Znów strzelił palcami, na co jego goryle podnieśli się od stolików i ruszyli w ich stronę. Austin poczuł się jak lis przechytrzony przez myśliwych.
W tym momencie, wydając przeraźliwe dźwięki z rury wydechowej, pod restaurację zajechała poobijana żółta taksówka, staroświecki checker. Szofer, który wyskoczył z niej, nosił srebrne lustrzane okulary i – jeśli nie liczyć powalanej sportowej bluzy w prążki, narzuconej na koszulkę z tawerny Hussonga – podejrzanie przypominał Joego Zavalę.
Joe stanął na chodniku i z silnym meksykańskim akcentem zawołał po angielsku:
– Czy ktoś tu wzywał taksówkę?
Jeden z brysiów Enrica podszedł do niego i warknął coś po hiszpańsku.
– Szukam Amerykanina – zawołał na cały głos Zavala, patrząc ponad ramieniem zbira. – Sierżanta Alvina Yorka.
Dla podkreślenia, że nie żartuje, bandzior położył mu dłoń na piersi.
– No dobra, dobra! Przeklęci gringos! – zaklął Zavala, a potem dumnym krokiem wrócił do taksówki i odjechał, ciągnąc za sobą granatową chmurę spalin.
Goryl odwrócił się i zaśmiał.
Austin odetchnął z ulgą. Przesunął wzrokiem po niskich dachach okolicznych domów i uśmiechnął się.
Zavala przekazał mu wiadomość, wprawdzie niezbyt subtelnie, za to skutecznie. Sierżant York był strzelcem wyborowym z Kentucky, którego za wzięcie do niewoli niemieckich żołnierzy w czasie I wojny światowej odznaczono Medalem Honorowym Kongresu.
– Zabawny typek, no nie, panie Austin?
– Bardzo.
– No cóż. Muszę iść. Adios. Niestety więcej się nie spotkamy.
– Chwileczkę.
Pedralez spojrzał na Austina z takim rozdrażnieniem, jakby był on paprochem na jego koszuli.
– Na pana miejscu pozostałbym tutaj. Trzyma pana na celowniku snajper. Jeden nierozważny ruch, a pańska głowa rozpryśnie się jak melon. Nie wierzy pan, to proszę spojrzeć na ten dach. I na tamten.
Pedralez obrócił głowę i przyjrzał się niskim dachom. Rozmieszczeni w trzech różnych miejscach snajperzy wcale się nie kryli. Usiadł.
– Widzę, że nie do końca zawierza pan losowi. Czego pan chce? – spytał.
– Chcę wiedzieć, kto jest właścicielem wytwórni tortilli na Baja.
– Oczywiście ja. Przynosi naprawdę duże zyski.
– A co z podwodnym laboratorium w zatoce? Co pan o nim wie?
– Jestem bardzo zajętym człowiekiem, panie Austin, więc powiem panu, co wiem, i pożegnamy się. Dwa lata temu ktoś złożył mi propozycję. Prawnik z San Diego. Pewni ludzie chcieli wybudować fabrykę. Finansowali jej wzniesienie, a ja miałem czerpać zyski. Pod pewnymi warunkami. Wytwórnia musiała stanąć na odludziu i koniecznie nad wodą.
– Chcę wiedzieć, co zbudowano w tej wodzie.
– Nie mam pojęcia. Przypłynął duży statek. Ze strażnikami. Wwieźli coś do zatoki i zatopili tam. Połączyli to z fabryką. Był duży ruch. A ja o nic nie pytałem.
– Co pan wie o tej eksplozji?
Pedralez wzruszył ramionami.
– Ktoś zadzwonił do mnie potem i powiedział, żebym się nie martwił. Wyrównają mi straty. Nic więcej nie wiem. A policji to nie obchodzi.
– Jak nazywał się prawnik, który załatwił tę transakcję?
– Francis Xavier Hanley. Naprawdę muszę iść. Powiedziałem panu wszystko, co mi wiadomo.
– Tak, wiem, jest pan bardzo zajętym człowiekiem.
Pedralez dał znak ręką. Jego obstawa podniosła się od stolików i, stanąwszy w dwuszeregu, utworzyła korytarz wiodący na chodnik. Chwilę później jak spod ziemi wyrósł mercedes. Goryle wsiedli do dwóch jadących z przodu i z tyłu jeepów cherokee.
– Panie Pedralez! – zawołał Austin. – Umowa jest umową. Zapomniał pan pistoletów.
Meksykanin odpowiedział mu niewesołym uśmiechem.
– Niech pan je zatrzyma – odparł i dorzucił kilka słów.
Usiadł na tylnym siedzeniu mercedesa, zatrzasnął drzwiczki i błyskawicznie odjechał. Do spoconego, nie tylko z gorąca, Austina podjechała zdezelowana taksówka i zatrąbiła.
Kurt wszedł do środka i zdumiony rozejrzał się po jej wnętrzu.
– Skąd wytrzasnąłeś tę kolaskę? – spytał.
– Czekała na mnie dzięki uprzejmości agenta Gomeza. Z rozgrzanym silnikiem i sprzętem radiowym, przez który zawiadomiłem naszych przyjaciół, gdzie jesteś. Z żalem się z nią rozstanę. Czy mister Pedralez coś ci powiedział?
– Owszem. – Austin podniósł w górę futerał z pistoletami. – Poradził mi, żebym następnym razem, kiedy zjawię się w Tijuanie, nie zapomniał ich naładować.
14
Krajobraz swym pięknem wzbudzał tak nabożny podziw, że Trout o mało nie zapomniał, w jakich są opałach. Siedział na skalnej półce sześć metrów nad jeziorem i próbował ogarnąć całą panoramę, kręcąc tam i z powrotem głową. Żeby dojrzeć wierzchołek wodospadu, musiał mocno wyginać szyję. Nad pięcioma wielkimi kaskadami widniały łuki licznych tęcz powstałych w wyniku załamania promieni słonecznych w wodnej mgiełce. Rzeka huczała jak setki lokomotyw, jadących pełną parą w oddali. Trout nie był człowiekiem religijnym, ale uznał, że coś takiego stworzyć mogła tylko Ręka Boga.
– Co robisz? – spytała, ziewając, Gamay, leżąca obok w cieniu drzewa.
– Myślę, że to wymarzone miejsce na hotel – odparł.
– E tam! – Usiadła i otarła pot z twarzy. – Musiałby być klimatyzowany.
Przed godziną spadł krótki deszcz, a potem słońce znów zaczęło prażyć. Ich półkę ocieniały krzaki i drzewa, więc ucięli sobie drzemkę, ale od nasyconej wilgocią duchoty nie było ucieczki. Paul obudził się pierwszy.
– Przyniosę ci trochę wody – zaproponował.
Zszedł nad jezioro i nabrał wody do zwiniętego liścia palmowego. Zanim doniósł ją do żony próbującej oczyścić potargane włosy ze źdźbeł trawy, połowa się wylała. Gamay napiła się łapczywie, z oczami przymkniętymi z rozkoszy.
– Dziękuję – powiedziała z uśmiechem, oddając mu resztę. – Odświeżyłam się. Chyba nie masz nic przeciw temu, żebym się wykąpała w naszym wodopoju.
Zeszła nad jezioro, zanurzyła się i przepłynęła kilka metrów.
Paul już zamierzał do niej dołączyć, gdy nagle zauważył jakiś ruch przy ujściu rzeki. Zawołał do Gamay, ale łoskot wodospadu zagłuszył jego ostrzeżenie. Pospiesznie zbiegł na dół i skoczył do wody. Podpłynął do unoszącej się spokojnie na plecach żony i chwycił ją za koszulkę.
Zaskoczona, roześmiała się.
– Ej, nie czas na zbytki – powiedziała.
– Ciii! – uciszył ją. – Wracaj na brzeg. Prędko!
Na tak oczywiste ponaglenie bez słowa popłynęła do brzegu. Chciała wdrapać się na skalną półkę, ale Paul pociągnął ją w krzaki, przyłożył palec do ust i wskazał na jezioro.
Spojrzała ostrożnie przez liście i zamarła z przerażenia. Chulo! Cztery pirogi gęsiego wypływały z rzeki na jezioro. W każdej było trzech Indian. Dwóch wiosłowało, trzeci zaś trzymał w rękach strzelbę, a na kolanach łuk. Wyraźnie zmierzali do określonego celu, nie mając pojęcia, że są obserwowani.
Przepłynęli o kilka metrów od kryjówki Troutów, tak blisko, że było widać krople potu na ich napiętych mięśniach. Sunęli w milczeniu przez jezioro, aż wreszcie zniknęli we mgle.
– Teraz wiemy, dlaczego nazywają ich Ludźmi Mgły – powiedziała Gamay.
Paul wstał ostrożnie i upewnił się, czy żaden z nich nie pozostał w tyle.
– Alarm odwołany – oznajmił. – Trzeba pomyśleć, jak się stąd wydostać. Ocaliłem scyzoryk. Z gałęzi i lian moglibyśmy sklecić tratwę i popłynąć nią.
– Mam lepszy pomysł – odparła Gamay, wpatrując się w mgłę.