Выбрать главу

w

niego

i

wstrząsnąć

nim…

i

była

zaskoczona,

że

opierał

się

tak

długo.

Spojrzała prosto na Geoffry’ego Corda. Cord spojrzał prosto na nią i wrzasnął.

Pod wpływem krzyku coś pękło. Przedtem myślała w Babel-17 i wybierała w nim angielskie słowa. Teraz znów myślała po angielsku.

Geoffry Cord gwałtownie rzucał głową na boki, jego czarne włosy podrygiwały, przewrócił stół i biegł, oszalały, w jej stronę. Zatruty nóż, który dotąd widziała tylko w myślach, tkwił w jego dłoni, wycelowany w jej brzuch.

Odskoczyła, próbowała kopnąć go w nadgarstek, gdy wskakiwał na podest, ale trafiła w twarz. Upadł na plecy i potoczył się po podłodze.

Złoto, srebro, bursztyn. Mosiądz nadbiegał z boku. Srebrnowłosy Tarik nadchodził z drugiej strony, jego płaszcz wydął się. A Rzeźnik był już przy niej, między nią a Cordem, który usiłował wstać.

— Co to znaczy? — spytał Tarik.

Cord klęczał na jednym kolanie, z nożem nadal uniesionym. Wodził czarnym oczami od wylotu lufy wibropistoletu do wylotu lufy wibropistoletu, potem spojrzał na obnażone kły Mosiądza. Zastygł.

— Nie lubię, jak ktoś atakuje moich gości.

— Ten nóż był przeznaczony dla ciebie, Tarik — wydyszała. — Sprawdź zapisy w osobofiksie „Jebel”. Miał zamiar cię zabić, a potem podporządkować hipnotycznie Rzeźnika i przejąć „Jebel”.

— Och — odparł Tarik. — Więc to tak. — Zwrócił się do Rzeźnika. — Najwyższy czas był, prawda? Co pół roku się jakiś pojawia. Jestem pani bardzo wdzięczny, pani kapitan.

Rzeźnik podszedł i wyjął nóż z dłoni Corda, który wyglądał, jakby jego ciało zastygło, a oczy nadal tańczyły. Jedynym odgłosem przerywającym ciszę był jego oddech. Rzeźnik trzymał nóż tuż przy ostrzu i uważnie go oglądał. Samo ostrze w tych ciężkich dłoniach wyglądało jak zdobiona stal. Dwudziestocentymetrowa kościana rękojeść była żłobiona i barwiona sokiem z orzechów.

Rzeźnik złapał Corda drugą ręką za czarne włosy, po czym, niezbyt szybko, wepchnął rękojeść noża w jego prawe oko aż po ostrze.

Krzyk przeszedł w bulgot. Młócące powietrze ręce, które próbowały dosięgnąć ramion Rzeźnika, opadły. Siedzący najbliżej wstali.

Serce Rydry uderzyło dwukrotnie tak mocno, że o mało nie wyskoczyło jej z piersi.

— Ale nawet nie sprawdziłeś… A gdybym się myliła… Może chodziło o coś więcej…

Jej język wił się w bezsensownym sprzeciwie, miała wrażenie, że jej serce przestaje bić.

Rzeźnik, z obiema rękami we krwi, obrzucił ją chłodnym spojrzeniem.

— Rzucił się z nożem na „Jebel”, na Tarika i damę. Umrze. Prawą pięścią bezgłośnie tarł o wnętrze lewej dłoni, pokryte czerwonym smarem.

— Panno Wong — odezwał się Tarik — to, co zobaczyłem, pozwoliło mi bez większych wątpliwości wnioskować, że Cord był niebezpieczny. Przydała się nam pani. Jestem wysoce zobowiązany. Mam nadzieję, że podróż do Smoczego Języka przebiegnie pomyślnie. Rzeźnik właśnie poinformował mnie, że życzy sobie pani, by tam się udać.

— Dziękuję, ale… — Jej serce znów biło mocno. Usiłowała sformułować jakieś wyrażenie, które można by zawiesić na tym „ale”; tkwiło niezdecydowane w jej ustach. Poczuła mdłości, rzuciła się do przodu, na wpół ślepa. Rzeźnik chwycił ją zakrwawionymi rękami.

Znów okrągłe, ciepłe, błękitne pomieszczenie. Była tu sama i przynajmniej mogła myśleć o tym, co się stało we wspólnej sali. Było to coś zupełnie innego niż to, co wielokrotnie próbowała opisać Mocky’emu; coś, przy czym Mocky tak się upierał: telepatia. Najwyraźniej jednak telepatia stanowiła połączenie starej umiejętności z nowym sposobem myślenia. Była bramą do światów postrzegania, działania. Dlaczego więc Rydra miała wrażenie, że jest chora? Przypomniała sobie, jak czas zwalniał, gdy pracowała w Babel-17; jak przyspieszały jej procesy myślowe. Jeśli jej funkcje fizjologiczne również ulegały przyspieszeniu, ciało mogło nie wytrzymać takiego obciążenia.

Taśmy znalezione na pokładzie „Rimbauda” dostarczyły jej informacji o miejscu, w którym wydarzy się kolejny akt „sabotażu”: Kwatera Główna Sojuszu. Chciała tam dotrzeć, przekazać im ten język, słownik i gramatykę, i wycofać się. Była nieomal gotowa, by przekazać komuś poszukiwania tajemniczych użytkowników tego języka. Jednak nie, niezupełnie, pozostawało coś jeszcze, coś, co miała usłyszeć, powiedzieć…

Czuła mdłości, spadała, chwyciła zakrwawione palce Rzeźnika, obudziła się, wzdrygając. Bezosobowa brutalność Rzeźnika, linearnie wykuta przez coś, czego Rydra nie znała, była, co przerażające, nadal ludzka. Nawet z zakrwawionymi dłońmi był bardziej bezpieczny niż precyzja lingwistycznie ulepszonego świata. Co można powiedzieć komuś, kto nie zna pojęcia „ja”? Co on mógł jej powiedzieć? Okrucieństwo i życzliwość Tarika istniały w wyartykułowanych granicach cywilizacji. Ale to krwawe bestialstwo — fascynowało ją!

4.

Wstała z hamaka, tym razem rozpinając bandaże. Czuła się lepiej już od godziny, ale wolała leżeć i rozmyślać. Rampa otworzyła się i opadła do jej stóp.

Ściana izby chorych zestaliła się za nią; Rydra zatrzymała się w korytarzu. Powietrze pulsowało jak oddech. Półprzejrzyste spodnie ocierały o górne części jej nagich stóp. Dekolt czarnej jedwabnej bluzki opadał jej luźno na ramiona.

Odpoczywała tak długo, że na pokładzie „Jebel” od dawna panowała pora nocna. W okresie wzmożonej aktywności załoga sypiała krótko, ale kiedy po prostu przemieszczali się z miejsca na miejsce, w niektórych porach spali prawie wszyscy.

Zamiast udać się w stronę wspólnej sali, Rydra skręciła w jakiś nieznany jej pochyły tunel. Z podłogi sączyło się białe światło, które po jakichś piętnastu metrach przybierało bursztynową barwę, a następnie przechodziło w pomarańcz — zatrzymała się i spojrzała na swoje dłonie w pomarańczowym świetle — a po kolejnych dziesięciu metrach świeciło na czerwono. A dalej: błękit.

Wokół niej otworzyła się przestrzeń, ściany cofnęły się, a sufit uniósł tak wysoko w ciemność, że stał się niewidoczny. Powietrze mrugało i połyskiwało od iluzji, jakie powstawały pod powiekami wskutek zmian w kolorze. Bezcielesna mgiełka, nieprzywykły wzrok: musiała się obrócić, żeby się zorientować, gdzie jest.

Na tle czerwonego wejścia do sali widać było sylwetkę mężczyzny.

— Rzeźnik?

Podszedł do niej. W błękitnym świetle nie było widać jego rysów, gdy się zbliżał. Zatrzymał się i skinął głową.

— Pomyślałam, że skoro czuję się lepiej, to trochę się przejdę — wyjaśniła. — Co to za część statku?

— Kwatera bezcielesnych.

— Mogłam się domyślić. — Zbliżyli się jeszcze o krok. — Ty też sobie spacerujesz?

Potrząsnął ciężką głową.

— Obcy statek przelatuje obok „Jebel” i Tarik chce znać jego wektory czuciowe.

— Statek Sojuszu czy Najeźdźców?

Rzeźnik wzruszył ramionami.

— Wiadomo tylko, że to nie ludzki statek.

Siedem galaktyk, zbadanych dzięki podróżom międzygwiezdnym, zamieszkiwało dziewięć ras. Trzy z nich zjednoczyły się w ramach Sojuszu. Cztery wzięły stronę Najeźdźców. Dwie zachowały neutralność.

Dotarli tak daleko w głąb sektora bezcielesnych, że wszystko wydawało się niematerialne. Ściany były wykonane z błękitnej mgły, bez kątów. Trzeszczące echa energii transferu prezentowały się jako odległe błyskawice, a oczy Rydry były pełne częściowo zapomnianych zjaw, które zawsze przechodziły chwilę wcześniej, a mimo to nigdy nie były obecne w teraźniejszości.