Выбрать главу

Çiribiański statek płynął po ekranie jak kulka z pierza.

— Może powinnam wyjaśnić to tak: mamy dziewięć przemierzających galaktyki ras, z których każda jest tak często spotykana jak nasza, każda równie rozwinięta pod względem technicznym, każda ma równie skomplikowaną gospodarkę; siedem z nich toczy tę samą wojnę co my, a mimo to trudno nam spotkać ich przedstawicieli; trafiamy na siebie tak rzadko, że nawet tak doświadczony podróżnik kosmiczny jak Tarik ma problem z rozpoznaniem ich statku, kiedy na niego trafia. Zastanawiałeś się kiedyś dlaczego?

— Dlaczego?

— Bo wskaźniki zgodności w komunikacji są niewiarygodnie niskie. Weźmy na przykład Çiribian, którzy mają wiedzę na tyle szeroką, że żeglują od gwiazdy do gwiazdy swoimi statkami przypominającymi jajko w koszulce z trzema żółtkami: nie mają słowa oznaczającego „dom” ani „mieszkanie”. „Musimy chronić nasze domy i nasze rodziny”: kiedy przygotowywaliśmy traktat między Çiribianami a nami przed Trybunałem Planet Zewnętrznych, przetłumaczenie tego zdania na çiribiański trwało czterdzieści pięć minut. Ich cała kultura opiera się na cieple i zmianach temperatur. Mamy szczęście, że wiedzą, co to jest „rodzina”, bo są jedyną rasą poza ludźmi, która zna to pojęcie. W przypadku słowa „dom” skończyło się na opisie: „wydzielone miejsce zapewniające różnicę temperatur w stosunku do środowiska zewnętrznego, rzędu tylu i tylu stopni, w celu utrzymania temperatury komfortu dla istot stałocieplnych o temperaturze ciała trzydzieści sześć przecinek sześć; to wydzielone miejsce ponadto jest w stanie obniżyć temperaturę podczas pory ciepłej i podnieść ją w czasie pory zimnej; zapewnia także możliwość składowania materii organicznej, która wymaga przechowywania w chłodnym miejscu, jak również podgrzewania tej materii powyżej temperatury wrzenia w celu zaspokojenia zmysłu smaku rdzennych mieszkańców, którzy z powodu zwyczajów pielęgnowanych od milionów lat stale dążyli do stworzenia takiego urządzenia do zmieniania temperatury…”, i tak dalej, i tym podobne. I na końcu mieli jakieś pojęcie, co to jest dom i dlaczego należy go chronić. Gdyby zaś pokazać im schemat systemu klimatyzacyjnego i centralnego ogrzewania, sprawy szybko ruszyłyby z miejsca. Wyobraź sobie, że jest tam wielka instalacja do przetwarzania energii słonecznej, która zaopatruje Trybunał w energię elektryczną. Komponenty służące do wzmacniania i redukcji ciepła zajmują powierzchnię większą niż „Jebel”. Jeden Çiribianin może obejrzeć szybko tę instalację i opisać ją innemu Çiribianinowi, który nigdy jej nie widział, tak że ten drugi zbuduje idealną kopię, identyczną nawet pod względem koloru, na jaki pomalowano ściany — i coś takiego w rzeczywistości się wydarzyło, bo myśleli, że zrobiliśmy coś pomysłowego z jednym z obwodów i chcieli sami to wypróbować — wszystko, gdzie jest umieszczony każdy element, jakich jest rozmiarów, krótko mówiąc, pełen opis instalacji w dziewięciu słowach. Dziewięciu krótkich słowach.

Rzeźnik potrząsnął głową.

— Nie. System przetwarzania energii jest zbyt skomplikowany. Te ręce taki rozmontowały, całkiem niedawno. Za duży. Nie…

— Tak, Rzeźniku, w dziewięciu słowach. W angielskim wymagałoby to kilku tomów wypełnionych schematami, projektami elektrycznymi i architektonicznymi. Oni mają na to dziewięć właściwych słów. My nie.

— Niemożliwe.

— To też. — Wskazała çiribiański statek. — A jednak jest tu i leci. — Patrzyła, jak mózg, tak inteligentny, choć uszkodzony, pracuje. — Znając właściwe słowa, możesz zaoszczędzić mnóstwo czasu i ułatwić sobie życie.

— Co to jest „ja”? — spytał po chwili.

Uśmiechnęła się.

— Przede wszystkim to coś bardzo ważnego. O wiele ważniejszego niż wszystko inne. Mózg może pozwolić różnym rzeczom zejść na psy, jeśli tylko „ja” pozostanie przy życiu. A dzieje się tak dlatego, że mózg jest częścią „ja”. Posłuchaj. Książka jest, statek jest, Tarik jest, kosmos jest, ale, jak pewnie już zauważyłeś, ja jestem.

Rzeźnik skinął głową.

— Tak. Ale co ja jestem?

Bulaj zasnuła mgła, przysłaniając gwiazdy i çiribiański statek.

— Na to pytanie tylko ty możesz odpowiedzieć.

— Ty też ważne — zastanawiał się — bo mózg posłuchał, że tak jest.

— Doskonale!

Nagle położył jej rękę na policzku. Kogucia ostroga dotknęła lekko jej dolnej wargi.

— Ty i ja — powiedział. Przysunął twarz bliżej jej twarzy. — Nikogo innego tu nie ma. Ale kto jest kto?

Skinęła głową; jej policzek przesunął się pod jego palcami.

— Zaczynasz rozumieć. — Miał chłodną pierś, lecz ciepłą dłoń. Położyła na niej swoją. — Czasem mnie przerażasz.

— Ja i mnie — powiedział Rzeźnik. — To różnica gramatyczna, tak? Mózg to już wymyślił. Dlaczego czasem cię przerażasz?

— Przerażam. Poprawka gramatyczna. Przerażasz mnie, bo obrabowujesz banki i wbijasz ludziom noże w gałkę oczną, Rzeźniku.

— Tak? — Nie był już zdziwiony. — Tak, tak, prawda. Zapomniałaś.

— Nie zapomniałam — odparła Rydra.

— Dlaczego to przeraża ja?… Poprawka, mnie. To też słyszał.

— Bo jest to coś, czego nigdy nie robiłam, nigdy nie chciałam robić, nigdy nie mogłam robić. I lubię cię, lubię, jak trzymasz rękę na moim policzku, więc gdybyś nagle uznał, że chcesz wetknąć rękojeść noża do oka mnie, to…

— Och. Ty nigdy by nie włożył noża do mojego oka — rzekł Rzeźnik. — Nie musisz się martwić.

— Mógłbyś zmienić zdanie.

— Nie mógłbyś. — Spojrzał na nią uważnie.

— Nie sądzę, żebyś rzeczywiście chciał mnie zabić. Ty o tym wiesz. Ja o tym wiem. To coś innego. A może ci opowiem o czymś innym, co mnie kiedyś przeraziło? Może dostrzeżesz jakąś prawidłowość i zrozumiesz. Mózg nie jest głupi.

Jego ręka przesunęła się do jej szyi i w zdumionych oczach pojawiła się troska. Widziała już taki wyraz jego oczu: kiedy w sali biologicznej odwrócił się od martwego płodu.

— Kiedyś — zaczęła wolno — był sobie ptak.

— Ptak przeraża mnie?

— Nie. Ale ten przeraził. Byłam wtedy dzieckiem. Nie pamiętasz, jak byłeś dzieckiem, prawda? Dla większości ludzi to, jak wyglądało ich dzieciństwo, w dużym stopniu decyduje o tym, czym są teraz.

— I czym ja jest teraz?

— Tak, ja też. Mój lekarz zdobył skądś ptaka, który miał być prezentem dla mnie. To był gwarek, ptak, który mówi. Ale nie wie, co mówi. Tylko powtarza jak magnetofon. Ale ja o tym nie wiedziałam. Przeważnie wiem, co ludzie próbują mi powiedzieć, Rzeźniku. Przedtem tego nie rozumiałam, ale tu, na „Jebel”, uświadomiłam sobie, że to jednak telepatia. Tak czy inaczej, gwarka uczono mowy, karmiąc go dżdżownicami, kiedy powiedział to, co miał powiedzieć. Wiesz, jak duża może być dżdżownica?

— Taka?

— Tak. Niektóre są nawet o parę centymetrów dłuższe. A gwarek ma jakieś dwadzieścia albo dwadzieścia parę centymetrów długości. Inaczej mówiąc, długość dżdżownicy może wynosić jakieś pięć szóstych długości gwarka, i to jest istotne. Ptaka nauczono mówić „Dzień dobry, Rydro, ładna dziś pogoda, bardzo się cieszę”. Tylko że w umyśle ptaka była to kombinacja wrażeń wzrokowych i węchowych, które można z grubsza przetłumaczyć jako „Zaraz dostanę następną dżdżownicę”. Kiedy więc poszłam do szklarni i przywitałam się z nim, a on odpowiedział: „Dzień dobry, Rydro, ładna dziś pogoda, bardzo się cieszę”, od razu wiedziałam, że kłamie. Chodziło o następną dżdżownicę, którą widziałam i czułam, która była gruba, jej długość wynosiła pięć szóstych mojego wzrostu. I ja miałam ją zjeść. Wpadłam w histerię. Nie powiedziałam mojemu lekarzowi, co się stało, bo dopiero teraz to zrozumiałam. Ale nadal dostaję dreszczy, gdy sobie to przypomnę.