Выбрать главу

Jenny nie odpowiedziała. Stała w bezruchu, czekając, aż Michał opuści jej mieszkanie. Potem usiadła i zaczęła płakać.

* * *

W gabinecie prezesa panował półmrok. Ogromne okna zasłonięto czarnymi kotarami, a jedynym źródłem światła były rozstawione w kilku miejscach świece - dwie na ogromnym biurku po lewej, jedna na półce nad nim, trzy na odsuniętym na bok stole konferencyjnym i osiem czy dziesięć na podłodze. Te ostatnie ustawiono na obrzeżu kilkumetrowego kręgu, którego obwód wyznaczał starannie usypany piasek.

- Witaj, Loki, całe wieki minęły, od kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. - Głos, który dobiegł zewsząd, głęboki, niski, brzmiał ciepło i sympatycznie, lecz mimo to Kłamca wzdrygnął się i odruchowo sięgnął po broń.

- To nie będzie konieczne - stwierdził głos, nie kryjąc rozbawienia. - Poza tym czyżbyś zapomniał, że mnie nie tak łatwo zrobić krzywdę?

Loki nie odpowiedział. Zmrużył oczy i cicho wyszeptał zaklęcie.

I wtedy ciemność wewnątrz kręgu drgnęła. Pojawiły się lekkie zawirowania powietrza, jakie zwykle widać nad ogniskiem, a potem się postać - wysoki czarnoskóry mężczyzna.

Był nagi, jeśli nie liczyć czarnego cylindra i niezliczonej ilości namalowanych białą farbą symboli. Na ramionach miał potężnego pytona.

- I co sądzisz, stary Kłamco? - powiedział, szczerząc śnieżnobiałe zęby. - Powiedz, że nic się nie zmieniłem. Skłam dla mnie, proszę.

- Nic a nic, boże bez imienia - odparł Loki, starając się zapanować nad drżeniem głosu. - Ale w międzyczasie body painting zdążył już wyjść z mody.

Czarnoskóry odchylił głowę i roześmiał się głośno. Kłamca postanowił to mimo wszystko wykorzystać, dobywając broni i wypalając równocześnie z obu luf. Kiedy widzieli się ostatni raz, nie było jeszcze broni palnej, a moce większości dawnych bóstw, w przeciwieństwie do nich samych, nie szły z duchem czasu.

Jednak Murzyn najwyraźniej zaliczał się do mniejszości. Pociski uderzyły w niewidzialną ścianę i upadły na podłogę. Loki zaklął pod nosem.

- Ty za to jesteś teraz zupełnie inny, Kłamco. - Afrykański bóg przestał się śmiać, ale w jego oczach wciąż tańczyły iskierki rozbawienia. - Cięty dowcip i szybkie ręce… Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.

Poklepał po łbie oplatającego mu ramiona węża. Gad zsunął się na ziemię i popełzł pod biurko. Mimo że był wielki, prześliznął się zgrabnie między świecami, tylko swym ciężarem przerwał w jednym miejscu dotąd nieskazitelne koło z piasku. Loki zauważył to, ale ani myślał się ruszać. To nie był krąg ochronny - pomyślał. - Dzień, w którym czarnoskóry bóg bez imienia będzie potrzebował kręgu ochronnego przed kimkolwiek, ani chybi będzie dniem powrotu Pana aniołów.

W jednej chwili Kłamca pożałował, że wszedł do budynku sam. Powinien był wezwać pomoc. Teraz już przepadło.

- Wiesz, że mam teraz mocnych kumpli, prawda? - powiedział, obserwując Murzyna kątem oka. Więcej uwagi poświęcał pełznącemu ku niemu pytonowi. Loki wycelował w łeb gada i czekał. Nie chciał denerwować gospodarza, ale nie zamierzał też dać się udusić. - Pracuję dla samego Jedynego, który…

- …odszedł. - Czarnoskóry wzruszył ramionami. - Dawno temu… Ale to i tak mocny sojusz, Loki, brawo.

Kłamca skinął głową, cały czas patrząc na węża.

- A co u ciebie? - zapytał. - I co ty tu właściwie robisz? Myślałem, że twoje miejsce jest przy malejącej garstce twoich wiernych, w Afryce.

Murzyn opuścił krąg, podszedł do okna i odsunął zasłony.

Loki zmrużył oczy porażony światłem. Zamrugał kilkakrotnie.

- Nie jest ich wcale tak mało - powiedział czarnoskóry, zdejmując z krzesła białą koszulę. - I nigdy ich tak naprawdę nie opuściłem. A przybyłem na tę ziemię z pierwszymi statkami łowców niewolników. Potem pozwoliłem nadać sobie imię i osiadłem na jednej z pobliskich wysp, gdzie dałem początek nowemu kultowi. Nie jest źle, Loki. Ameryka to kraj wielkich możliwości. Tu nawet czarnuch może zostać baronem. Tak mnie teraz nazywają, wiesz? Baron Samedi. Utożsamiają mnie z loa Ghedi - tym maleńkim duchem i opiekunem umarłych. Bóg-Pająk, gdyby to usłyszał, pękłby chyba ze śmiechu. Poza tym z moim potencjałem…

- Wybacz, ale z czym? - zadrwił Kłamca. - Pracujesz teraz w branży komputerowej. Co ty, kurwa, wiesz o komputerach?

- A po co mam coś wiedzieć? - Baron Samedi dopiął guziki koszuli i sięgnął po spodnie. - W tym budynku pracuje dla mnie dwa i pół tysiąca informatyków. Każdy z nich po szesnaście godzin na dobę za najniższe możliwe wynagrodzenie i bez świadczeń zdrowotnych. Jedzą na stołówce, często sypiają w swoich boksach i mają pagery, by być na każde wezwanie. Czy coś ci to mówi?

- Ty skurwielu, zrobiłeś z nich swoich zombie! - syknął wściekle Loki.

- No, no, niby bóg z ciebie, a gadasz jak jakiś palant ze związków zawodowych! - Murzyn wyszczerzył równe, białe zęby. - Zombie zrobiłem z twojej załogi, pamiętasz? Tych tutaj… no faktycznie, też można tak nazwać! Ale przede wszystkim nauczyłem ich paru rzeczy o kapitalizmie.

Zdjął cylinder i położył go na biurku, a z szuflady wyjął złotego roleksa. Zerknął na niego.

- Wydaje mi się, Kłamco, że na ciebie już czas - powiedział. - Jak się postarasz, to zdążysz, zanim zacznie się przerwa obiadowa. Bo moi pracownicy są strasznie głodni, a wtedy jedzą co popadnie. Masz trzydzie… a nie, dwadzieścia dziewięć, osiem, siedem…

* * *

Jeżeli zdążę dopaść windy - myślał Loki, biegnąc - jestem uratowany.

Pędził najszybciej jak potrafił, mijając równy rząd boksów, w których pochyleni nad komputerami pracowali niewolnicy Samadiego. Według wyliczeń Kłamcy zostało mu jeszcze około ośmiu sekund i co najmniej ze sto metrów do windy. A potem jeszcze czekanie, aż przyjedzie.

Nie zdążę. Nie mam szans.

Mimo to biegł dalej.

Jakiś pracownik, który zupełnie przypadkiem wstał, by zaczerpnąć wody z automatu, na krótką chwilę zastąpił Kłamcy drogę. Ten uderzył go kolbą pistoletu i bezwładnego pchnął na bok. Nie miał czasu na uprzejme przepraszam i przepychanki w wąskim przejściu. Zostały może dwie sekundy, a drzwi do windy wciąż były daleko.

I nagle rozległ się gong. Pracownicy jak jeden wstali i ruszyli powoli w stronę schodów. Wtedy kilku z nich dostrzegło Kłamcę. Wznieśli ręce przed siebie i powłócząc nogami, ruszyli w jego stronę. Pozostali po chwili podążyli za nimi.

Loki zatrzymał się. Wiedział, że do windy już nie dobiegnie. Zombie miały znacznie bliżej i z pewnością zastąpiłyby mu drogę. Na schody też nie było sensu się pchać, bo ci z niższych pięter już pewnie po nich wchodzili. Odcięliby go z obu stron.

Wystrzelił do grubasa z plamą po musztardzie na krawacie, a zaraz potem do chudej jak tyczka, rudowłosej stażystki w koszmarnym kostiumie ze znaczkiem firmy w klapie, małą laleczką z iksami zamiast oczu. Oczywiście nie powstrzymało to pozostałych. Nadal parli do przodu, wyjąc posępnie. Padły kolejne strzały, Kłamca cofnął się kilka kroków, wiedział jednak, że długo tak nie podoła. Chwilę potem poczuł, że plecami dotyka ściany. A właściwie nie ściany, a drzwi - to, co wbijało mu się w plecy, mogło być tylko klamką! Więc jednak…

Przykucnął tak, by otworzyć drzwi łopatką i ani na chwilę nie spuszczać z oczu informatyków-zombie. Żeby tylko były otwarte - pomyślał.

I były! Loki zatoczył się do tyłu, wpadając do sali konferencyjnej. Za plecami miał teraz ciągnący się aż pod samo okno ogromny stół. Przed sobą co najmniej setkę wygłodniałych zombie i perspektywę spotkania z kolejnymi dwoma tysiącami czterystoma, bo nie sądził, aby którykolwiek z pracowników barona wziął urlop albo zwolnienie lekarskie.