołądek zjada go od środka i kręciło mu się w głowie. Widział, jak obok niego, po skałach przebiega czarna antylopa.
W górze, na stożku kanionu rosło kilka samotnych gigantycznych sekwoi. Kiedy grupa ludzi dotarła tam, Nirgal w ostatnich promieniach zachodzącego słońca dostrzegł, że drzewa rosną w kole: dziewięć sekwoi tworzyło nierówny krąg, w którego środku znajdowały się pozostałości po ognisku.
Grupa myśliwych weszła w krąg i zajęła się rozpalaniem ognia, obciąganiem antylop ze skóry i wycinaniem z udźców dużych płatów mięsa. Nirgal stał i obserwował, nogi mu drżały, z ust — niczym woda z fontanny — tryskała ślina; wdychając unoszący się w powietrzu zapach zwierzęcych soków, stale ją przełykał. W ciemnościach zapadającego zmierzchu światło ognia wyglądało jak wrząca bańka, zmieniając powierzchnię wewnątrz kręgu drzew w migoczące pomieszczenie bez dachu. Patrząc w blask drżących igieł, miał wrażenie, że ogląda własne włoskowate naczynia krwionośne. Wokół pni niektórych drzew aż do korony spiralnie wznosiły się drewniane schody. Wysoko ponad nimi paliły się lampy i słychać było osobliwe ptasie głosy, jak gdyby wśród gwiazd fruwały skowronki.
Trzech czy czterech myśliwych podeszło do Nirgala. Zaproponowali mu ciastka, które smakowały jęczmieniem, a potem jakiś ognisty trunek w glinianym słoju. Wyjaśnili, że ten sekwojowy krąg znaleźli kilka lat temu.
— Co się przydarzyło tej… łowczyni? — spytał Nirgal, rozglądając się wokół.
— Och, diana nie może spać dziś z nami.
— Poza tym, jest stuknięta i nie chce.
— Ależ tak, chce. Znasz Zo, zawsze ma swoje powody.
Roześmiali się i podeszli do ognia. Jakaś kobieta trzymała w ręce patyk z przypalonym mięsnym płatem; machała nim, by ostygł.
— Zjem cię całą, mała siostro — oświadczyła, po czym wgryzła się w stek.
Nirgal jadł z myśliwymi, zatracony w smaku wilgotnego, gorącego mięsiwa. Żuł mocno, lecz i tak przełykał niedokładnie pogryzione kęsy. Jego całe ciało nadal drżało z głodu. Jeść! Jeść!
Drugi stek jadł wolniej, przypatrując się swoim towarzyszom. Żołądek szybko mu się zapełniał. Przypomniał sobie, jak się zsuwał po ścianie parowu. Zadziwiające, do czego w pewnych sytuacjach zdolne jest ludzkie ciało; podejrzewał, że za swoje wówczas nie odpowiadał — wszystko odbyło się podświadomie, głęboko w móżdżku. Coś w rodzaju stanu łaski.
Nasączona żywicą gałąź jarzyła się płomieniem i skwierczała. Nirgal miał jeszcze kłopoty ze wzrokiem — obrazy skakały mu przed oczyma i rozmazywały się. Nagle podszedł do niego włócznik z jeszcze jednym mężczyzną.
— Masz, wypij to — powiedział, podsuwając mu do ust oprawiony w skórę baniak i roześmiał się. Nirgal poczuł gorzki smak jakiegoś mlecznego napoju. — Wypij trochę swego białego brata, bracie. — Kilku przedstawicieli grupy podniosło po dwa kamienie i zaczęło nimi rytmicznie stukać o siebie. Rozległy się rozmaite dźwięki od najniższych po najwyższe. Pozostali myśliwi tańczyli wokół ogniska, pogwizdując, zawodząc lub śpiewając.
— Auqakuh, Qahira, Harmakhis, Kasei. Auqakuh, Mangala, Ma’adim, Bahram.
Nirgal tańczył z nimi. Zmęczenie opuściło go. Noc była zimna. Tańczący zbliżali się bądź oddalali od ciepłego ognia — ci, którzy poczuli jego promieniowanie na zimnej, gołej skórze, wracali w chłód. Kiedy wszyscy się rozgrzali, a ich ciała lśniły od potu, zataczając się ruszyli w noc, z powrotem ku kanionowi, wzdłuż stożka, w kierunku południowym. Ktoś kurczowo chwycił ramię Nirgala, a on miał wrażenie, że diana — niczym światełko w mroku — znowu stoi koło niego, jednak w ciemności niewiele mógł zobaczyć. W chwilę później wszyscy zaczęli wskakiwać do zbiornika z wodą, która okazała się szokująco lodowata. Nurkowali pod wodę, w głęboki po pas muł i piasek, czuli przenikliwy chłód, więc szybko wstawali i uciekali na brzeg z szaleńczo pulsującymi zmysłami; z trudem chwytali powietrze, śmiali się. Nirgal poczuł czyjąś rękę na kostce i upadł twarzą do przodu pod wodę na płyciźnie. Zaśmiał się. W mroku i zimnie, zmarznięci, tupiąc po powierzchni wrócili do kręgu, do gorącego ognia. Ociekając wodą, znowu tańczyli, cisnęli się do ogniska, wyciągali ramiona; pragnęli ciepła i blasku. W świetle ognia wszystkie ciała wydawały się różowe, igły sekwoi migały na tle jaskrawych gwiazd, skacząc w rytmie wybijanym przez „kamienną perkusję”.