Przedstawiciele grupy zbierali w sadach plony: brzoskwinie, gruszki, morele, jabłka. Jeśli owoce za bardzo dojrzewały, zbierali je, gotowali, przerabiali na sosy lub ostre chutneye, butelkowali i zostawiali w dużych spiżarniach pod talerzowymi domami dla innych grup albo dla siebie do późniejszego wykorzystania. Potem znowu ruszali w drogę. Szli na północ, po Lunae, aż dotarli do Wielkiej Skarpy, która w tym miejscu opadała bardzo stromo — z wysoko położonego płaskowyżu Lunae pięć tysięcy metrów w dół do zatoki Chryse, na nieco ponad sto poziomych kilometrów.
Droga przez tę spadzistą krainę, rozdartą i pofałdowaną milionem małych zniekształceń, należała do trudnych. Nie budowano tu szlaków, nie było też żadnych dobrych dróg przełajowych; szło się to w górę, to w dół. Niewiele można było upolować, nie stawiano też nigdzie w pobliżu talerzowych domów, stąd mało znajdowano jedzenia. W pewnym momencie, podczas przekraczania linii koralowych kaktusów, które wyglądały jak żywopłot z drutu kolczastego, jedno z czworga dzieci — chłopiec — poślizgnęło się i upadło kolanem w samo gniazdo kolców. Członkowie grupy wykorzystali magnezowe żerdzie do budowy prowizorycznych noszy, po czym ruszyli dalej na północ, niosąc plączącego malca. Najlepsi myśliwi z łukami i strzałami szli po bokach grupy, rozglądając się za zwierzyną. Nirgal widział, jak kilku łuczników chybiło, a potem któryś z nich trafił biegnącego dość daleko dużego amerykańskiego królika. Zwierzątko zatoczyło się i z głuchym odgłosem upadło, a wówczas myśliwi dobili je — rozległ się tak potężny strzał, że wszyscy wokół podskoczyli z krzykiem. Świętując ten strzał, wędrowcy spalili więcej kalorii, niż zyskali, jedząc maleńkie porcje króliczego mięsa. Rzeźniczka rozglądała się z pogardą.
— Rytualny kanibalizm naszego brata, gryzonia — zadrwiła, jedząc przynależny jej strzęp mięsa. — Nawet mi nie mówcie, że nie istnieje coś takiego jak szczęście.
Zapalczywy włócznik tym razem tylko się zaśmiał, a pozostali w milczeniu delektowali się jedzeniem.
Później tego samego dnia spotkali młodego byka karibu. Był sam i wyglądał na zdezorientowanego. Gdyby go upolowali, ich problemy związane zjedzeniem zostałyby rozwiązane, jednak zwierzę — mimo konsternacji — zachowywało ostrożność i trzymało się poza zasięgiem strzału, patrząc ze zbocza na grupę myśliwych schodzących po Wielkiej Skarpie.
Wszyscy myśliwi, aby okrążyć karibu, zaczęli się przesuwać na czworakach po rozgrzanej południowym słońcem skalnej powierzchni. Niestety wiatr wiał od ich strony. Byczek ruszył płochliwie w dół zbocza, a potem popędził na północ, oglądając się za siebie; z coraz większą ciekawością patrzył na prześladowców, jak gdyby się zastanawiał, dlaczego zachowują się w sposób tak zagadkowy. Nirgal też się zaczął nad tym zastanawiać, zresztą nie on jeden; najwyraźniej sceptycyzm młodego karibu okazał się zaraźliwy. Powietrze wypełniło mnóstwo różnej tonacji gwizdów — wyraźnie rozgorzał spór na temat sposobu schwytania zwierzęcia. Nirgal uświadomił sobie, że polowanie nie jest sprawą prostą i zapewne w przeszłości grupie rzadko się udawało. Może nawet wcale nie byli dobrymi myśliwymi. Wszystkim dokuczało zmęczenie i od paru dni nie jedli należycie. Nirgal wiedział, że ci ludzie żyją w ten sposób na co dzień, ale dziś byli wyjątkowo niezadowoleni.
Podczas dalszej drogi odniósł wrażenie, że wschodni horyzont staje się podwójny: zatoka Chryse, płaska i połyskująca błękitem, znajdowała się o wiele niżej. W miarę, jak grupa szła po śladach karibu w dół zbocza, morze wyglądało coraz bardziej sztucznie — niczym wyrysowane na globusie; Wielka Skarpa opadała tu tak spadziście, że nawet sztywna krzywizna Marsa nie „zginała się” wystarczająco szybko, toteż widoki były rozległe i wzrok idących sięgał wiele kilometrów za zatoką Chryse. Morze, błękitne morze!
Myśliwi chcieli schwytać karibu na brzegu, jednak zwierzę kierowało się na północ i zdążyło już przeciąć zbocze skarpy. Ludzie przeczołgali się za nim przez małe pasmo i nagle rozciągnął się przed nimi widok w dół, aż do linii wybrzeża: widzieli obrzeże zielonego lasu otaczającego wodę i małe pobielone budynki pod drzewami. Na cyplu dostrzegli białą latarnię morską.
Szli dalej na północ. Wybrzeże skręciło w stronę horyzontu, a tuż za zakrętem leżało przybrzeżne miasto, zbudowane wokół półksiężycowej zatoki na południowym brzegu cieśniny czy też raczej fiordu, ponieważ po drugiej stronie wąskiego wodnego korytarza wyrastała ściana jeszcze bardziej urwista niż zbocze, na którym stali: z morza sterczało trzy tysiące metrów czerwonej skały, gigantyczny klif o wyglądzie brzegu kontynentu, głęboko zerodowanego przez wiejące od miliarda lat wiatry. Nirgal uprzytomnił sobie, gdzie się znajduje — ten ogromny klif stanowił skierowaną ku morzu skarpę Półwyspu Szaranowa, fiord zatem nosił nazwę Kasei, a miasto portowe — Nilokeras. Przeszli długą drogę.
Gwizdy myśliwych stały się teraz hałaśliwe i wyraziste. Mniej więcej połowa członków grupy siedziała wyprostowana. Rząd ich głów górował nad polem kamieni; jedni patrzyli na drugich, jak gdyby wszystkich nagle poraziła jakaś myśl. Później równocześnie wstali i zaczęli schodzić zboczem ku miastu, porzucając polowanie i pasącego się spokojnie karibu. Potem ruszyli pędem, pohukując i śmiejąc się, zeskakiwali ze zbocza. Daleko w tyle pozostawili dźwigających na noszach rannego chłopca.
Czekali jednakże na dole, pod wysokimi sosnami z Hokkaido posadzonymi na peryferiach miasta. Kiedy dogoniła ich grupa z noszami, wszyscy ruszyli między rosnącymi dalej drzewkami owocowymi ku ulicom miasta. Rozciągnięci w długi szereg, mijali ładne domy, ustawione frontem do zatłoczonego portu. Pewnie, jak gdyby świetnie znali drogę, skierowali się prosto do kliniki medycznej. Zostawili tam rannego chłopca, potem poszli do publicznych łaźni, a po szybkiej kąpieli ruszyli do części handlowej obok doków, gdzie zajęli trzy lub cztery przyległe restauracje, przed którymi stały stoliki pod parasolami i wisiały rzędy gołych jarzeniówek. Nirgal usiadł przy stoliku z dziećmi przed restauracją, w której podawano owoce morza; po chwili dołączył do nich ranny chłopiec z obandażowanym kolanem i łydką. Dużo zjedli i wypili — krewetki, mięczaki, małże, pstrągi, świeży chleb, sery, wiejską sałatkę, litry wody, wino, ouzo — w tak ogromnych ilościach, że kiedy skończyli, wszyscy dorośli zataczali się pijani, a ich brzuchy wyglądały jak bębny.
Niektórzy poszli natychmiast położyć się w budynku, który rzeźniczka określiła jako ich zwykły dom noclegowy, reszta powlokła się dalej, do pobliskiego parku, gdzie po przedstawieniu opery Tyndalla Phyllis Boyle miały się odbyć tańce.
Nirgal wybrał park. Położył się tam wraz z innymi na trawie, na tyłach widowni. Podobnie jak pozostałych, zaszokowały go świetne warunki śpiewaków oraz wspaniała obfitość dźwięku orkiestrowego stworzonego przez Tyndalla. Po zakończeniu opery, osoby, które nie czuły się ociężałe, ruszyły w tany. Nirgal tańczył z nimi, a w godzinę później — jak wielu innych widzów — przyłączył się także do zespołu muzycznego; grał na perkusji, póki całe ciało nie zaczęło mu drżeć z wysiłku.
Później, gdy kilku przedstawicieli wracało do domu noclegowego, postanowił pójść z nimi, ponieważ nadal czuł w żołądku obfitą kolację. Po drodze słyszał, jak niektórzy przechodnie mówią: „Patrz, to dzicy”. W odpowiedzi na tego typu stwierdzenia włócznik wył, a w pewnym momencie wraz z młodymi myśliwymi przyparł do ściany kilku przechodniów, szturchając ich i wykrzykując obraźliwe słowa.
— Uważajcie na to, co mówicie, albo wam dokopiemy — wrzeszczał włócznik — wy, szczury żyjące w klatkach, narkomani, lunatycy, pieprzone glisty… Sądzicie, że możecie się narkotyzować i dzięki temu doświadczycie tego, co my czujemy. Skopiemy wam tyłki, a wtedy zrozumiecie, co to są prawdziwe doznania…