Читать онлайн "Bóg marnotrawny" автора Jakub - RuLit - Страница 3

 
...
 
     


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 « »

Выбрать главу
Загрузка...

Uśmiechnął się pod nosem, wrzucił zakupy na tylne siedzenie i wskoczył za kierownicę. Ruszył z piskiem opon.

* * *

- Przyszedł raz do mnie pewien zamożny człowiek - grzmiało radio głosem jakiegoś kaznodziei. - Dumny jak paw i obnoszący się swym bogactwem. Drogi garnitur szyty na miarę, wspaniały płaszcz i pierścienie na wszystkich palcach. Każdy z was widział pewnie kiedyś kogoś takiego. Jeden z tych, co mijają żebraka na ulicy, nawet nań nie spoglądając. Wydaje im się, że są panami świata! Bogami! I ten mężczyzna, stojąc pod krzyżem Chrystusa, wyciągnął z kieszeni kopertę z datkiem. A ja go zapytałem, skąd są te pieniądze. I on odpowiedział. Mówił: Wie wielebny, jak to jest, pierwszy milion trzeba ukraść, a reszta sama przyjdzie. Tak mówił właśnie! To jego słowa! A ja spojrzałem na zafrasowane oblicze Pana Naszego i zobaczyłem łzy w jego oczach! Tak, łzy! Bo Chrystus płacze nad wami, grzesznicy! To przez was zawisł na krzyżu! Wy obłudnicy, kłamcy. Złodzieje! Mówię wam tak, jak powiedziałem temu bogaczowi: Nie minie was kara! Bo prędzej wielbłąd

Thomas westchnął ciężko i wcisnął automatyczne szukanie stacji. Nigdy nie lubił tych telewizyjnych i radiowych klechów. Handlarze fałszywych cudów, oto czym byli. Ich konta tak obrosły w zera, że liczby pewnie nie mieściłyby się już na czeku, a oni mieli jeszcze czelność nazywać innych złodziejami.

Podli oszuści!

Z głośnika popłynęły kojące dźwięki którejś z piosenek Stinga i Wawrzycki odruchowo zerknął na częstotliwość stacji. Zawsze tak robił; zwykle udawało mu się je zapamiętywać, toteż zdumiało go niezmiernie, że wybrana stacja miała tę samą częstotliwość co poprzednia. Nie znał się na tym specjalnie, ale nie trzeba geniusza, by wiedzieć, że to niemożliwe. Czyżby więc radio samo się przestroiło? A może niechcący nacisnął jakiś przycisk i to sprawiło, że przypadkowo wysłuchał kazania o kradzieży. Tylko czy aby na pewno przypadkowo? Odruchowo zerknął na walizkę. Pluszowy miś nie wystawał już z łapkami, widać było tylko główkę. Czarne paciorkowe oczka patrzyły z politowaniem…

- Przestań bredzić - Thomas skarcił się na głos. - Jesteś po prostu zmęczony. A pluszowe misie nie patrzą.

Pewnie, że nie - potwierdził głos w jego głowie. Odzywał się zawsze, gdy Wawrzycki był zdenerwowany. I zawsze brzmiał tak, jakby świetnie się bawił. - Niemożliwe również, by misie same wydostawały się z toreb i przestrajały radio. Pluszowe misie nie znają się na takich rzeczach, prawda, panie magistrze?

- Och, zamknij się! - prawie krzyknął Thomas, po czym podgłośnił radio. Ale nawet Metallica nie była w stanie zagłuszyć zdania huczącego mu w głowie:

Nie minie was kara!

* * *

Długowłosy nie wyglądał na glinę, ale też nie sprawiał wrażenia człowieka, z którym warto zadzierać. Dlatego też Harvey Stocker, dumny właściciel plakietki z napisem WITAMY NA STACJI SHELL, nie powiedział tym razem nonszalancko: To ile lać?, tylko:

- Czym możemy służyć?

Nie zażyczył sobie również pokazania odznaki czy licencji, żeby spisać numer, tylko grzecznie wyśpiewał odpowiedzi na wszystkie pytania.

- Tak, proszę pana - mówił, uśmiechając się jak uczniak, mimo że długowłosy nie mógł być od niego dużo starszy. - Tankował u nas zielony dodge, a kierowca był, o ile dobrze kojarzę, podobny do tego opisanego przez pana. Zatankował i zrobił małe zakupy. Pamiętam, bo był pierwszym klientem na mojej zmianie. O ile dobrze kojarzę, zabrakło mu drobnych. A potem pojechał dalej na zachód. To było jakieś cztery - pięć godzin temu. Tyle wiem.

Patrzył, jak długowłosy odwraca się i wychodzi, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Mimo to Harvey wcale nie czuł się urażony. Wcale a wcale. Czuł za to, że musi pilnie iść do toalety.

W tym samym momencie czterysta kilometrów dalej Thomas zastanawiał się, czy nie wyrzucić miśka za okno. Działał mu na nerwy. Co na niego zerknął, pluszak znajdował się w nieco innej pozycji, cały czas jednak wlepiał w niego te swoje czarne, szkliste oczka, a przyjacielski uśmiech nie znikał z rozdziawionego pyszczka. Poza tym po każdym postoju radio samo przestawiało się na kanał kaznodziejów, skąd grzmiały przestrogi o nadchodzącej karze.

- Słowo daję, że cię wywalę. - Wawrzycki sam nie wierzył, że rozmawia z pluszowym misiem. Naprawdę zaczęło mu odbijać… - Jeśli jeszcze raz dotkniesz mojego radia, poznasz, jak ciężkie jest życie autostopowicza.

Zaśmiał się nerwowo i zerknął na zegarek. Tak, powinien zacząć szukać jakiegoś miejsca do spania. Ale najpierw przydałoby się zamienić kilka obligacji na gotówkę. Nie miał już ani grosza.

- Myślisz, że znajdę tu jakiś bank otwarty o tej porze? - zapytał miśka, prawą ręką wyciągając spięty banderolą plik. - Ile było do najbliższego miasteczka?

Pluszak oczywiście nie odpowiedział. Kilka minut później minęli drogowskaz z informacją, że za dziesięć mil będzie Heaven.

Thomasa tak rozbawiła ta wiadomość, że śmiejąc się, na moment stracił panowanie nad kierownicą. Samochodem zarzuciło, a otwarta klapa walizki opadła z cichym PLAP. Miś, dotąd wystający z bagażu do połowy, znalazł się nagle w jego środku. I tam też na razie pozostał.

* * *

Loki, połączony autostradą umysłów z archaniołem Rafaelem, przez cały czas nastawiony był na odbiór komunikatów o położeniu zielonego dodge’a. Komunikatów pojawiających się niezwykle rzadko. Problem bowiem z Rafałem był taki, że choć obiecał pomoc, jak zwykle zajmował się milionem rzeczy naraz i nie od razu przekazywał Lokiemu wiadomości od stróżów.

Stąd też czasem należało zapytać osobiście, najlepiej ludzi, bo ci wbrew powszechnej opinii widzą więcej niż skupieni na swych podopiecznych aniołowie. Tak jak chociażby ten gość na stacji Shella.

Oczywiście wszystko byłoby prostsze, gdyby ten cały Wawrzycki czy Watt miał swojego stróża, ale opiekun jego rodziny pozostał w Polsce przekonany, że chłopak jest na tyle bystry, by nie robić głupot. Okazało się, że nie był. Okradł wszak Kłamcę. Bez znaczenia, że nie zdawał sobie z tego sprawy!

Prawą ręką Loki namacał zamek schowka na rękawiczki i otworzył go. Lśniący chromem pistolet, który włożył tam zaraz po opuszczeniu samochodowej wypożyczalni, leżał na swoim miejscu. I kusił.

- Spokojnie, stary. - Kłamca uśmiechnął się lekko. - Już niedługo będziesz miał okazję przemówić.

* * *

- No i jest - stwierdził z zadowoleniem Thomas, zatrzymując się naprzeciwko niewielkiego oddziału banku stanowego. Zaraz jednak radość ustąpiła miejsca przygnębieniu, gdy okazało się, że bank, jak przystało na szanującą się placówkę, od kilku godzin był już zamknięty.

Czego się spodziewałeś, durniu? - drwił głos w głowie. - Że znajdziesz bank otwarty o dziewiątej wieczorem?

No, gdy się zastanowić, taka myśl brzmiała niedorzecznie, ale przecież tyle się wydarzyło tego dnia rzeczy nieprawdopodobnych, że i ta wcale nie byłaby od nich gorsza. Jak to mawiają: Nie dziwi jednorożec w magicznej krainie, albo jakoś tak.

- Cóż, misiek - powiedział Wawrzycki do walizki - przyjdzie nam chyba jechać całą noc, aż się zmęczę. Ale może to i lepiej. Im dalej od Nowego Jorku, tym lżej oddychać, co?

Nagle odniósł wrażenie, jakby coś w walizce się poruszyło. Błyskawicznie podniósł klapę. Pluszak leżał rozciągnięty na obligacjach, jedną łapkę trzymając włożoną do bocznej kieszonki. Thomas zerknął do środka i pokręcił głową z niedowierzaniem - znajdował się tam plik dwudziestodolarówek. Jak na życzenie.

* * *

     

 

2011 - 2018