Podczas gdy pojazd się toczył, chodziła po przedziale kierowcy; jej umysł szalał. Poza kontrolą. Nie mogła nic na to poradzić, śmiała się jedynie i próbowała zatrzymać pędzące myśli. Uderzała wtedy dłonią w ścianę lub wypatrywała przez któreś z okien. Niedźwiedź zniknął, nie było go. Ann zajrzała do komputera i przeczytała: Ursus maritimus, niedźwiedź oceaniczny; Eskimosi nazywali go Tórnassuk, czyli „ten, który daje siłę”. Zwierzę skojarzyło się Ann z osuwiskiem, które niemal ją zasypało w Melas Chasma; wiedziała, że wspomnienie zwierzęcia będzie jej towarzyszyć do końca życia. Coś się jednak w niej zmieniło — w obliczu osuwiska Ann nie poruszyła nawet jednym mięśniem, teraz natomiast uciekała, ile sił w nogach. Mars mógł ją zabić, pozwoliłaby mu na to… ale żadna kreatura z ziemskiego zoologu nie będzie jej mordować! Nie chodziło o to, że kochała życie, bowiem była daleka od takich uczuć; uważała jednak, że człowiek powinien móc swobodnie wybrać dla siebie rodzaj śmierci. Tak jak ona wybrała ją sobie w przeszłości, przynajmniej dwukrotnie. Tyle że najpierw Simon, a za drugim razem Sax — jak małe brunatne niedźwiedzie — wyrwali ją z uścisku śmierci.
Nie wiedziała, co myśleć. W jej umyśle tyle się działo. Przytrzymała się oparcia siedzenia kierowcy. W końcu wyciągnęła rękę i wystukała na klawiaturze rovera stary numer Saxa jeszcze z okresu pierwszej setki — XY23, a później czekała, aż AI połączy rozmowę z wahadłowcem, którym Russell wracał z Ziemi wraz z pozostałymi członkami delegacji. Po chwili na ekranie Ann pojawiła się nowa twarz starego wroga; Sax patrzył w ekran.
— Dlaczego to zrobiłeś? — krzyknęła. — To moja śmierć. Mogę sobie wybrać, jaką chcę!
Poczekała, aż wiadomość dotrze. Gdy dotarła, Sax podskoczył i jego wizerunek poruszył się.
— Ponieważ… — zaczął i przerwał.
Ann poczuła dreszcz. To samo słowo wypowiedział Simon, gdy przed tak wieloma laty wyratował ją z terenu chaotycznego. Nigdy nie mieli prawdziwych powodów, tylko to „ponieważ” życiowego idioty!
— Nie chciałem… — kontynuował Sax. -…Wydawało mi się, że to taka strata. Jestem zaskoczony, że cię słyszę. Cieszę się.
— Do cholery z tym — rzuciła Ann.
Już miała przerwać połączenie, kiedy Sax znowu zaczął mówić: byli teraz w symultanicznej transmisji, wiadomości się przeplatały.
— Chciałem z tobą porozmawiać, Ann. To znaczy… chodziło o mnie samego… Nie chciałem cię stracić. Chciałem, żebyś mi wybaczyła. Chciałem spierać się z tobą jeszcze i… I sprawić, żebyś zrozumiała, dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem.
Przerwał równie nagle, jak zaczął, i wpatrzył się w ekran zmieszany, nawet przerażony. Może właśnie usłyszał jej „Do cholery z tym”. Potrafiła go przestraszyć, nie miała co do tego wątpliwości.
— Co za bzdura — stwierdziła.
Po chwili usłyszała:
— Tak. Hmm… Jak się czujesz? Wyglądasz…
Ann przerwała połączenie. Dopiero co uciekłam polarnemu niedźwiedziowi!, krzyczało w jej umyśle. Prawie zostałam zjedzona przez twoje głupie gierki!
Nie. Nie mogła mu tego powiedzieć. Wścibski natręt. Potrzebował dobrego usprawiedliwienia dla swego posłuszeństwa wobec Metadziennika historii Marsa. Tak. Aby się upewnić, że jego nauka jest właściwie oceniana… aby to osiągnąć, potrafił wtargnąć w najintymniejsze pragnienia drugiej osoby, w jej podstawową wolność wyboru życia lub śmierci, bycia ludzką istotą!
Dobrze przynajmniej, że nie próbował kłamać w tej kwestii!
I… No cóż… Jestem, żyję. Czuła wściekłość, żal bez powodu, niewytłumaczalną udrękę i dziwnie bolesną radość — wszystkie te doznania wypełniały ją równocześnie. Układ limbiczny tętnił szaleńczo, przebijając każdą myśl sprzecznymi, dzikimi emocjami. Uciec od tych myśli: Sax ją uratował, Ann go nienawidzi, Ann czuje nieopanowaną radość, Kasei nie żyje, Peter żyje, żaden niedźwiedź nie pozbawi jej życia… i tak dalej. Och, jakie to dziwne!
Dostrzegła mały zielony rover usadowiony na cyplu nad lodową zatoką. Pod wpływem impulsu przejęła pilotaż pojazdu i podjechała do tamtego. Wyjrzała z niego twarz. Ann pomachała przez przednią szybę. Czarne oczy, okulary, łysina. Jak jej ojczym. Zaparkowała swój rover obok jego. Mężczyzna skinął, by podeszła; w ręku trzymał drewnianą łyżkę. Wyglądał na roztargnionego. Najwyraźniej Ann wyrwała go z zamyślenia.
Zdjęła kurtkę, przeszła przez śluzy powietrzne i ruszyła do jego pojazdu; wstrząs lodowatego powietrza odczuła jak chłodny prysznic. Przyjemnie było przejść od jednego rovera do drugiego bez nakładania skafandra, chociaż oczywiście ryzykowała życie; zadziwiające, że tak niewiele osób zginęło z powodu nieuwagi lub uszkodzenia komór powietrznych. Choć nie, niektórzy stracili życie. Licząc wszystkich, prawdopodobnie było ich kilkudziesięciu. A teraz, po latach, już tylko uderzenie zimnego powietrza.
Łysy mężczyzna otworzył właz wewnętrznej śluzy powietrznej.
— Witam — powiedział i wyciągnął rękę.
— Dzień dobry — odpowiedziała Ann i potrząsnęła jego dłonią. — Jestem Ann.
— Nazywam się Harry. Harry Whitebook.
— Ach. Słyszałam o panu. Pan projektuje zwierzęta.
Mężczyzna lekko się uśmiechnął.
— Tak.
Żadnego wstydu. W ogóle się nie bronił.
— Właśnie ścigał mnie dzisiaj jeden z pańskich polarnych niedźwiedzi.
— Doprawdy?! — Otworzył szeroko oczy. — Są szybkie!
— Tak. Nie są to jednak zwykłe niedźwiedzie polarne, prawda?
— Mają pewne geny grizzly, ze względu na wysokość, lecz w większości reprezentują Ursus maritimus. To bardzo wytrzymałe stworzenia.
— Jak wiele innych.
— Tak, czy to nie cudowne? Och, proszę mi wybaczyć, czy pani już jadła? Może trochę zupy? Właśnie ugotowałem zupę z porów. To chyba oczywiste.
Rzeczywiście.
— Chętnie — rzekła Ann.
Gdy jedli zupę i chleb, Ann pytała mężczyznę o niedźwiedzie polarne.
— Z pewnością nie ma tu całego łańcucha pokarmowego dla tak ogromnych stworzeń?
— Och, jest. To pierwszy bioregion wystarczająco mocny dla niedźwiedzi. Widzi pani, zatoka aż do dna jest płynna. Mohol Ap stanowi centrum krateru, zatoka przypomina zatem jezioro bez dna. W zimie jest oczywiście zamarznięta, ale niedźwiedzie przyzwyczaiły się do tego w Arktyce.
— Zimy są długie.
— Tak. Niedźwiedzice robią sobie w śniegu legowiska, blisko pewnych jaskiń w dajkowych odkrywkach na zachodzie. Tak naprawdę nie zapadają w sen zimowy, ponieważ temperatura ich ciał spada zaledwie o kilka stopni i mogą się obudzić w każdej chwili, jeśli zrobi im się zimno i trzeba poprawić kryjówkę. Ukrywają się tak przed zimą jak najdłużej, czasem wychodzą i jedzą; aż do wiosny. Wiosną spychamy niektóre tafle lodowe przez ujście zatoki do morza, aby rośliny mogły się rozwijać, od dna do szczytu. Podstawowe łańcuchy pokarmowe są antarktyczne w wodzie, natomiast na lądzie — arktyczne. Plankton, kryle, ryby, kałamarnice, foki Weddela, a na lądzie króliki, zające, lemingi, świstaki, myszy, rysie europejskie i amerykańskie. No i niedźwiedzie. Próbujemy z karibu, reniferami i wilkami. Dla kopytnych nie ma jeszcze paszy. Niedźwiedzie są na zewnątrz dopiero od kilku lat, wcześniej ciśnienie powietrza nie było odpowiednie. Teraz mamy tutaj odpowiednik czterech tysięcy metrów i stwierdzamy, że niedźwiedzie znakomicie sobie radzą w tym środowisku. Przystosowują się bardzo szybko.