Читать онлайн "Bóg marnotrawny" автора Jakub - RuLit - Страница 6

 
...
 
     


2 3 4 5 6 7 8 9 10 « »

Выбрать главу
Загрузка...

Na szczęście w portfelu grubasa było parę banknotów. W sam raz na porządny obiad i bilet do Iowa.

Uniwersytet Iowa

Iowa City, USA

- Jenny Wells - wyczytał dziekan Foster i po raz kolejny tego dnia rozległy się oklaski.

W trzecim rzędzie wstała dziewczyna ubrana jak wszyscy jej koledzy i koleżanki w luźną czarną togę i taki sam biret. Ruszyła w stronę podium. Uśmiechnęła się, odbierając dyplom, i podeszła do mikrofonu.

Nie czuła tremy. Była przygotowana do tej chwili. Wszak tego, że jest się najlepszym studentem na roku, nie dowiadujesz się z dnia na dzień.

- Dziękuję gorąco wszystkim - powiedziała i zmuszona była przerwać, bo rozległy się głośne owacje wywołane przez męską część publiki.

Jenny uśmiechnęła się. Była naprawdę śliczną dziewczyną - idealna figura, budząca sympatię twarz o wyraźnych kościach policzkowych i wąskim nosie, wydatne usta. No i, najbardziej chyba niezwykłe i piękne, ciemnoniebieskie oczy ukryte za gęstymi kruczoczarnymi włosami. Nic dziwnego, że śniła o niej większość chłopców z jej szkoły. I że teraz każdy z nich klaskał jak oszalały.

- Dziękuję wszystkim za tę chwilę - podjęła, gdy ucichły oklaski i gwizdy. - Za to, że mogę stać tu przed wami w ten słoneczny dzień napełniona wiedzą, którą zdobyłam w tych murach przez lata mej edukacji. I choć wiem…

Przerwała, bo oślepił ją nagły rozbłysk światła. Na moment zmrużyła oczy, a gdy ponownie je otworzyła, nad publiką wznosił się anioł. Miał trzy pary skrzydeł, z których środkowa poruszała się lekko, utrzymując go w powietrzu, górne skierowane były w niebo na chwałę Pana, a dolne okrywały odziane w lśniącą zbroję ciało. Muskularne ręce serafina skrzyżowane były na piersi.

Jenny uśmiechnęła się lekko i ledwo zauważalnie skinęła głową. Anioł odpowiedział skinieniem.

- …choć wiem - dziewczyna podjęła przerwany wątek - że życie pełne jest niespodzianek, zostaliśmy przygotowani, by sobie z nim radzić. Dziś, stojąc tu przed wami, dziękując nauczycielom i kolegom, ich rodzicom i całemu Iowa City za ciepłe przyjęcie i gościnę, stwierdzam, pewna swych słów jak nigdy dotąd: Wierzę, że nam się uda. Z naszym zapałem i zdobytą wiedzą możemy zmieniać świat!

Ostatnie słowa wykrzyczała do mikrofonu, równocześnie ściągając z głowy biret i wyrzucając go w powietrze. Tak jak się spodziewała, podobnie zrobili wszyscy koledzy. Nareszcie ukończyli uniwersytet… Byli wolni.

Jenny raz jeszcze podziękowała dziekanowi i zeszła z podium, zerkając w stronę anioła. Ten trwał niewzruszenie mimo fruwających wokół niego studenckich nakryć głowy. Ani na moment nie odrywał od niej wzroku.

- Kaplica - szepnęła Jenny.

Skrzydlaty ponownie skinął głową i uniósł się w górę.

* * *

Uniwersytecka kaplica wciąż jeszcze pachniała nowością. Postawiono ją w lewym skrzydle, w miejsce starej biblioteki. Częściowo z powodu planowanej wizyty papieskiej, przede wszystkim zaś dlatego, że był to jedyny sposób na darmowy remont skrzydła. Kościół chętnie wyłożył pieniądze, byleby tylko zbłąkane studenckie duszyczki miały gdzie uczestniczyć w niedzielnych mszach i innych nabożeństwach.

Młodzież, jak zwykle, okazała się bandą niewdzięczników. Ponad połowa nigdy nie była w kaplicy, a spory odsetek nie wiedział nawet o jej istnieniu. Zupełnie jakby nie było nic prostszego pod słońcem niż przeoczenie dwuskrzydłowych drzwi z napisem Chrystus drogą, światłem, życiem.

Właśnie te drzwi pchnęła Jenny i cichutko wśliznęła się do środka. Minęła dwa rzędy błyszczących lakierem drewnianych ławek, przyklęknęła przed ołtarzem, po czym skręciła w lewo i weszła do konfesjonału. Nad kabiną księdza zapaliła się lampka.

- Już myślałam, że cię nie będzie - powiedziała dziewczyna, gdy w maleńkim okienku za kratkami ujrzała oszpeconą twarz archanioła Michała. - Pojawiłeś się w ostatniej chwili.

- Ale zdążyłem, prawda? Mówiłem, że zdążę. Jenny pokiwała głową.

- Jak wypadłam? - zapytała. - Wiem, że trochę przesadziłam z patosem, ale dziekan Foster lubi takie banały, a ja chciałam mu sprawić trochę przyjemności.

Archanioł odpowiedział uśmiechem. Ognisty tatuaż wokół jego oka w jednej chwili wyblakł i w słabym świetle kabiny konfesjonału stał się prawie niewidoczny.

- Wypadłaś naprawdę znakomicie - rzekł ciepło. - Byłem z ciebie dumny.

Dziewczyna przytknęła usta do kraty i ucałowała anioła w policzek.

- Nadal nie możecie kłamać, prawda? - zapytała, nie kryjąc rozbawienia.

Michał roześmiał się i wzruszył ramionami. Ścianki konfesjonału zatrzeszczały pod naporem skrzydeł.

- Co teraz będziesz robić? - zmienił temat. - Zaczniesz szukać pracy?

Dziewczyna przejechała ręką po włosach.

- Jeszcze o tym nie myślę. Jedziemy teraz z Jeffem i paroma innymi znajomymi w góry, a potem… Skrzydlaty gwałtownie odwrócił głowę. Konfesjonał ponownie zatrzeszczał.

- Jeff? Czy to ten sam, co…

- Ten sam - weszła mu w zdanie. - Ale to już przeszłość, a ja umiem sobie radzić. Nie jestem już małą dziewczynką.

Gdy byłaś dziewczynką, też umiałaś - pomyślał Michał, ale nie powiedział tego głośno. Na moment pogrążył się we wspomnieniach. Dobrze pamiętał tę chwilę, gdy spotkali się po raz pierwszy. Miała wówczas pięć lat. I na swój sposób już wtedy była dorosła.

- Proszę cię tylko, żebyś na siebie uważała - powiedział w końcu. - I wezwała mnie, gdybyś potrzebowała pomocy.

- Obiecuję. - Jenny uniosła w górę lewą rękę, prawą przykładając do piersi. - A właśnie! Wiesz, że na dyplomie mam wpisane Michael jako imię ojca? Nie mam pojęcia, skąd im się to wzięło, ale wygląda na to, że oficjalnie zostałeś moim tatą.

* * *

Dobry kwadrans siedzieli w konfesjonale, rozprawiając na różne tematy, aż Jenny przypomniała sobie, że jest umówiona. Michał odparł, że również ma mnóstwo pracy, jednak po wyjściu dziewczyny nie ruszył się z konfesjonału.

Z zamyślenia wyrwało go ciche chrząknięcie. Archanioł poruszył się gwałtownie.

W kabinie obok ktoś siedział.

- Wybacz mi, ojcze, bo chyba przyjdzie mi zgrzeszyć - powiedział kpiącym głosem. - Kim była ta ślicznotka?

Na twarz Michała wrócił ognisty tatuaż.

- Co ty tu robisz, Loki? - zapytał, mrużąc oczy. Kłamcy, który znał to spojrzenie, z miejsca przeszła ochota na żarty.

- Znalazłem demona w sąsiednim stanie - wyjaśnił. - I próbowałem się z tobą skontaktować, ale nie szło to najlepiej. I wtedy właśnie powiedzieli mi, że jesteś u Jenny. Kim ona jest?

- Dziecko, które kiedyś uratowałem z pożaru domu - wyjaśnił mrukliwie archanioł, podnosząc się niezgrabnie z siedziska. - Sierota. Trochę jej pomagam. Jej stróż zginął, a sam wiesz, jak trudno dla nich o zastępstwa.

Opuścili konfesjonał i ruszyli wzdłuż głównej ławy. Ciekawość Lokiego narastała z każdym krokiem, wreszcie nie wytrzymał.

- Zaskakujące, że nigdy wcześniej o niej nie słyszałem. I objawiasz się jej osobiście? - zapytał. - To trochę niezwykłe.

- Nie objawiam się jej, Loki. - Archanioł przystanął w pół kroku i spojrzał Kłamcy w twarz. Złość wyraźnie mu minęła. Uśmiechnął się nawet. - Ona nas widzi, rozumiesz? Wszystkich i każdego z osobna. Kiedy i jak chce. Gdzie masz tego demona?

* * *

Jeff Stockton był prawdziwym palantem. Przynajmniej w oczach większości chłopaków z uniwersytetu. Co dziwne, jeszcze do niedawna był bardzo lubiany, a palantem został dopiero pół roku przed końcem studiów, gdy zajął miejsce przy boku Jenny. I właściwie tylko z tego powodu. Bo jego właśnie wybrała, a pozostali mogli się tylko ślinić.

     

 

2011 - 2018