Выбрать главу

Ponad wielką wodą latały codziennie duże stada ptaków. W powietrzu pojawiały się chmury, rozpraszane szybko przez silny wiatr; nad bielą i czerwienią lądu i morza przesuwały się ich cienie. Po stopionym morzu sunęły góry lodowe, co jakiś czas uderzając w brzeg. Z Wielkiej Skarpy nadchodziły burze o straszliwej siłę, na skały spadał ognisty grad i pioruny. Wybrzeża na Marsie liczyły teraz w przybliżeniu czterdzieści tysięcy kilometrów. Pod mrozem i odwilżą dni i pór roku, pod muskaniem stałego wiatru ocean budził się do życia.

Po zakończeniu kongresu Nadia zamierzała od razu opuścić Pavonis Mons. Miała dość szemrania panującego w magazynie, dość kłótni i polityki; zdenerwowała ją gwałtowność i groźby przemocy, rozmowy o rewolucji, sabotażu, konstytucji, windzie, Ziemi i pogróżkach związanych z wojną. Ziemia i śmierć — z tym kojarzyła jej się Pavonis Mons, Pawia Góra, na której wszystkie pawie gładziły pióra, dumnie stąpały i krzyczały: „Ja, ja, ja”. Pavonis stało się ostatnim miejscem na Marsie, w którym Nadia miała ochotę przebywać.

Pragnęła opuścić górę i odetchnąć powietrzem na otwartym terenie. Chciała pracować nad „prawdziwymi rzeczami”, chciała budować wszystkimi dziewięcioma palcami, grzbietem i umysłem, budować cokolwiek i wszystko, nawet niekoniecznie budowle „namacalne” (chociaż oczywiście czułaby się wówczas cudownie). Mogła też tworzyć takie „rzeczy” jak powietrze czy gleba, elementy nowego dla niej projektu konstrukcyjnego, czyli po prostu samego terraformowania, którym interesowała się podczas swego pierwszego spaceru na powietrzu, gdy schodziła do Krateru DuMartheraya jedynie z małą maską na twarzy filtrującą dwutlenek węgla; wtedy właśnie zrozumiała tę obsesję Saxa. W chwili obecnej Nadia była gotowa przyłączyć się do niego i reszty terraformerów, właśnie teraz, gdy usunięcie orbitujących luster spowodowało nadejście długiej zimy, grożąc epoką lodowcową. Zbudować powietrze, ziemię, poruszyć wodę, wprowadzić rośliny i zwierzęta — praca ta wydawała się Rosjance fascynująca. Rzecz jasna, interesowały ją również bardziej konwencjonalne projekty budowlane. Kiedy nowe Morze Północne stopi się, a jego linia brzegowa — ustabilizuje, wszędzie powstaną portowe miasta, bez wątpienia dziesiątki takich miast, a w każdym muszą się znaleźć falochrony i plaże, kanały, nadbrzeża i doki oraz, dalej, zwykłe osady na wzgórzach. Im wyższy teren, tym więcej będzie miast namiotowych i zadaszonych kanionów. Mówiono nawet o postawieniu namiotów nad niektórymi dużymi kalderami, o połączeniu trzech książęcych wulkanów linią kablowych wagoników oraz o zbudowaniu mostu nad przesmykami położonymi na południe od Elysium. Niektórzy pragnęli zaludnić polarny kontynent wyspowy. Istniały nowe koncepcje związane z biobudownictwem, plany „budowania” domów i innych budynków bezpośrednio z genetycznie przekształconych drzew — tak jak Hiroko używała bambusa, tyle że na większą skalę. Tak, budowniczy gotów przyswoić sobie najnowsze techniki miał przed sobą tysiąc lat cudownej pracy. To był sen, który się spełniał.

Niestety, wtedy przyszła do Nadii mała grupa osób rozpatrujących kandydatury do pierwszej rady wykonawczej nowego rządu globalnego.

Nadia patrzyła na nich. Miała wrażenie, że widzi, jak stawiają przed nią duży, poruszający się wolno w jej kierunku potrzask, a ona ze wszystkich sił chce uciec, zanim pułapka się zatrzaśnie.

— Jest wielu odpowiednich kandydatów — zauważyła. — Co najmniej dziesięć razy więcej znakomitych osób niż stanowisk w radzie.

— Tak — odparli, wpatrując się w nią. — Zastanawiamy się, czy myślałaś kiedyś o takiej pracy.

— Nie — rzekła.

Art wyszczerzył zęby. Nadia dostrzegła jego uśmiech i zmartwiła się.

— Pragnę budować — rzuciła stanowczo.

— Możesz robić jedno i drugie — wtrącił Art. — Praca w radzie nie jest zajęciem na pełen etat.

— Akurat, do diabła.

— Naprawdę.

Pojęcie rządu obywatelskiego wpisano do nowej konstytucji i obowiązywało ono wszędzie: od globalnego parlamentu, poprzez sądy, kończąc na władzach namiotowych miast. Przypuszczalnie sporo tej pracy wykonywały osoby zatrudnione na niepełnym etacie, Nadia była jednak pewna, że działalność w radzie wykonawczej zajmie znacznie więcej czasu.

— Czy członków rady wykonawczej nie trzeba wybierać z przedstawicieli parlamentu? — spytała.

Jej goście stwierdzili z zadowoleniem, że wprawdzie o wyborze decydują członkowie ciała ustawodawczego, nie jest jednak konieczne, by wybierali spośród siebie, choć zwykle tak się dzieje.

— No cóż, w konstytucji zdarzyła się pomyłka — mruknęła Nadia. — Dobrze, że dostrzegliście ją tak szybko. Ograniczając się do wybierania członków ciała ustawodawczego, nie możecie korzystać z dołu.

Z dołu…

— Poza tym znam wielu lepszych od siebie kandydatów — dokończyła.

Niestety, członkowie grupy nalegali. Ciągle wracali, w różnym składzie, a Nadia czuła, że stale biegnie ku zwężającej się szczelinie między zębami potrzasku. W końcu zaczęli błagać. Prosili ją wszyscy przedstawiciele małej delegacji. Okres był naprawdę przełomowy dla nowego rządu i potrzebowali rady wykonawczej, której ufaliby mieszkańcy całego Marsa, to była sprawa podstawowa… i tak dalej… Wybrano Senat, zaplanowano Dumę i teraz obie izby musiały wybrać siedmiu członków rady. Wśród kandydatów wymieniano Michaiła, Zeyka, Petera, Marinę, Etsu, Nanao, Ariadne, Marion, Iriszkę, Antara, Raszida, Jackie, Charlotte, czterech ambasadorów Ziemi i wiele innych osób, które Nadia po raz pierwszy spotkała w magazynie.

— Jest sporo świetnych ludzi — przypominała im Nadia. Tak, rewolucja miała wielu przywódców.

Przedstawiciele grupy odpowiedzieli, że nie wszystkim osobom z listy można zaufać, przyzwyczaili się do tego, że Nadia to zrównoważona przedstawicielka centrum; mówili, że zarówno podczas kongresu, jak i podczas rewolucji zaprezentowała wspaniałą postawę, podobnie zresztą jak przedtem, w Dorsa Brevia, i przez wszystkie podziemne lata, a właściwie od samego początku. Ludzie chcieli, żeby Nadia zasiadła w radzie, ponieważ była uosobieniem spokoju i potrafiła wielu skłonić do rozwagi. Nazywali ją między innymi „spokojną głową” i „neutralną partią”.

— Wynoście się — krzyknęła, nagle rozgniewana Rosjanka, chociaż nie wiedziała, z jakiego powodu. Goście byli mocno zaniepokojeni jej wybuchem. — Pomyślę o tym — dodała, wypraszając ich i ponaglając do wyjścia.

W końcu zostali z nią tylko Charlotte i Art. Patrzyli na Nadię poważnie, udając, że nie mieli z całą sprawą nic wspólnego.

— Tamtym chyba bardzo zależy, żebyś zaczęła działać w radzie — odezwał się Art.

— Och, daj spokój.

— Tego jednak chcą. Pragną kogoś, komu mogą zaufać.

— Chcesz powiedzieć, że pragną kogoś, kogo się nie boją, starej babuszki, która nie będzie im przeszkadzać. W ten sposób zdołają trzymać przeciwników z dala od rady i wykonywać swój program.

Art zmarszczył brwi; nie zastanawiał się nad tą kwestią, był zbyt naiwny.

— Wiesz, że aby stworzyć na podstawie suchych paragrafów konstytucji prawdziwy, działający rząd, trzeba naprawdę umieć budować — powiedziała zamyślona Charlotte.

— Och, wynoście się — zdenerwowała się Nadia.

W końcu jednak ustąpiła. Tamci okazali się nieubłagani — było ich zaskakująco wielu i nie poddawali się. Zresztą, Nadia nie chciała, by posądzili ją o nieróbstwo, pozwoliła więc, by potrzask zacisnął się na jej nodze.

Obie izby parlamentu zebrały się i odbyły tajne głosowania. Nadię wybrano jako jedną z siedmiu, wraz z Zeykiem, Ariadne, Marion, Peterem, Michaiłem i Jackie. Tego samego dnia Iriszce powierzono funkcję pierwszego głównego sędziego Globalnego Sądu Ekologicznego; z jednej strony był to wielki sukces Iriszki, a także — ogólnie — „czerwonych”, z drugiej jednak cześć „wspaniałomyślnego gestu”, który Art wykonał pod koniec kongresu, by zyskać poparcie „czerwonych”. Ostatecznie mniej więcej połowa nowych sędziów wywodziła się z tego środowiska (z któregoś ich „odcienia”) i Nadia uważała ten gest Arta za nazbyt wspaniałomyślny.