Выбрать главу

Ascraeus był bardzo stary, lecz jednocześnie jego powierzchniowa magma należała do najmłodszych wulkanicznych skał na Marsie, lekko tylko zwietrzała od wiatru i słońca. Kiedy warstwy lawy ochłodziły się, stwardniały w kształt obsuwu; zostały niskie kręte wypukłości, na które można było się wspiąć lub je ominąć. Koła rovera Ann pozostawiały za sobą wyraźny szlak. Pojazd posuwał się zygzakiem po zboczu, unikał stromych odcinków przy dnach wylewów magmowych, korzystał natomiast z dużej luźnej sieci pochyłości i łagodnych wzniesień. Na górze panował ciągły półmrok, zaspy brudnego, ubitego śniegu pokrywał pył wodny, cienie miały barwę zamglonej, poczerniałej bieli — Ann czuła się, jak gdyby jechała po fotograficznym negatywie, a jej nastrój z nie wyjaśnionego powodu pogarszał się wraz z wysokością. Za sobą widziała rosnący fragment stożkowego północnego stoku wulkanu, za nim północną część Tharsis, aż do ściany Echusa, niskiej linii leżącej w odległości ponad stu kilometrów. Widoczny obszar niemal w całości był pstrokaty — zaspy śnieżne, lodowe płyty, firn. Cętkowana biel. Zacienione stoki wulkanicznych stożków często były mocno oblodzone.

Na skalnej powierzchni, tu wysoko — jaskrawozielony mech! Wszystko staje się zielone.

W miarę jednak jak Ann wjeżdżała coraz wyżej — dzień po dniu, ciągle w górę, niewyobrażalnie wysoko — pokryte śniegiem place były coraz cieńsze i rzadsze. Znalazła się dwadzieścia kilometrów ponad starym poziomem odniesienia, czyli dwadzieścia jeden ponad poziomem morza, prawie siedemdziesiąt tysięcy stóp ponad lodem… Była ponad dwa razy wyżej, niż wznosił się Everest ponad ziemskimi oceanami. A stożek wulkanu nadal górował nad nią, leżał pełne siedem tysięcy metrów wyżej! Prosto w górę, w ciemniejące niebo, prosto w górę, w przestrzeń.

Daleko poniżej przesuwała się płaska warstwa chmur, zaciemniając widok na Tharsis. Ann miała wrażenie, że białe morze ścigają w górę stoku. Na tym poziomie, nad nią nie było już żadnych chmur, przynajmniej tego dnia. Zapewne czasami wisiały obok góry kowadła burzy, a w inne dni mogły się pojawić w górze pierzaste chmury, smagające niebo tuzinem cienkich sierpów. Dziś jednak niebo było bezchmurnym purpurowym indygo zabarwionym czernią, przy zenicie upstrzonym kilkoma dziennymi gwiazdami widać było bladego, samotnego Oriona. Na wschód od wierzchołka wulkanu płynęła rzadka chmura, tak postrzępiona, że Ann dostrzegała przez nią ciemne niebo. W górze nie było zbyt wiele wilgoci, a atmosfera bardzo rzadka. Na Marsie zawsze będzie istniała dziesięciokrotna różnica między ciśnieniem powietrza przy poziomie morza i na szczytach dużych wulkanów; ciśnienie w górze wynosiło obecnie około trzydziestu pięciu milibarów, czyli było niewiele wyższe od tego, które istniało na całej planecie, gdy przybyła na nią pierwsza setka.

Ann zauważyła maleńkie cętki porostów w kotlinach na szczytach skał, w zagłębieniach, na które najpierw spadł śnieg, a potem dużo słońca. Roślinki były zbyt małe, by je dojrzeć. Porosty — symbiotyczny układ glonu i grzyba, ściśle współpracujący, by przeżyć, nawet w trzydziestu milibarach. Trudno uwierzyć, jakie warunki jest w stanie znieść życie. Doprawdy, zdumiewające!

Ann dziwiła się tak bardzo, że założyła skafander i wysiadła z pojazdu, pragnąc się przyjrzeć roślinności. Tu, wysoko w górach, trzeba było wrócić do wszystkich dawnych środków ochrony: zakładać ochronny walker, używać włazów komór powietrznych…

Wyszła na zewnątrz w jaskrawe światło rzadkiej przestrzeni.

Skały, które udzieliły schronienia porostom, należały do tego typu ciepłych terenów, na których zażywałyby kąpieli słonecznej świstaki, gdyby mogły tak wysoko żyć. Tu, zamiast zwierząt, Ann dostrzegła małe jak główka od szpilki kropeczki żółtej zieleni albo szarości w odcieniu okrętu wojennego. Przewodnik naręcznego komputera nazywał je porostami płatkowymi. Ich fragmenty odrywały się podczas burz z niższych rejonów, dolatywały tutaj na wietrze, upadały na skałę i wrastały w nią niczym małe warzywne skałoczepy. Chyba tylko Hiroko potrafiłaby wyjaśnić to zjawisko.

Żyjące istoty. Rośliny. Michel powiedział Ann, że ona kocha kamienie, a nie ludzi, ponieważ znęcano się nad nią w dzieciństwie. Podobno poczyniło to szkody w jej psychice, zmniejszając znacząco hipokampus; silna reakcja na wstrząs, połączona ze skłonnością do rozdwojenia jaźni. Dlatego też Ann wybrała sobie na partnera człowieka najbardziej ze wszystkich podobnego do kamienia. Michel dodał, że także kochał tę cechę u Simona, uważał, że był wspaniały — w latach Underbill Simon należał ponoć do nielicznych osób, którym Michel potrafił zaufać, był małomówny i rzetelny; takiemu można powierzyć wszystkie sekrety…

Michel zwrócił uwagę Ann, że Simon nie jest jedynym milczkiem na świecie. Podobno wiele innych osób posiadało tę cechę, choć nie występowała u nich w postaci tak czystej. Może Ann powinna pokochać tę „cierpliwą wytrzymałość” u innych ludzi, w każdej żywej istocie… Niektórzy próbowali żyć życiem skały albo jak planeta. „W każdym z nas tkwi ten kamienny upór” — oznajmił Michel.

Wiatr lamentował przy hełmie Ann i ponad skorupami magmy, szumiał w wężu powietrznym, zagłuszając odgłosy jej własnego oddechu. Niebo miało tu barwę ciemniejszą niż indygo — z wyjątkiem miejsc położonych nisko na horyzoncie, gdzie było zamglonym purpurowym fioletem, zwieńczonym pasem wyraźnego granatu… Och, któż by kiedyś uwierzył, że tak wiele się zmieni tu, w górze, na zboczu Ascraeus Mons. Dlaczego nie osiedlili się tutaj, aby stale pamiętać, po co przylecieli na Marsa i co dała im ta planeta, a oni tak bezmyślnie zniszczyli.

Ann wróciła do rovera i ruszyła dalej w górę.

Znajdowała się ponad srebrnymi chmurami pierzastymi, dokładnie na zachód od przezroczystego obłoku otaczającego wierzchołek wulkanu. Od strony zawietrznej, osłonięta od wiatru. Aby wjechać na górę, trzeba było podróżować w przeszłość, tłamsząc wszystkie porosty i bakterie. Ann nie miała wątpliwości, że są nawet tu, ukryte wewnątrz płytkich skalnych rozpadlin. Chasmoendolityczne życie, niczym mityczne małe czerwone ludziki, mikroskopijne bożki, które rozmawiały z Johnem Boone’em, ich lokalnym Hezjodem. Tak mawiają ludzie na Marsie…

Życie pieniło się wszędzie. Świat stawał się zielony. Ale gdyby nie można było dostrzec tej zieleni — i gdyby nie sprawiała ona powierzchni żadnej różnicy… Czy aby na pewno Ann wzięła na swoje barki to zadanie? Żywe stworzenia. Michel powiedział jej: „Kochasz skały z powodu cechy kamienności, którą posiada życie!” Wszystko obraca się wokół życia. Simon, Peter. Na tej skale zbuduję mój kościół. Dlaczego Ann nie potrafiła kochać tej „kamienności” w każdej rzeczy?

Rover toczył się w górę ostatnich koncentrycznych tarasów lawy. Jazda była o wiele mniej żmudna teraz, gdy pojazd uginał się na asymptotycznym spłaszczeniu szerokiego, kulistego stożka. Tylko lekko w górę wzgórza, z każdym metrem mniej stromo i już Ann znalazła się na stożku, a następnie na jego wewnętrznej krawędzi.

Rover stał nad kalderą. Ann wysiadła, jej myśli śmigały jak wydrzyki.

Kalderowy kompleks Ascraeusa składał się z ośmiu zachodzących na siebie kraterów: nowsze opadały na obwody starszych. Największa i najmłodsza kaldera leżała blisko środka kompleksu, natomiast starsze kaldery o wyższych dnach otaczały jej obwód jak wzór płatków kwiatu. Dno każdej kaldery leżało na nieco innej wysokości, oznaczone przez wzór kulistych pęknięć. Gdy Ann szła wzdłuż stożka, zmieniała się perspektywa, a więc również odległości; także wysokość każdego dna wydawała się zmieniać, jak gdyby unosiły się we śnie. Ann cieszyła się, że jest świadkiem wszystkiego, co działo się w odległości osiemdziesięciu kilometrów ze wszystkich stron.