– O ile wiem, przyjeżdżali tu w poszukiwaniu leków, kauczuku, drewna, skarbów i zaginionych miast. Niewielu z tych wędrowców zdradza swoje sekrety. A ja o nic nie pytam.
W tym momencie Tessa bez słowa uniosła rękę i wskazała niebo. Kiedy Dieter dostrzegł ów dziwny gest i pytające miny Troutów, twarz mu skamieniała, lecz po chwili pojawił się na niej obłudny uśmiech.
– Na Tessie, jak państwo widzą, największe wrażenie zrobiła grupa poszukiwaczy nowych gatunków, która niedawno tędy wędrowała. Do przelotu nad zwartą dżunglą używali małego sterowca. Na tubylcach, a także, muszę przyznać, na mnie maszyna ta zrobiła wielkie wrażenie.
– Co to za ludzie? – spytała Gamay.
– Wiem tylko tyle, że reprezentowali jakąś firmę francuską. Wiecie przecież, jak skryci są Francuzi.
– I co się z nimi stało?
– Nie mam zielonego pojęcia. Może schwytali ich i zjedli Chulo? – Dieter zaśmiał się głośno na tę myśl. – Przypomina mi to o celu waszej wizyty. Jestem państwu bardzo wdzięczny za ostrzeżenie. Poznaliście niebezpieczeństwa, które tu czyhają. Wracajcie jak najprędzej do doktora Ramireza i podziękujecie mu za troskę o mnie.
Gamay spojrzała na niskie już słońce. Wiedziała, tak jak i Paul, że w tropikach opada ono za horyzont z prędkością gilotyny.
– Chyba już za późno, by płynąć dziś z powrotem. Jak myślisz, Paul? – zagadnęła męża.
– Nocna żegluga po tej rzece byłaby ryzykowna – odparł.
Dieter von Hoffman zmarszczył brwi, lecz widząc, że nic nie wskóra, rzekł z uśmiechem:
– W takim razie was ugoszczę. A jutro z samego rana, po dobrze przespanej nocy, wyruszycie w drogę.
Gamay słuchała go jednym uchem. Wpatrująca się w nią szeroko rozwartymi oczami Tessa ledwie dostrzegalnie kręciła głową. Paul też to zauważył.
Podziękowawszy Dieterowi za orzeźwiający napój i propozycję noclegu, oznajmili, że chcą zabrać z łodzi sprzęt. Kiedy szli w stronę rzeki, tubylcy pierzchali w popłochu jakby czując oddziaływanie jakiejś, niewidzialnej siły.
Gamay udała, że sprawdza olej w silniku.
– Zauważyłeś gesty Tessy? – spytała męża. – Ostrzegała nas.
– W jej oczach był niekłamany strach – odparł Paul.
– Co powinniśmy zrobić?
– Nie mamy wielkiego wyboru. Nie palę się do spędzenia nocy w tej kolonii karnej, ale żegluga tą rzeką po ciemku byłaby szaleństwem. Masz jakieś propozycje?
– Mam – odparła Gamay, obserwując w zapadającym zmierzchu przelatującego nad rzeką nietoperza wielkości orła. – Proponuję, żebyśmy kolejno czuwali.
9
Płynący przez turkusowe wody zatoki z tyłu miniłodzi podwodnej Austin zastanawiał się, jak filmujący wędrówkę wielorybów operator “National Geographic” zareagowałby, gdyby w kadrze pojawił mu się nagle taki obiekt. Usadowiony na zewnątrz wehikułu niczym na dodatkowym tylnym siedzeniu starego wozu sportowego widział podświetlony na niebiesko przez ekran komputera zarys głowy i ramion Joego.
– Jaka tam pogoda, kapitanie? – zatrzeszczał mu w słuchawkach telefonu podwodnego metaliczny głos Zavali.
Austin zapukał w kopułę i wskazał gestem, że wszystko w porządku.
– Stokroć lepiej jechać tu, na cycku, niż zapychać wpław – odparł.
Zavala zaśmiał się.
– Contos ucieszy się.
Kapitan “Żaboryby” promieniał z dumy, pokazując Austinowi spoczywającą na kołysce nową łódź. Eksperymentalna łódka podwodna była zdumiewająco małym i sprawnym pojazdem. Sternik siedział w suchej miniaturowej kabinie ciśnieniowej niczym kierowca wyścigowy, z nogami wsuniętymi w długi, dwu i półmetrowy kadłub. Po jej bokach znajdowały się pływaki, a z tyłu zbiorniki z powietrzem i cztery pędniki.
– A niech mnie! – Austin przeciągnął palcami po przezroczystej bańce kabiny. – Ta łódka przypomina wyglądem wielki but.
– Próbowałem wam załatwić “Czerwony Październik”, ale pływa nim Sean Connery – odparł Contos.
Austin nic na to nie odpowiedział. Nie chciał peszyć Contosa wyjaśnianiem, że wie o testach miniłódki w Kalifornii, gdzie zmontowano jej najważniejsze elementy. I że zbudowano ją na jego zlecenie dla ekipy do zadań specjalnych, a autorem projektu był Zavala. NUMA dysponowała szybszymi jednostkami, które zanurzały się głębiej, on jednak pragnął mieć pojazd przenośny, który łatwo przewieźć helikopterem i statkiem. Zaznaczył też, że musi być skromny, by nie rzucał się w oczy. Zatwierdził jego plany, ale w gotowej postaci widział go po raz pierwszy.
Zavala, świetny inżynier morski, kierował budową wielu morskich pojazdów załogowych i bezzałogowych. Wzorował się na “DeepWorkerze”, komercyjnej miniłodzi podwodnej, projektu Phila Nuytenna z Wypraw Głębokowodnych Zegrahma, firmy organizującej wycieczki podmorskie. Joe zwiększył zasięg i moc łodzi i wyposażył ją w skomplikowane funkcje badawcze. Twierdził, że za pomocą jej przyrządów można określić, z jakiej rzeki lub lodowca pochodzi dana kropla wody w oceanie.
Na cześć swojej poprzedniczki i z racji przeznaczenia łódkę nazwano “DeepSee”. Ponieważ jednak admirałowi Sandeckerowi przypominała robocze buty z cholewką, w których chodził za młodu, przylgnęła do niej nowa nazwa – “Bucior”.
Statek NUMA odpłynął z San Diego na południe, ku wodom meksykańskim, trzymając się z dala od lądu. Nieopodal Ensenady “Żaboryba” podpłynęła bliżej brzegu i niebawem, mijając po drodze kilka statków rybackich i dwa wycieczkowe, znalazła się niespełna kilometr od wejścia do zatoczki, którą Austin i Zavala obejrzeli wcześniej dokładnie z lądu. Austin przeszukał silną lornetką dzikie urwiska i przyjrzał się zapleczu wytwórni tortilli. Wszystko wyglądało jak najnormalniej. Duże tablice z obu stron laguny ostrzegały przed niebezpiecznymi podwodnymi skałami, a wejście do niej zastawione było bojami.
“Żaboryba” minęła lagunę i wpłynęła do wąskiej zatoczki. Gdy rzucano kotwicę, Zavala wsunął się do miniłodzi i po raz ostatni wszystko sprawdził. Po zamknięciu kopuły wodoszczelną kabinę napowietrzał jej własny system. Zavala ubrał się wygodnie w szorty i nową, fioletową koszulkę z tawerny Hussonga.
Austin, którego czekało zanurzenie się w wodzie, miał na sobie skafander płetwonurka i dodatkową butlę z tlenem. Wdrapawszy się na tył “Buciora”, postawił nogi w płetwach na pływakach i przypiął się pasami bezpieczeństwa. Kopułę szczelnie zamknięto. Na jego znak dźwig uniósł łódź w górę i opuścił do morza. Austin odpiął przytrzymujące liny i zasygnalizował Zavali, że może się zanurzyć. Kilka sekund potem w ławicy bąbelków zagłębili się w morzu.
Napędzane bateriami silniki ożyły z ostrym szumem i Zavala skierował swój pojazd na otwarte morze. Opłynąwszy cypel najeżony mokrymi skałami, skręcili ku wlotowi laguny. Trzymali się głębokości dziesięciu metrów i płynęli z bezpieczną szybkością pięć węzłów, korzystając z obserwacji Austina i wskazań przyrządów pokładowych. Austin trzymał głowę nisko, aby zmniejszyć opór wody. Cieszył się z tej wyprawy, zwłaszcza podobały mu się ławice barwnych ryb, pierzchających przed nimi jak konfetti gnane wiatrem.
Ich obecność świadczyła, że woda w lagunie nie zagraża żywym stworzeniom. Dobrze pamiętał, że jakieś nieznane siły uśmierciły całe stado wielkich zwierząt, wytrzymalszych i lepiej dostosowanych do morskiego środowiska niż słabowity człowiek. Wprawdzie czujniki w poszyciu łodzi automatycznie analizowały wodę wokół niej, ale zanim by się dowiedział, że warunki zagrażają życiu, mogłoby być za późno.
– Zbliżamy się do wlotu laguny. Przepłyniemy przez sam środek – poinformował Zavala. – Dużo miejsca po obu stronach. Z prawej burty lina cumownicza boi ostrzegawczej.