Выбрать главу

Austin obrócił się w prawo i dostrzegł cienką czarną linę biegnącą od powierzchni na dno.

– Widzę. Zauważyłeś coś dziwnego?

– Owszem – odparł Zavala, kiedy mijali boję. – Pod tą boją nie ma skał.

– Założę się o butelkę cuervo, że wszystkie inne ostrzeżenia też są lipne.

– Nie przyjmuję takiego zakładu. Ktoś chce odstraszyć stąd ludzi. To oczywiste. Jak ci się prowadzi tę bryczkę?

– Przeszkadza fala powrotna z laguny, ale to i tak łatwiejsze niż jazda po obwodnicy – odparł Zavala, mając na myśli autostradę, w sensie geograficznym i politycznym oddzielającą Waszyngton od reszty kraju. – Prowadzi się ją… oho!

– Co się stało?

– Sonar wykrył liczne obiekty. Całe mnóstwo. Pięćdziesiąt metrów w linii prostej.

Uśpiony dotychczasowym niezmąconym spokojem tej wyprawy, Austin wyobraził sobie czyhający na nich w zasadzce kordon podwodnych strażników.

– Nurkowie? – spytał.

– Sygnały są za słabe. Prawie żadnego ruchu.

Austin wytężył wzrok, próbując dostrzec coś poprzez niebieską wodę.

– Jaką maksymalną prędkość rozwinie “Bucior”, gdybyśmy musieli stąd wiać? – spytał przewidująco.

– Siedem węzłów. Przeznaczono go raczej do poruszania się w pionie niż w poziomie, a poza tym wiezie dodatkowo dziewięćdziesiąt parę kilo żywej wagi.

– Po powrocie zacznę się odchudzać – odparł Austin. – Płyń bardzo wolno, ale bądź gotów ruszyć z kopyta.

Niebawem w wodzie ukazało się wiele ciemnych przedmiotów, wypełniających przestrzeń pomiędzy dnem a powierzchnią laguny, tworzących jakby wielki mur.

Siatka!

– Wygląda na sieć – poinformował Austin. – Zatrzymaj się, zanim utkniemy.

“Bucior” zwolnił, zatrzymał się i zawisł w wodzie.

Austin odruchowo wtulił głowę w ramiona, bo w górze za jego plecami prześlizgnęła się opływowa sylwetka. Rekin zabawił tam tylko chwilę, ale wystarczająco długo, by Austin dostrzegł jego okrągłe białe oko i ocenił, że głodny drapieżnik ma ze dwa metry. Rekin otworzył zębatą paszczę, chwycił rzucającą się rybę i zniknął mu z oczu.

Zavala też to widział.

– W porządku, Kurt?! – zawołał.

Austin zaśmiał się.

– Tak. Spokojna głowa – odparł. – Ten bydlak nie miał ochoty na łykowatego faceta, mając pod nosem bufet z daniami rybnymi.

– Dobrze, że to mówisz, bo zaprosił na obiad kilku znajomków.

Pojawiły się następne rekiny, które po pochwyceniu zdobyczy, nie zbliżając się do łodzi podwodnej, szybko odpłynęły. Przypominało to biesiadę wyrafinowanych smakoszy, wybierających najsmaczniejsze dania a la carte. W gęstą sieć wpadły setki ryb, najprzeróżniejszych gatunków, rozmiarów i kształtów. Część z nich żyła, daremnie próbując się uwolnić i ściągając tym na siebie uwagę rekinów. Z innych pozostały tylko łby, lub szkielety.

– O tę sieć nikt nie dba – stwierdził Austin.

– Może postawiono ją dla ochrony przed takimi wścibskimi typami jak my.

– Wątpię – odparł po zastanowieniu Austin. – Sieć jest ze sztucznego włókna. Można przeciąć ją cążkami do paznokci. Brak przewodu elektrycznego, więc chyba nie ma instalacji alarmowej.

– Nie rozumiem tego.

– Zastanówmy się. Coś z tej laguny zabiło stado wielorybów. Gdyby miejscowi zobaczyli setki martwych ryb, zaczęliby zadawać pytania. Ci od tortilli nie lubią zwracać na siebie uwagi. Tak więc, żeby zapobiec wypływaniu stąd martwych ryb, założyli sieć.

– To ma sens – przyznał Zavala. – Co robimy?

– Płyniemy dalej.

Palce Zavali zatańczyły po ekranie komputera kontrolującego funkcje łodzi. Z “Buciora” wysunęły się dwa teleskopowe mechaniczne ramiona, zatrzymały się o centymetry od sieci, po czym uchwyciły ją szczypcami i rozdarły takim ruchem, jakim aktor rozsuwa kurtynę. W tej samej chwili we wszystkie strony popłynęły szczątki ryb w różnym stopniu rozkładu.

Wykonawszy zadanie, Zavala cofnął metalowe ramiona na miejsce, dodał gazu i wraz z siedzącym nadal z tyłu łodzi Austinem przez dziurę w sieci wpłynął do laguny. Dotychczasowa dziesięciometrową widzialność zmniejszyło o połowę tysiące drobin wodorostów, posiekanych po wpadnięciu do zatoki przez ostre jak brzytwa skały. Łódź zwolniła tempo do spacerowego, a Zavala poruszał się po omacku, jak niewidomy z białą laską. Wielką konstrukcję, nad którą się znaleźli, zobaczyli w ostatniej chwili. “Bucior” ponownie się zatrzymał.

– Co to jest? – spytał Zavala.

Przesączające się przez powierzchnię wody przyćmione światło oświetlało ogromną budowlę. Austin oceniał, że ma ona ze sto metrów szerokości i około dziesięciu wysokości. Jej zwężone końce przypominały duże metalowe soczewki, a wspierała się na czterech grubych metalowych nogach, umocowanych w kesonach, zagłębionych w morskim dnie.

– Wygląda jak zatopione UFO – rzekł zdziwiony Austin. – Tak czy owak przyjrzyjmy się temu bliżej.

Instruowany przez niego Zavala skierował łódź wzdłuż krawędzi budowli, najdalej, jak się dało, po czym cofnął się i opłynął ją z drugiej strony. Stanowiła idealne koło.

– Coś takiego! – zawołał. – Termometry wskazują podwyższoną temperaturę wody!

– Czuję to przez kombinezon. Ktoś podkręcił termę.

– Według przyrządów, ciepło idzie od tych słupów. A więc służą nie tylko za wsporniki, są również przewodami. Na razie nie ma niebezpieczeństwa!

– Zatrzymaj swój wehikuł, a ja zbadam to z bliska.

Miniłódź opadła lekko na dno i spoczęła na pływakach. Austin rozpiął uprząż i rozstając się z Zavalą polecił mu, by za kwadrans włączył stroboskopowe światło pozycyjne.

Podpłynął do dysku, a po chwili znalazł się nad nim. Z wyjątkiem okrągłego świetlika resztę dziwnej konstrukcji wykonano z metalu pomalowanego na zgaszony, zielony kolor, trudno dostrzegalny z powierzchni morza. Austin przez świetlik ostrożnie zajrzał do środka.

W dole dostrzegł sieć rur i maszyn. W wielkim dobrze oświetlonym pomieszczeniu kręciło się wielu ludzi w białych fartuchach. Nie znajdował odpowiedzi na pytanie, do czego służy ta aparatura i dlaczego spuszcza się z niej gorącą wodę. Odpiął od pasa wodoszczelną kamerę wideo i sfilmował scenę w dole. Zadowolony z siebie, postanowił nakręcić plan ogólny. Wzniósł się ponad dysk i wtedy kątem oka dostrzegł ruch.

Od lśniącej powierzchni wody zaczęła zjeżdżać w dół jajowata winda, którą opisał mu Zavala. Zsunęła się po szynie i zniknęła w okrągłym luku w dachu podwodnej konstrukcji tuż przy skalnej ścianie. Austin powrócił do filmowania, lecz zaraz przerwał mu to Joe.

– Szybko wracaj! Temperatura wody gwałtownie rośnie! – ostrzegł go wyraźnie naglącym tonem. – Ruszaj!

Austin zaczął młócić nogami wodę, starając się płynąć jak najszybciej. Robiło się gorąco. Pocąc się w kombinezonie, Austin poprzysiągł sobie, że już nigdy w życiu nie ugotuje langusty.

– Prędzej! – ponaglił go Zavala.

W wodnym mroku rozbłysła srebrna latarnia “Buciora”. Austin sięgnął do stroboskopowej latarki przy kamizelce wypornościowej i włączył ją. “Bucior” ruszył mu na spotkanie. Zrobiło się jeszcze goręcej. Austin chwycił się płynącej łodzi, wgramolił na jej tył i zapiął sprzączkę uprzęży. “Bucior” natychmiast zawrócił i przy akompaniamencie jazgoczących, pracujących na najwyższych obrotach silników skierował się do wylotu laguny.

– Coś jest nie tak, Kurt! – ostrzegł Zavala. – Tam w środku włączył się alarm.

Chwilę potem Austin usłyszał głośny, huk. Obejrzał się i zobaczył, że podwodna budowla wybuchła, zamieniając się w kulę ognia. W tym piekle w jednej chwili spłonęły wszystkie żywe istoty, które były w środku. Rurami w górę wystrzelił przegrzany gaz i wpadł do wytwórni tortilli, na szczęście pustej, bo była niedziela. “Bucior” miał mniej szczęścia. Pochwycony przez falę uderzeniową, wywinął kozła.