Nadia nie potrafiła więc niczego doradzić sfrustrowanym naukowcom, ponieważ jej wiedza z zaangażowanych w tę działalność dziedzin — biologii, chemii, biochemii i ekologii — była zbyt mała. Wielu eksperymentów Rosjanka nie rozumiała. Ta praca nie równała się budowaniu, nawet go nie przypominała.
Gleboznawcy musieli jednak zasilić metody produkcyjne przynajmniej pewnymi zasadami budowlanymi i podczas rozmowy na te tematy Nadia przynajmniej potrafiła zrozumieć, o czym mówią. Zaczęła się końcentrować na aspektach technicznych, patrząc na mechaniczny szkic kadzi czy zbiorniki zawierające żywe elementy gleby. Przestudiowała także cząsteczkową strukturę rodzimych glin, starając się sformułować jakąś radę, którą mogłaby dać swoim rozmówcom. Stwierdziła, że marsjańskie gliny smektyczne są glinokrzemkami, czyli że w każdej jednostce gliny między dwiema warstwami krzemowych czworościanów znajdowała się jedna warstwa ośmiościanów aluminium; w różnych rodzajach glin smektycznych ten ogólny wzorzec występował w rozmaitych wariacjach, a im większe było odchylenie od wzoru, tym łatwiej przeciekała w międzywarstwowe powierzchnie woda. Najbardziej typowa glina smektyczna na Marsie, montmorylionit, miała wiele odmian i była tak bardzo przepuszczalna, że pod wpływem wody rozszerzała się, a kurczyła, kiedy pozostawała sucha do granic pękania.
Nadia uznała ten fakt za niezwykle interesujący.
— Słuchaj — powiedziała do Arne’a — a gdyby wypełnić kadź układem żył bocznych, przez które można by wszędzie w rodzimy materiał wprowadzać biotę?
Wyjaśniła, że trzeba by wziąć garść rodzimego materiału, namoczyć go, a następnie poczekać, aż wyschnie. Później należy zainstalować w systemie pęknięć układ żył bocznych i wprowadzać wszystkie ważne bakterie oraz rozmaite wyhodowane składniki. Bakterie i inne organizmy powinny sobie „wyjeść” drogę z żył bocznych, przetwarzając otaczający materiał wokół siebie, a następnie — wszystkie razem — pojawić się w glinie, wzajemnie na siebie oddziałując. Rosjanka dodała, że jej zdaniem ten okres byłby najtrudniejszy, ponieważ w celu uniknięcia problemów populacyjnych istniałaby konieczność przeprowadzenia wielu prób z pierwotnymi ilościami różnych rodzajów bioty. Gdyby jednak naukowcom udało się skłonić organizmy do pracy, otrzymaliby żywą glebę.
— Tego typu systemów żył bocznych używa się w przypadku pewnych szybko zwiększających swą objętość materiałów budowlanych, a słyszałam też, że lekarze w podobny sposób tworzą pastę apatytową do złamanych kości. Żyły boczne wykonane są z żelów proteinowych odpowiednich do danego materiału i ukształtowane w potrzebne konstrukcje w kształcie rur.
Forma dla wzrostu. Arne zauważył, że sprawa jest warta rozważenia. Nadia uśmiechnęła się. Całe popołudnie chodziła szczęśliwa, a wieczorem, gdy przyłączyła się do Arta, powiedziała:
— Hej! Wykonałam dzisiaj trochę pracy.
— Świetnie! — odparł Art. — Wyjdźmy i świętujmy.
W Bogdanów Vishniac o rozrywkę nie było trudno. Znajdowali się przecież w mieście bogdanowistów, tak pogodnym jak sam Arkady. Każdej nocy odbywały się przyjęcia. Art i Nadia często wieczorem spotykali się na promenadzie. Rosjanka uwielbiała chodzić po najwyższym tarasie wzdłuż balustrady; czuła wówczas, że towarzyszy jej Arkady, który w jakiś sposób przetrwał. Nigdy jednak nie odczuwała jego obecności tak intensywnie, jak tej nocy, gdy świętowała dobrze wykonaną pracę. Trzymała w swojej dłoni rękę Arta, patrzyła w dół na zatłoczone tarasy, rośliny uprawne, sady, baseny, boiska sportowe, rzędy drzew, łukowate place zajęte przez kafeterie, bary, pawilony taneczne — zespoły walczyły o przestrzeń, otaczały je tłumy zasapanych ludzi, niektórzy tańczyli, większość jednak po prostu chodziła po nocnej promenadzie, tak jak Nadia. Miasto nadal pokrywał namiot; mieszkańcy mieli nadzieję, że uda im się go pewnego dnia usunąć. Było ciepło i młodzi tubylcy nosili dziwaczne pantalony, przepaski na głowach, szarfy, trykoty, naszyjniki, a Rosjance przypomniał się wideofilm z powitania Nirgala i Mai na Trynidadzie. Był to zbieg okoliczności czy może wśród młodych rodziła się jakaś ponadplanetarna kultura? Czyżby ich Kojot, Trynidadczyk, w jakiś niewidzialny sposób zawojował obie planety? Albo jej Arkady, pośmiertnie… Arkady i Kojot — królowie kultury. Myśl ta wywołała u Nadii uśmiech. Upiła z kubka Arta parzącej kavajavy, którą rozgrzewali się mieszkańcy tego zimnego miasta, i obserwowała młodych ludzi poruszających się jak anioły. Taniec towarzyszył wszystkim ich ruchom; skakali z tarasu na taras, wyginając się we wdzięczne łuki.
— Co za wspaniałe miasteczko — zauważył Art.
Nagle natknęli się na stare zdjęcie Arkadego. Oprawione w ramkę, wisiało na ścianie obok drzwi. Nadia zatrzymała się i kurczowo chwyciła Arta za ramię.
— To on! To on jak żywy! — zawołała.
Fotograf uchwycił Rosjanina podczas rozmowy z kimś. Arkady stał wewnątrz namiotu przy murze i żywo gestykulował. Jego rozwichrzone włosy i broda zlewały się z krajobrazem, który był dokładnie tego samego koloru, wydawało się więc, że twarz wysuwa się ze stoku; na tle całej radosnej czerwieni błyskały niebieskie oczy.
— Nigdy nie widziałam fotografii, na której tak bardzo byłby sobą. Ilekroć zauważył wycelowany w siebie obiektyw aparatu, reagował niechęcią i fotografia wychodziła fatalnie.
Nadia patrzyła na zdjęcie, czując, że się rumieni. Była dziwnie szczęśliwa; miała wrażenie, że naprawdę spotkała swego dawnego partnera życiowego! Że po latach ponownie na niego wpadła.
— Sądzę, że w wielu sprawach jesteś do niego podobny. Ale spokojniejszy.
— Wydaje mi się, że chyba tu można się najbardziej zrelaksować — stwierdził Art, wpatrując się z uwagą w zdjęcie.
Nadia uśmiechnęła się.
— Nie, on potrafił. Zawsze był przekonany, że ma rację.
— Nikt z nas nie ma z tym problemów.
Roześmiała się.
— Jesteś tak samo wesoły jak on.
— A dlaczego nie?
Szli dalej. Nadia ciągle myślała o swoim starym towarzyszu, mając w pamięci jego zdjęcie. Nadal tak wiele pamiętała. Jednakże uczucia związane z tymi wspomnieniami bladły, a ból stawał się coraz bardziej przytępiony, jak gdyby wypłukał je utrwalacz; wspomnienie ciała Arkadego i żal Nadii zastygły już, przypominając skamielinę. Stały się zupełnie nieprawdopodobne w porównaniu z obecną chwilą, która — gdy Nadia rozglądała się wokół siebie i czuła swoją rękę w dłoni Arta — była realna, żywa i stale się zmieniająca; po prostu żyła. Wszystko się mogło zdarzyć, możliwe było każde uczucie.
— Wrócimy do naszego pokoju?
Czworo podróżników przybyło w końcu z Ziemi. Nirgal, Maja i Michel zjechali windą do Sheffield, po czym rozeszli się każde w swoją stronę, natomiast Sax przyleciał na południe, do Nadii i Arta, z czego Rosjanka bardzo się ucieszyła. Coraz częściej jej się wydawało, że centrum zdarzeń znajduje się zawsze tam, gdzie jest Sax.
Russell wyglądał tak samo jak przed wyprawą na Ziemię, chociaż był chyba jeszcze bardziej milczący i tajemniczy. Powiedział, że chce zobaczyć laboratoria, więc Art i Nadia oprowadzili go po nich.
— Tak, interesujące — rzucił, po czym dodał: — Zastanawiam się jednak, co jeszcze moglibyśmy zrobić.
— W związku z terraformowaniem? — spytał Art.
— No cóż…
Aby się przypodobać Ann, dopowiedziała sobie Nadia. Z pewnością to właśnie miał na myśli Sax. Uściskała go, czym był zaskoczony, a podczas rozmowy trzymała mu rękę na kościstym ramieniu. Jak dobrze mieć go obok siebie! Od kiedy tak bardzo go polubiła i zaczęła na nim polegać?