- To znaczy, przypuszcza pani, że Ferrals zabierze go na wieś?
- Ja nie przypuszczam, ja to wiem! Nie chce się z nim rozstawać, a ponieważ po ślubie cywilnym będzie przyjęcie, włożę suknię w kolorze księżycowym z Błękitną Gwiazdą jako jedyną ozdobą. To proste!
- Naprawdę? Tak pani uważa? Ależ, moje naiwne dziecko, zaledwie pani zniknie, a wraz z panią szafir, Ferrals natychmiast zażąda anulowania związku i pani ojciec nie zobaczy ani jednego centyma!
- Wręcz przeciwnie! Załatwimy to tak, żeby wyglądało na porwanie dla okupu. Podrzucimy odpowiedni bilecik. Będą mnie szukać, a ponieważ nie uda im się mnie znaleźć, pomyślą, że porywacze mnie zabili. Wszyscy będą zrozpaczeni, z sir Erykiem na czele. A my w tym czasie będziemy szczęśliwi - podsumowała Anielka z niewinnym uśmiechem. - Co pan sądzi o moim pomyśle?
Morosini, otrząsnąwszy się ze zdziwienia, nie mógł powstrzymać śmiechu.
- Sądzę, że czyta pani zbyt wiele romansów lub ma bujną wyobraźnię, albo jedno i drugie! Nisko pani ocenia inteligencję innych. Ferrals to potężny człowiek, zaledwie porwałbym panią na moim rączym ogierze, mielibyśmy na plecach policję całego kraju. Granice i bramy będą strzeżone...
- Na pewno nie! W liście, który zostawimy, napiszemy, że w przypadku, gdyby zawiadomiono policję, zostanę zamordowana.
- Ma pani odpowiedź na wszystko... lub prawie wszystko! Zapomina pani tylko o jednej rzeczy: o sobie samej!
Anielka spojrzała na niego ze zdziwieniem, nie rozumiejąc sensu jego słów.
- Co chce pan przez to powiedzieć?
- Że jest pani jedną z najpiękniejszych kobiet w Europie i że kiedy zostanie pani księżną Morosini, znajdzie się na piedestale, przed którym chylić głowę będzie cała Wenecja. Pani sława przekroczy granice i szybko dotrze do uszu nieutulonej w żalu rodziny. Wtedy szybko zostaniemy odnalezieni i adieu szczęśliwe chwile!
- Czy byłoby bezpieczniej, gdybym wyjechała z panem dziś wieczór? Niech mi pan wierzy, nie ma się czego bać! A nawet jeśli chce pan mieć dowód, zostanę pańską kochanką przed ślubem! Jutro... kiedy pan zechce, będę należeć do pana.
Aldo poczuł, że bardzo pragnie jej usłuchać, wziąć ją w tej grocie lub w miniaturowym, dziewiczym lasku. Na szczęście rozsądek powrócił. Myśl, że któregoś dnia będzie należeć do niego, była upajająca.
- Nie, Anielko. Nie, dopóki między nami będzie Ferrals. Możemy należeć do siebie tylko w blasku dnia, a nie ukradkiem. A co do pani wyjazdu, wolałbym, żeby pani porzuciła pomysł z nieuczciwym okupem. Nie mogę się na to zgodzić.
- A czyż nie byłby to jedyny sposób, by odwrócić podejrzenia od pana?
- Musi być inny sposób. Niech mi pani da czas do zastanowienia i spotkajmy się wkrótce. Teraz powinniśmy się rozstać. Pani Wanda już pewnie pochłonęła całe góry gofrów...
- W jaki sposób można się z panem umówić na następne rendez-vous!
- Mieszkam u waszej sąsiadki, markizy de Sommieres, która jest moją ciotką. Niech pani wsunie wiadomość do jej skrzynki na listy, a spotkamy się, gdzie pani zechce.
Aldo podkreślił swoje zapewnienie lekkim całusem w czubek nosa dziewczyny, po czym odsunął ją łagodnie.
- Z wielkim żalem muszę zwrócić ci wolność, mój ty rajski ptaku!
- Już?
- Niestety! Podzielam pani zdanie: zawsze będzie za wcześnie opuścić panią!
Aldo zamilkł, mając dziwne i niemiłe wrażenie, że dostał mata. Ona miała rację. Niedorzeczność jej projektu zmusiła go, żeby został adwokatem diabła, lecz to, co właśnie zaproponował pod wpływem gwałtownego uczucia, było w równej mierze nieroztropne. Z drugiej strony, czyż nie warto było dla niej podjąć największego ryzyka, dla tego wyjątkowego stworzenia, które przyszło do niego ze słowami miłości? Pomyślał, że zachował się jak ostrożny Józef wobec młodej i ślicznej żony Putyfara. Jednym słowem uznał, że jest śmieszny. Nie mówiąc już o tym, iż w tym upajającym planie - przynajmniej z pozoru - tkwiło być może rozwiązanie jego problemu: odnaleźć szafir dla Szymona Aronowa, a potem, ruszyć na poszukiwanie pozostałych kamieni.
Wstał, ujął dziewczynę za dłonie, pomógł podnieść się jej z ławki, a potem czule objął.
- Masz rację, Anielko, jestem nierozsądny! Jeśli zgodzi się pani żyć w ukryciu przez jakiś czas, być może nasz plan się powiedzie.
- Zgodzę się na wszystko, aby być przy panu - westchnęła, opierając swój mały toczek na szyi Alda.
- Niech mi pani da dwa, trzy dni do namysłu. Niech pani będzie pewna, że dla pani uczynię wszystko... ale czy jest pani pewna, że nie będzie żałować? Zrezygnuje pani z królewskiego życia...
- I stanę się księżną? To prawie to samo...
- Gdyby miała pani się wycofać w ostatniej chwili, wyrządziłaby mi pani wielką krzywdę - rzekł, nagle poważniejąc, lecz ona stanęła na palcach i przycisnęła swe usta do ust Morosiniego.
Kiedy oddalał się z uśmiechem i z ręką na sercu, Anielka krzyknęła: -Aldo!
- Co, Anielko?
- Jeśli pana nie będzie w dniu ślubu, jeśli będę musiała poddać się woli sir Eryka, już nigdy pana nie zobaczę! - rzekła z powagą, która go uderzyła. - Bo jeśli pan nie dotrzyma słowa, to będzie oznaczało, że mnie pan nie kocha. Wtedy pana znienawidzę...
Aldo zastygł na chwilę w bezruchu, jakby chciał wyryć w pamięci obraz dziewczyny, po czym bez słowa ukłonił się i odszedł.
Wracając na ulicę Alfreda de Figny, starał się uporządkować myśli, ale jego niepokój narastał. Jeszcze czuł świeży zapach Anielki, czuł pieszczotę jej ust. Nie miał żadnych wątpliwości co do swoich uczuć. Był gotów ryzykować wszystko dla tego dziecka, popełnić największe szaleństwo, aby tylko mocją uwielbiać. A jednak, czuł, że dopiero wtedy będzie naprawdę wolny, kiedy spełni zadanie powierzone mu przez Szymona Aronowa.
Gdybym nie był umówiony wieczorem z Vidal-Pellicorne'em, natychmiast bym do niego pojechał! Muszę uzgodnić z nim sprawy. Aby zrealizować ten plan, nie wywołując kataklizmu, musi nas być dwóch! - pomyślał.
Pani de Sommieres przebywała w towarzystwie Marii Andżeliny. Markiza piła szampana w zimowym ogrodzie, słuchając z roztargnieniem damy do towarzystwa czytającej wspaniałe zdania Marcela Prousta, które wystawiają cierpliwość czytelnika na próbę, gdyż ciągną się przez kilka stron.
- No, dobrze, że już jesteś! - rzuciła z ulgą. - Zdaje mi się, że nie widziałam cię całe wieki. Mam nadzieję, że zjesz z nami kolację?
- Niestety nie, ciociu Amelio - odparł, całując jej piękną, pomarszczoną dłoń.
- Jestem umówiony z przyjacielem...
- Znowu? Chciałabym jednak, abyś mi opowiedział o spotkaniu z tym nieszczęsnym Ferralsem. A napijesz się ze mną szampana?
- Nie, dziękuję. Przyszedłem tylko, aby cię ucałować. Teraz muszę się przebrać.
- Trudno. Powiedz Cyprianowi, by ci przygotował ten straszny pojazd na benzynę, który smrodzi i nigdy nie dorówna wspaniałemu irlandzkiemu zaprzęgowi.
- Przykro mi, że nie skorzystam z twojej dobroci, ale to niepotrzebne. Mój przyjaciel mieszka w tej dzielnicy, przy ulicy Jouffroy. Udam się do niego pieszo przez park.
- Jak chcesz, ale jeśli nie wrócisz zbyt późno, przyjdź do mnie na pogawędkę. Mario Andżelino, zostaw już boskiego Marcela i powiedz, aby podawano niezwłocznie. Jestem trochę głodna, a nie chciałabym długo siedzieć przy stole.
Posiłek markizy dobiegł końca, kiedy Morosini wyszedł z domu i dotarł do alei van Dycka, mijając pałac sir Ferral-sa, w którym, jak zwykle, okna błyszczały tysiącem świateł. Posłał w myślach pocałunek damie swego serca i zanurzył się w zaroślach parku Monceau, ciesząc się z góry na nocny spacer, tak drogi wszystkim zakochanym.