Выбрать главу

Natychmiast po wyborach przyszła do niej inna delegacja, której tym razem przewodzili współczłonkowie rady. Powiedzieli Nadii, że w obu izbach otrzymała najwięcej głosów, postanowiono więc ją wybrać na przewodniczącą rady.

— Och, nie jęknęła.

Przybyli z powagą pokiwali głowami i oświadczyli, że przewodniczący jest tylko jednym z członków rady, jedną osobą spośród równych sobie, a zatem stanowisko jest w zasadzie honorowe. Ten typ władzy wzorowano na rządach szwajcarskich, a Szwajcarzy podobno zwykle nawet nie wiedzieli, kto jest ich prezydentem. Tak twierdzili koledzy Rosjanki z rady… Oczywiście potrzebowali akceptacji Nadii (w tym momencie w oczach Jackie pojawił się krótki błysk), prosili więc, by oficjalnie zgodziła się przyjąć funkcję.

— Wynocha — rzuciła tylko.

Gdy wyszli, osunęła się w fotelu. Czuła się oszołomiona.

— Jesteś jedyną osobą na Marsie, której wszyscy ufają — powiedział łagodnie Art. Wzruszył przy tym ramionami, jak gdyby chciał powiedzieć, że nie ma z tym nic wspólnego, Nadia wiedziała jednak, że to nieprawda. — Co możemy zrobić? — spytał z przesadną teatralnością. — Popracuj ze trzy lata, a gdy sprawy potoczą się swoim torem, będziesz mogła zrezygnować. Poza tym, zostaniesz pierwszym prezydentem Marsa! Potrafisz się temu oprzeć?

— Bardzo łatwo.

Art milczał. Nadia obrzuciła go piorunującym spojrzeniem.

— Ale zgodzisz się, prawda? — odezwał się w końcu.

— Pomożesz mi?

— Och, oczywiście, że tak. — Położył rękę na jej zaciśniętej pięści. — Zrobię wszystko, co zechcesz. To znaczy… Jestem do twojej dyspozycji.

— Czy jest to oficjalne stanowisko Praxis?

— No cóż, tak, jestem pewien, że może być. Doradca Praxis przy marsjańskim prezydencie? Załóż się.

Może mogłaby go namówić do pracy.

Głośno westchnęła. Próbowała uspokoić żołądek. Pomyślała, żeby przyjąć propozycję, a potem przerzucić większość pracy na Arta i na cały przydzielony personel. Nie byłaby pierwszym prezydentem, który tak postępuje, i nie ostatnim.

— Doradca Praxis przy prezydencie Marsa — powtórzył Art, smakując słowa. Wyglądał na zadowolonego.

— Och, daj spokój! — burknęła.

— Jasne.

Zostawił ją samą, aby przemyślała całą sprawę, a po pewnym czasie wrócił z parującym rondelkiem kavy i dwiema maleńkimi filiżankami. Nalał. Nadia wzięła filiżankę i sączyła gorzki płyn.

— Tak czy owak, jestem twój, Nadiu — oświadczył Art. — Wiesz o tym.

— Uhm.

Przyjrzała mu się, kiedy popijał kavę. Wiedziała, że miał na myśli nie tylko politykę. Lubił Nadię. Od dłuższego czasu pracowali razem, mieszkali razem i podróżowali; dzielili przestrzeń. Nadia też go lubiła. Niedźwiedziowaty człowiek, poruszający się z wdziękiem, zawsze w dobrym nastroju. Uwielbiał kavę — było to oczywiste, gdy się widziało, jak pije, gdy się obserwowało jego napiętą twarz. Nadia miała wrażenie, że to Art prowadził cały kongres, pociągnął go siłą swego cudownego humoru, zarażając wszystkich dobrym nastrojem… Z czego tu się cieszyć, gdy się tworzy konstytucję?…Absurd! A jednak Artowi się udawało. Podczas kongresu on i Nadia stali się swego rodzaju parą. Tak, musiała to przyznać.

Tyle że miała teraz 159 lat. Kolejna niedorzeczność… Art miał, nie była pewna… około siedemdziesiątki czy osiemdziesiątki, chociaż wyglądał na pięćdziesiąt, tak jak wiele osób, które wcześnie zaczęły się poddawać kuracji przedłużającej życie.

— Jestem wystarczająco stara, aby być twoją praprababką — oznajmiła.

Randolph wzruszył ramionami, zakłopotany. Wiedział, o czym Nadia mówi.

— Jestem wystarczająco stary, aby być prapradziadkiem tej kobiety — odparł, wskazując na wysoką marsjańską dziewczynę, przechodzącą za drzwiami ich biura. — A ona jest wystarczająco dorosła, aby mieć dzieci. Więc, no wiesz… Akurat teraz ta kwestia nie ma nic do rzeczy.

— Może dla ciebie.

— No cóż. To jedna z dwóch równorzędnych opinii.

Nadia nie odpowiedziała.

— Słuchaj — stwierdził Art — będziemy żyć jeszcze przez długi czas. W pewnym momencie liczby muszą przestać mieć znaczenie. Chcę powiedzieć, że nie było mnie tu z tobą w pierwszych latach, ale jesteśmy razem już od bardzo dawna i wiele wspólnie przeszliśmy.

— Wiem. — Nadia spojrzała w dół, na stół, przypominając sobie niektóre z tych sytuacji. Koniuszek jej dawno utraconego palca… Całe to życie zniknęło. A teraz była prezydentem Marsa. — Cholera.

Art popijał have i obserwował Nadię z sympatią. Lubił ją, a ona lubiła jego. W pewnym sensie stanowili prawdziwie udaną parę.

— Pomożesz mi z tą cholerną radą! — rzuciła. Była w ponurym nastroju, ponieważ musiała odsunąć od siebie wszystkie technofantazje.

— Pomogę.

— A potem, no cóż, zobaczymy.

— Zobaczymy — powtórzył i uśmiechnął się.

A więc stało się. Nadia ugrzęzła na Pavonis Mons. Nowy rząd miał tam miejsce spotkań, przenosząc się z magazynów do centrum Sheffield, gdzie zajął zwaliste, opuszczone przez metanarodowców, wypucowane budynki o kamiennych fasadach. Oczywiście wybuchła dyskusja, czy trzeba komuś płacić za te budynki i resztę infrastruktury, czy też niezależny i nowy porządek powinien je „zglobalizować” albo „uspółdzielczyć”.

— Trzeba płacić — mruknęła Nadia, spoglądając groźnie na Charlotte. Funkcja prezydenta Marsa nie dawała niestety Rosjance władzy ani posłuchu.

W każdym razie globalny rząd wprowadził się, a Sheffield zostało, jeśli nie stolicą Marsa, to przynajmniej tymczasową siedzibą jego rządu. Burroughs było zatopione, a Sabishii spalone, toteż nie istniało żadne inne oczywiste i odpowiednie ku temu miejsce, w dodatku Nadia miała wrażenie, że żadne z pozostałych miast namiotowych nie ma ochoty przyjąć członków rady. Mówiło się, że należy zbudować nową stolicę, na to jednak potrzeba było czasu, a przedstawiciele rady wykonawczej gdzieś się musieli spotykać. Zatrzymali się więc w pobliżu toru magnetycznego w Sheffield, pod ciemnym niebem namiotu, w cieniu wznoszącego się we wschodniej dzielnicy miasta kabla windy; prosty i czarny, wyglądał jak rysa na rzeczywistości.

Nadia znalazła mieszkanie w ostatnim namiocie na zachodzie, za stożkowym parkiem. Lokal znajdował się na czwartym piętrze, skąd rozciągał się wspaniały widok w dół, w niesamowitą kalderę Pavonis. Art wybrał sobie mieszkanie na parterze tego samego budynku, na tyłach; najwyraźniej kaldera przyprawiała go o zawrót głowy. Mieszkał jednak blisko, a biuro Praxis znajdowało się w sąsiednim biurowcu, pokrytym rzędami chromowoniebieskich okien, w sześcianie z polerowanego jaspisu wielkości miejskiego bloku mieszkalnego.

Teraz Rosjanka musiała zrobić głęboki wdech i przystąpić do pracy, tak jak ją poproszono. Czuła się jak w złym śnie, w którym kongres konstytucyjny nagle rozciągnął się na trzy lata, trzy marsjańskie lata.