Выбрать главу

Nirgal obserwował twarz kobiety, gdy mówiła. Nonszalancka, bystra, pewna siebie. Minojka: ciemna cera, ciemne oczy, orli nos, a przy tym osobliwy kształt dolnej wargi, który mógł oznaczać pochodzenie śródziemnomorskie: greckie, arabskie, może hinduskie… Podobnie jak w przypadku większości yonsei, niemożliwe było wskazanie jej przodków. Po prostu Marsjanka, anglojęzyczna z akcentem z Dorsa Brevia, choć spojrzenie diany zastanowiło go… Ach, ileż razy tak się zdarzało podczas jego wędrówek: w pewnym momencie rozmowa z kobietą osiągała szczyt, a potem pozostawały już tylko zaloty prowadzące do łóżka lub do jakiejś osłoniętej skalnej szczeliny na wzgórzach…

— Hej, Zo — odezwała się przechodząca rzeźniczka. — Jedziesz z nami do rodowego przesmyku?

— Nie — odparła towarzyszka Nirgala.

— Co to za rodowy przesmyk? — spytał.

— Przesmyk Boone’a — odrzekła Zo. — Miasto na półwyspie polarnym.

— Dlaczego rodowy?

— Zo jest prawnuczką Boone’a — wyjaśniła rzeźniczka.

— Po kim? — spytał Nirgal, patrząc na młodą kobietę.

— Po Jackie Boone — powiedziała. — To moja matka.

— Ach — bąknął tylko Nirgal.

Usiadł prosto na krześle. Dziecko, które widział w ramionach Jackie w Kairze. Podobieństwo do matki było oczywiste, teraz je dostrzegał. Poczuł gęsią skórkę, podniosły mu się włosy na rękach. Objął się ramionami i zadrżał.

— Chyba się starzeję — oświadczył.

Zo uśmiechnęła się i nagle Nirgal zdał sobie sprawę z faktu, że od początku znała jego tożsamość. Bawiła się nim tylko, zastawiała na niego pułapkę — eksperymentowała albo chciała zirytować własną matkę, a może powód był zupełnie inny i Nirgal nigdy go nie pozna. Tak, na pewno zrobiła to dla zabawy.

Teraz spojrzała na niego z ukosa. Próbowała być poważna.

— To nie ma znaczenia — stwierdziła.

— Nie ma — przyznał. Na dworze czekali „dzicy”.

CZĘŚĆ 11

Viriditas

Z powodu nacisków populacyjnych czasy byty trudne. Ogólny plan zakończenia okresu hipermaltuzjańskiego wydawał się wyrazisty i przynosił rezultaty: w każdym pokoleniu rodziło się mniej dzieci. Ziemię zamieszkiwało obecnie osiemnaście miliardów ludzi, a Marsa — osiemnaście milionów. Ludzi stale przybywało i przez cały czas odbywały się przeprowadzki z większej planety na mniejszą. Mieszkańcy obu krzyczeli: „Wystarczy! Już wystarczy!”

Kiedy Ziemianie usłyszeli krzyk Marsjan, wielu ogarnął gniew. Pojęcie „pojemności” oznaczało dla nich jedynie liczby i obrazki na ekranach. Zaniepokojony globalny rząd marsjański bardzo się starał ułagodzić sąsiadów. Wyjaśnił, że Mars posiada rzadką biosferę, a zatem nie może pomieścić tylu osób, co wielka, stara Ziemia. Skłonił też swoje fabryki związane z przemysłem rakietowym do budowy wahadłowców i szybko rozszerzył program przemiany asteroid w latające miasta. Program ten niespodziewanie wykorzystywał zdobycze systemu więzienniczego. Przez wiele lat bowiem za poważniejsze przestępstwa zasądzano karę trwałego wygnania z planety na kolonię asteroidową. W momencie wyroku rząd marsjański przestawał się interesować zesłańcami — o ile nie zamierzali wracać na rodzimą planetę — toteż ci, po pewnym czasie, często przeprowadzali się w inne miejsce. Jedną z tego typu kolonii była Hebe, na którą wysyłano spore grupy ludzi i z której mnóstwo osób już odleciało. Trafiali na ciągle jeszcze rzadko zaludnione księżyce zewnętrzne, wewnętrzne lub jedną z wielu kolonii założonych na wydrążonych asteroidach. Da Vinci i wiele innych spółdzielni produkowały i rozdzielały sprzęt potrzebny przy zaludnianiu kolonii; zresztą mnóstwo organizacji pomagało w tym programie, który — szczerze mówiąc — nie był trudny. Zespoły miernicze znalazły już tysiące odpowiednich ciał na pasie asteroidowym, a na najlepszych zostawili wyposażenie niezbędne do przekształcenia tego świata w kolonię. Potem na jednym końcu asteroidy pracę zaczynał zespół samoodtwarzających się automatycznych koparek — wierciły w skalistym podłożu, wyrzucając większość gruzu w przestrzeń, a resztę zużywając na wytworzenie paliwa dla siebie. Kiedy skalę wydrążono, otwarty koniec przykrywano i sztucznie puszczano asteroidę w ruch, aby siła odśrodkowa dostarczyła wewnątrz odpowiedniej grawitacji. W środku wydrążonych walców zapalano potężne lampy nazywane słonecznymi liniami bądź kropkami słońca; dostarczyły one tyle światła, że osada wyglądała jak podczas marsjańskiego albo ziemskiego dnia. Do światła dopasowywano grawitację, skutkiem czego powstawały małe miasta „ziemskie”, „marsjańskie „i pośrednie — leżące między tamtymi lub gdzieś z boku. Na wielu małych światach eksperymentowano też z bardzo niską grawitacją.

Nowe miasteczka-państwa zawierały sojusze między sobą oraz z założycielską organizacją istniejącą na rodzimej planecie. Panowała równość. W początkowym okresie kolonie niezależne, szczególnie zamieszkane przez marsjańskich zesłańców, żywiły wrogość wobec nowych osadników; pojawiały się nawet próby narzucania statkom kosmicznym opłat przelotowych, tak wysokich, że można je było jedynie określić jako piractwo. Teraz jednak przelatujące przez asteroidowy pas wahadłowce poruszały się z ogromną prędkością i nieco powyżej bądź poniżej płaszczyzny ekliptyki, próbowały bowiem uniknąć pyłu i gruzu, których przybywało, im więcej wydrążono skalnych asteroid. Trudno było żądać od statków zatrzymania się w celu wniesienia opłaty, zwłaszcza że pył mógł je całkowicie zniszczyć, a wówczas winni z pewnością ponieśliby srogie kary. W ten sposób zaniechano pobierania opłat.

Teraz, gdy zarówno Ziemia, jak i Mars odczuwały coraz dotkliwiej problemy populacyjne, marsjańskie spółdzielnie starały się ze wszystkich sił popierać szybki rozwój nowych miast asteroidowych. Budowano również nowe osady namiotowe na księżycach Jowisza i Saturna, a ostatnio także Urana; planowano też satelity Neptuna, a może nawet Plutona. Największe księżyce wewnętrznych gigantów gazowych były ciałami naprawdę dużymi, wręcz małymi planetami i na wszystkich mieszkali teraz ludzie, chętni do wdrażania własnych projektów terraformowania, których długość i intensywność zależała od lokalnej sytuacji. Żadnego z satelitów nie sposób było sterraformować w jednej chwili, ale wszędzie przekształcanie okazało się możliwe, przynajmniej do pewnego stopnia, a w niektórych miejscach odkryto nawet nowe, wspaniałe możliwości. Tytan, na przykład, zaczął tracić swą azotową mgiełkę, kiedy osadnicy mieszkający w namiotach na mniejszych, pobliskich księżycach ogrzali i wypompowali w atmosferę jego powierzchniowy tlen. Poza tym na Tytanie znajdowały się korzystne dla terraformowania substancje lotne i chociaż księżyc znajdował się w wielkiej odległości od Słońca (docierał do niego zaledwie jeden procent nasłonecznienia Ziemi), oświetlał go coraz dłuższy rząd luster, a mieszkańcy zastanawiali się nad możliwością dodatkowego zainstalowania na orbicie swobodnie wiszących deuterowych latarni termojądrowych. Było to wyjście alternatywne wobec zastosowania urządzenia — któremu Saturnianie sprzeciwiali się do tej pory — nazywanego latarnią gazową. Tego typu latarnie krążyły obecnie w górnych partiach atmosfery Jowisza i Urana, gdzie gromadziły, a następnie spalały hel} i inne gazy, tworząc światło odbijane później na zewnątrz przez elektromagnetyczne płytki. Mieszkańcy Saturna nie godzili się na zainstalowanie latarni gazowych, ponieważ nie chcieli ingerować w kształt planety i jej pierścieni.