Выбрать главу

Art także się domyślił, o co chodzi Saxowi.

— Zrobiłeś już całkiem sporo, prawda? — zauważył. — To znaczy… W niepamięć poszły wszystkie monstrualne metody metanarodowców, zgadza się? Bomby wodorowe pod wieczną zmarzliną, soletta i napowietrzne soczewki, wahadłowce z azotem z Tytana…

— Ciągle przylatują — odrzekł Sax. — Nie wiem nawet, jak moglibyśmy je zatrzymać. Może co najwyżej zestrzelić. Zawsze możemy zużyć azot. Nie jestem pewien, czy byłbym zadowolony, gdybyśmy je zatrzymali.

— A Ann? — spytała Nadia. — Czego chciałaby Ann?

Sax spojrzał na nią z ukosa. Kiedy niepewność wykrzywiała mu twarz, ponownie przybierał swoją, dobrze im znaną, szczurzą minę.

— Czego wy oboje chcielibyście? — spytał Art.

— Trudno powiedzieć. — Twarz Saxa znowu wyrażała niepewność, niezdecydowanie, rozdarcie.

— Chcecie, by ten świat pozostał w stanie dzikim — podsunął Art.

— Stan dzikości to… hm, idea. Albo stanowisko etyczne. Pustynia nie może zajmować całej powierzchni, nie o to mi chodzi. Lecz… — Russell zamachał ręką i zagłębił się we własne myśli. Po raz pierwszy od stu lat, czyli odkąd Nadia go znała, miała wrażenie, że Sax nie wie, co robić. Próbował rozwiązać problem, usiadł przed ekranem i wpisywał instrukcje. Prawdopodobnie zapomniał o ich obecności.

Nadia ścisnęła ramię Arta. On ujął jej rękę i ścisnął łagodnie mały palec, który osiągnął już prawie trzy czwarte wielkości docelowej, choć zbliżając się do pełnego rozmiaru, rósł coraz wolniej. Było już widać zaczątek paznokcia, a na opuszce delikatne półkoliste linie papilarne. Ściskanie palca sprawiało Nadii przyjemność. Spotkała przez chwilę spojrzenie Arta, potem spuściła wzrok. Art uścisnął całą jej rękę. Widząc, że Sax całkowicie pogrążył się w pracy i przez długi czas pozostanie w świecie własnych myśli, Art z Nadia na palcach poszli do swego pokoju i do łóżka.

Za dnia pracowali, nocami wychodzili. Sax mrużył oczy tak jak w czasach, gdy nazywano go laboratoryjnym szczurem; niepokoił się, ponieważ nie wiedział, co się dzieje z Ann. Nadia i Art pocieszali go najlepiej, jak umieli, ale nic niestety nie pomagało. Wieczorami spotykali się na promenadzie. W pobliżu znajdował się park, gdzie zbierali się rodzice z dziećmi. Ludzie przechodzili obok, jak gdyby mijali niewielkie, otwarte zoo; uśmiechali się na widok małych naczelnych pogrążonych w zabawie. Sax spędzał w tym parku całe godziny na rozmowach z dziećmi i rodzicami, a potem szedł gdzieś na parkiet i godzinami samotnie tańczył. Art i Nadia trzymali się za ręce. Palec Rosjanki stawał się coraz silniejszy. Osiągnął teraz już prawie właściwą długość, a ponieważ i tak miał to być najmniejszy palec, pasował w sam raz, chyba że Nadia porównywała go z odpowiednikiem na drugiej ręce. Art czasami lekko go gryzł, gdy się kochali, i uczucie, którego wówczas doznawała, przyprawiało ją niemal o szaleństwo.

— Lepiej nie mów nikomu o tym doznaniu — mruknął — bo możesz doprowadzić do czegoś przerażającego… Ludzie zaczną sobie odcinać różne części ciała, aby im odrastały w postaci wrażliwszych organów.

— Wariat.

— Wiesz, jacy są ludzie. Oddadzą wszystko za dreszcz wzruszenia.

— Nawet o tym nie mów.

— Okay.

Nadszedł czas, aby wrócić do pracy w radzie. Sax pojechał szukać Ann albo ukryć się przed nią — Art i Nadia nie byli pewni… Sami polecieli z powrotem na północ, do Sheffield, a potem Nadia znowu rzuciła się w wir półgodzinnych spotkań, na których roztrząsała trywialne problemy. Chociaż… niektóre sprawy były ważne. Chińczycy prosili o zgodę na zainstalowanie kolejnej windy kosmicznej w pobliżu Krateru Schiaparellego, toteż przybyło problemów związanych z imigrantami. Opracowana w Bernie umowa między ONZ i Marsem zobowiązywała mieszkańców Czerwonej Planety do corocznego przyjęcia imigrantów w ilości przynajmniej dziesięciu procent własnej populacji (Ziemia wyrażała nadzieję, że Mars przyjmie ich nawet więcej, najlepiej tak wielu, jak to możliwe), póki będą istnieć hipermaltuzjańskie warunki. Tę obietnicę wypowiedział Nirgal, który mówił bardzo entuzjastycznie (Nadia uważała, że także nierealistycznie) o tym, że Mars zamierza pomóc Ziemi rozwiązać problem przeludnienia, ofiarowując jej mieszkańcom dar w postaci pustych gruntów. Jak wielu ludzi mogła ich planeta naprawdę utrzymać, skoro tutejsi naukowcy nie potrafili nawet stworzyć górnej warstwy gleby uprawnej? Jaka w takim razie była „wydajność” Marsa?

Nikt tego nie wiedział i nie istniał żaden dobry naukowy sposób jej obliczenia. Według najbardziej radykalnych naukowców Ziemia byłaby w stanie wyżywić od stu milionów do dwustu bilionów osób; najpoważniejsi potrafili uzasadnić liczbę od dwóch do trzydziestu miliardów. Tak naprawdę „wydajność” planety stanowiła pojęcie abstrakcyjne, uwarunkowane całym układem zależnych wzajemnie zawiłości, takich jak biochemia gleby, ekologia czy ludzka kultura. Z tego też powodu niemal niemożliwe było obliczenie, jak wiele osób może przyjąć Mars. Tymczasem populacja Ziemi wynosiła już ponad piętnaście miliardów, podczas gdy na Marsie, który posiadał równie dużą powierzchnię lądów, mieszkało tysiąc razy mniej ludzi, czyli około piętnastu milionów. Różnica ta rzucała się w oczy i należało ją jakoś zniwelować.

Jeden ze sposobów polegał na masowej przeprowadzce ludności z Ziemi na Marsa, jednak szybkość przemieszczenia się imigrantów ograniczona była wydolnością systemu transportowego; Mars miał także niewielkie możliwości wchłonięcia dużej liczby nowych mieszkańców. Teraz Chińczycy i — ogólnie — ONZ upierali się, że potrafią bardzo solidnie wzmocnić infrastrukturę transportową, a pierwszym krokiem w wielostopniowym procesie intensyfikowania imigracji byłaby druga winda kosmiczna.

Większość Marsjan zareagowała na ten plan negatywnie. „Czerwoni” oczywiście sprzeciwiali się dalszej imigracji i chociaż przyznawali, że trzeba zezwolić na przylot pewnej ograniczonej liczby osób, przeciwstawili się wyraźnemu rozwojowi systemu przenośnego, choćby po to, aby spróbować jak najbardziej spowolnić proces migracyjny. Takie stanowisko pasowało do ich ogólnej filozofii i Nadia je rozumiała. Ważniejszą kwestię stanowiło nastawienie przedstawicieli „Uwolnić Marsa”, lecz nie było ono jasne. To właśnie wywodzący się z owego ugrupowania Nirgal złożył na Ziemi deklaracje stanowiące zaproszenie dla jej mieszkańców, „Uwolnić Marsa” zawsze zresztą upierało się przy zachowaniu mocnych związków z Ziemią i tak zwanej strategii ogona machającego psem. Aktualni przywódcy partii nie byli już tak oddani temu stanowisku (Jackie znajdowała się w samym środku nowej grupy), stawali się coraz większymi izolacjonistami — Nadia przypomniała sobie, że nawet podczas kongresu konstytucyjnego walczyli o większą niezależność od Ziemi. Z drugiej strony, wyraźnie łączyły ich jakieś sekretne interesy z niektórymi ziemskimi państwami… Może nawet działali dwulicowo… Prawdopodobnie chodziło im wyłącznie o ugruntowanie swojej władzy na marsjańskiej scenie politycznej.

Wielu Marsjan z innych ugrupowań również reprezentowało izolacjonizm: anarchiści, niektórzy bogdanowiści, wyznawcy matriarchatu z Dorsa Brevia, przedstawiciele „Naszego Marsa”; wszyscy oni w tej kwestii stawali po stronie „czerwonych”, martwili się bowiem, co stanie się z Marsem, jeśli przylecą tu miliony Ziemian. Nie chodziło im jedynie o powierzchnię, lecz także o marsjańską kulturę, która tworzyła się przez M-lata. Pytali, czy nie przytłoczy jej napływ starych spraw i poglądów, przywiezionych przez nowych ludzi, którzy szybko przewyższą liczebnie tubylczą populację? Na Marsie spadało tempo narodzin, było tu mnóstwo bezdzietnych i jednodzietnych rodzin, trudno więc było oczekiwać znacznego zwielokrotnienia tubylczej populacji… Wkrótce Ziemianie zaleją Marsa.