Выбрать главу

Nirgal zaczął odciągać włócznika, mówiąc:

— Chodź, no chodź, po co nam kłopoty?

Przechodnie rzucili się na nich z krzykiem, pięściami i kopniakami. Mocni, bezwzględni mężczyźni, którzy nie byli pijani ani rozbawieni, toteż młodzi myśliwi musieli się wycofać. Przechodnie cieszyli się, że przepędzili natrętów, którzy ciągle złorzeczyli mieszkańcom miasta. Szli chwiejnym krokiem w górę ulicy, dotykali siniaków, śmiali się i warczeli, całkowicie skupieni na sobie.

— Pieprzeni lunatycy, nieruchawi mieszkańcy podarowanych kartonów, skopiemy wam tyłki! Wykopiemy was z waszych domków dla lalek! Głupie barany, oto czym jesteście!

Nirgal powstrzymywał towarzyszy, wbrew woli chichocząc. Myśliwi byli bardzo pijani, a on sam niewiele od nich trzeźwiejszy. Kiedy dochodzili do domu noclegowego, zajrzał do baru po drugiej stronie ulicy, zobaczył, że siedzi tam rzeźniczka, więc wszedł wraz z resztą rozkrzyczanej grupy. Usiadł przy stoliku i sącząc gryzący koniak, obserwował pozostałych. Przechodnie nazwali ich dzikimi. Rzeźniczka przypatrywała się Nirgalowi i zastanawiała, o czym myślał.

Po długim czasie wszyscy zaczęli się z trudem podnosić. Opuścili bar i chwiejnym krokiem ruszyli przez ulicę wyłożoną kocimi łbami. Młodzi myśliwi zaintonowali donośnymi głosami piosenkę Kołysz się lekko, słodka Chariot, Nirgal im wtórował. Po wodach Fiordu Kasei o barwie obsydianu w górę i w dół żeglowały gwiazdy. Umysł i ciało Nirgala przepełniały błogie uczucia. Słodkie zmęczenie stanu łaski.

Następnego ranka obudzili się późno, ze strasznym kacem spowodowanym przedawkowaniem kavy i alkoholu. Przez jakiś czas leżeli w sypialni, popijając kavajave, potem zeszli na parter i mimo że ciągle mieli pełne żołądki, zjedli w hotelu ogromne śniadanie. Podczas posiłku zdecydowali, że pójdą polatać. Wiatry wiejące nad Fiordem Kasei były bardziej gwałtowne niż w jakimkolwiek innym miejscu na planecie, toteż do Nilokeras przybywali chętni z nich skorzystać lotniarze, lotnicy i szybownicy. Czasami zdarzały się naprawdę potężne wichury i wówczas mogli się zabawić jedynie posiadacze naprawdę wytrzymałego sprzętu, na co dzień jednak wiatr był w sam raz dla wszystkich.

Baza operacyjna szybowników znajdowała się na dawnym stożku krateru, który obecnie zmienił się w wyspę o nazwie Santorini. Po śniadaniu grupa Nirgala zeszła do doków, wsiadła na prom, a w pół godziny później wysiadła na małej półkolistej wyspie i w towarzystwie innych pasażerów ruszyła pod górę do portu szybowcowego.

Nirgal nie latał od lat, toteż z wielką radością przypiął się pasami w gondoli szybowca, wjechał na maszt, pozwolił, by wystrzelono go w powietrze, po czym wzbił się wraz z silnym prądem wstępującym, który wiał od stromego wewnętrznego stożka. Kiedy maszyna wzniosła się w powietrze, zobaczył, że większość osób lata na różnego rodzaju lotniach, miał więc wrażenie, że znalazł się w stadzie szerokoskrzydłych istot, które przypominały nie ptaki, lecz raczej latające lisy albo jakieś mityczne hybrydy, jak gryfy czy Pegazy. Ludzie-ptaki. Każda z rozmaitych lotni przypominała kształtem jakiś gatunek ptaka: albatrosa, orła, jerzyka, orłosępa. Skafandry lotniarzy były giętkimi „szkieletami skórnymi”, które reagowały na wewnętrzny nacisk ciała lotnika. Pomagały mu przyjąć, a następnie utrzymać wybraną pozycję lub wykonać pewne ruchy rękoma — dzięki nim mięśnie ludzkie mogły poruszać dużymi skrzydłami albo unieruchamiać je wbrew zaciekłym porywom wiatru; trzymały również w odpowiedniej pozycji aerodynamiczne hełmy i „pióra na ogonie”. Lotniarzom, którzy potrzebowali pomocy, służyły AI skafandrów; mogły one nawet funkcjonować jako pilot automatyczny, chociaż większość osób wolała myśleć samodzielnie i kontrolować skafander, jak gdyby był jedynie obsługiwanym przez nich wielkim automatem, przewyższającym wielokrotnie siłę ich własnych mięśni.

Siedząc w szybowcu, Nirgal przeżywał silne emocje, obserwował z przyjemnością, jak ludzie-ptaki przerażająco szybko pikują obok niego ku morzu. W pewnej chwili rozkładali skrzydła, wyrównywali lot, a następnie zaczynali wirować z powrotem w górę na prądzie wstępującym wewnętrznej ściany. Uważał, że latanie w skafandrach wymaga dużych umiejętności, znacznie większych niż obsługa szybowców, które wznosiły się i opadały o wiele spokojniej. Obserwował przez chwilę inne szybowce, wyglądające jak ruchliwe balony.

Nagle dostrzegł, że obok niego na lotni wznosi się w spirali diana, kobieta, która prowadziła polowanie „dzikich”. Łowczyni również go rozpoznała, podniosła podbródek, obnażyła zęby w szybkim uśmiechu, a potem złożyła skrzydła, przechyliła się do przodu i zaczęła opadać ku wodzie; jej manewrom towarzyszył rozdzierający dźwięk. Nirgal obserwował ją z góry ogromnie podekscytowany. W pewnym momencie poczuł paniczny strach, gdy lotniarka omal nie uderzyła w krawędź urwistego klifu Santorini, wydawało mu się, że kobieta chce się rozbić o ziemię. Tak to w każdym razie wyglądało z miejsca, w którym się znajdował; na szczęście, w chwilę później łowczyni znowu była w górze, wzbijając się na prądzie wstępującym w zwartych spiralach. Wykonała całą akcję z takim wdziękiem, że Nirgal natychmiast zapragnął także nauczyć się latać na lotni, mimo iż jeszcze przed sekundą serce łomotało mu ze strachu. Opadać i wznosić się, opadać i wznosić się! Szybowiec nie nadawał się do wykonywania takiej operacji. Ptaki były wspaniałymi lotnikami, a diana latała jak ptak. No cóż, ludzie posiedli obecnie również tę umiejętność.

Łowczyni leciała z nim, obok niego, wokół niego, jak gdyby odprawiała jakiś godowy rytuał plemienny. Po mniej więcej godzinie uśmiechnęła się do niego po raz ostatni, a następnie odwróciła i podryfowała w leniwym obrocie w dół, do portu szybowcowego w Phirze. Nirgal podążył za nią. Wylądował w pół godziny później, tuż po dianie, która czekała na niego z rozłożonymi na ziemi skrzydłami.

Obeszła Nirgala, jak gdyby nadal wykonywała rytualny taniec, potem podeszła do niego i odrzuciła kaptur; czarne włosy rozsypały się w świetle jak skrzydła kruka. Diana… Wspięła się na palce i pocałowała Nirgala w same usta, następnie cofnęła się i z oddali poważnie go obserwowała. Przypomniał sobie, jak biegła naga przed myśliwymi z fruwającą zieloną szarfą w ręku.

— Śniadanie? — spytała.

Był środek popołudnia i Nirgal odczuwał głód.

— Jasne.

Posiłek zjedli w restauracji w porcie szybowcowym, patrząc przez okno na łuk małej zatoczki wyspy i ogromny klif Szaranowa; lotniarze-akrobaci ciągle unosili się w powietrzu. Rozmawiali o lataniu i bieganiu, o polowaniu na trzy antylopy, o wyspach Morza Północnego i wielkim Fiordzie Kasei, od którego wiał wiatr. Flirtowali. Nirgal czuł się przyjemnie, oczekując na to, co powinno się zdarzyć; delektował się myślą o rozkoszach. Od ostatnich minęło już trochę czasu. Rozmowa z diana była dla niego także powrotem do miasta, do cywilizacji. Flirt, kuszenie — własne zainteresowanie drugą osobą wydało mu się czymś wspaniałym, podobała mu się również wzajemność kobiety! Osądził, że jego rozmówczyni jest dość młoda, chociaż cerę miała mocno opaloną, a skórę wokół oczu pooraną zmarszczkami; wyrosła już jednakże z wieku dziewczęcego — powiedziała mu, że odwiedziła księżyce Jowisza, przez jakiś czas nauczała na nowym uniwersytecie w Nilokeras, a teraz biegała z „dzikimi”. Oceniał ją na jakieś dwadzieścia lat marsjańskich, może kilka lat więcej; obecnie trudno było określić czyjś wiek. Na przykład, kwestia dorosłości… W ciągu pierwszych dwudziestu M-lat ludzie doświadczali większości możliwych doznań, potem wszystko już tylko się powtarzało. A Nirgal spotkał w życiu równie wielu starych głupców i młodych mędrców, jak mądrych starców i głupich młokosów. Oboje więc byli dorośli, niemal w tym samym wieku. Łączyły ich teraźniejsze doświadczenia.