Выбрать главу

– Gino, to są fakty czy twoje domysły? – Graham łypnął na niego krytycznie.

– Hm, wiesz przecież, ile faktów zachowuje się po stu latach. Pomnóż te lata przez tysiąc. Nie wiem… Sztuczne wytworzenie waszych ras jest faktem, motywacja – moją hipotezą. Ale jeśli chcesz faktów, popatrz, co zaszło potem: Te troskliwie wytworzone rasy, szczególnie predestynowane do życia na Ziemi, od czego zaczęły? – Od bezlitosnego wymordowania rasy Zurlei przybyłej w poprzedniej fali kolonizacyjnej. Inna rzecz, że Zurlei w między czasie mocno podupadli; oni z natury są powolni i pasywni. Ugięli się przed przyrodą Ziemi. Zurlei nie byli głupi, mają mózgi półtora rażą większe niż wy. Znasz przecież osobiście profesora Zuda Zuriaqu, tego statystyka? To mózg pierwszej klasy, no nie?…

Graham skinął głową.

– A jednak nie dali rady.

– To jaki był mechanizm? – zapytał Graham. – Że co? Że mała grupa ludzi przeniesiona w nowe, wrogie środowisko, natychmiast zdobywa własną tożsamość i działa znacznie bardziej solidarnie niż wcześniej, gdy była umieszczona w dużym społeczeństwie – ziomków?

– Może to właśnie tak – jest.

– I właśnie dlatego robicie takie kariery i tak wysoko lokujecie się na naszej drabinie społecznej? Praca, walka ponad siły? Taki „syndrom emigranta”?

– Syndrom emigranta. Dobrze brzmi.

– Czyli że mają rację ci rasiści, co tak gardłowali na tym zebraniu? Że musimy się przed wami bronić, jak powinni byli neandertalczycy, czy jak ich zwiecie – Zurlei, bronić się przed ludźmi?

– Może masz rację, Graham. Po prostu nie wiem. Gdy byłem dzieckiem, sierotą, bo rodzice dobrowolnie zrezygnowali z – podróży, aby móc wysłać mnie na Ziemię, i zmarli, gdy ja przeczekiwałem lot, był we mnie taki ogień, żar, zapamiętanie, tak bardzo chciałem wiedzieć, rozumieć. Dlatego uczyłem się bez przerwy. Może ten pęd do nauki, do wiedzy, to była taka podświadoma agresja;, chęć zdobycia, podboju?… Dość, że szybko Wyciągnęli mnie z getta emigrantów w Bostonie. Wiesz, stypendium rządowe dla nieprzeciętnie utalentowanych dzieci… Wtedy była moda na pomaganie emigrantom. Widzisz, wiele zawdzięczam Ziemi i dlatego nie czuję solidarności z Heddeni też dlatego nie chciałem przyjąć panny Hawahhahenne, Dopiero to, co się dzieje, uświadomiło mi, że jednak jestem obcym – umilkł. – Och, Haddam.

Widząc jednak, że Graham nadal oczekuje na odpowiedź, podjął znowu…

– Z ręką na sercu, uważam, że Ziemi nie grozi tym razem nowa fala kolonizacyjna. Tym razem przybyły i nadal przybywają niedobitki z Heddehen, a nie najlepsi, najsilniejsi, najdzielniejsi. A przybyli Heddeni na Ziemi wymierają. Dotąd przybyły pięćdziesiąt dwie rasy, cztery z nich już całkowicie wymarły.

– Ludność Ameryki stale zmniejsza się. Wprawdzie dane z Republiki Środka są mocno przestarzałe, ale i tam występuje ta sama tendencja. I myślę, że to tylko fluktuacja.

– Wiesz, znając historię Heddehen; to może być całkiem duża fluktuacja, naprawdę duża… – powiedział poważnie Ebahlom. – Zresztą pogadaj z Zudem. Ach… – roześmiał się i zabawnie machnął sękatymi ramionami. – Oczywiście; trudno się słucha tego – nieporadnego rzężenia dobywającego się z jego niedostosowanego do mówienia gardła.

– Profesor Zuriaqu jest dość gadatliwy.

– Mniejsza… Zud prowadzi staranne obliczenia statystyczne, z których wynika, że liczba Heddeni zmniejsza się szybciej niż liczba innych mieszkańców Ameryki. Dla większości ras Heddeni Zud potrafił wyliczyć estymowaną datę wymarcia. Zapewniam cię, że na ogół nie są to odległe daty.

– Ja natomiast zauważam co innego – Ebahlom przejechał dłonią po spoconej łysinie. – TQ ludzie zjednoczyli się przeciw Heddeni. Natychmiast. Zobacz, na tym zebraniu w komitecie obrony znaleźli się przedstawiciele wszystkich ras, narodowości. Byli tam wszyscy, nawet ci, których tutaj kiedyś prześladowano, Żydzi, Murzyni, wszyscy razem zgodnie utworzyli wspólny front Ziemian przeciw Heddeni.

Graham chwilę milczał.

– Dlaczego mówisz „Heddeni” zamiast „emigrantom”? Przecież wywalczono dla was to określenie. Po co się celowo poniżasz?

– Tu nie ma poniżenia. Byliśmy dumni z tej nazwy. Zabrano nam ją z rozmysłem.

– Myślałem, że nie chcecie być tak nazywani, że jest ona używana w formie obraźliwej…

– Widzisz, Heddeni to znaczyło coś ważnego, to mieszkańcy Heddehen, czyli, jak wy mówicie – Edenu, Raju. A was przecież kiedyś uczono, że wywodzicie się z Edenu. To tworzyło wspólnotę nas wszystkich. A określenie: „emigranci” zmętniło, zaciemniło sprawę. Od razu zrodziło podział: z jednej strony – swoi, ci z Ziemi, z drugiej strony – emigranci, przybłędy gdzieś z kosmosu. Niektórzy z nas uznali to za pierwszą zapowiedź nadchodzących konfliktów.

– A ja w dobrej wierze głosowałem za zakazem nazwy „Heddeni”…

– No cóż, taka jest potęga telewizyjnej propagandy…

– Jest jeszcze coś, na podstawie czego myślę, że Heddeni wyginą wkrótce – dodał Ebahlom i zgramolił swoje cielsko – z fotela – Popatrz, Graham.

Podał mu jeden z tych dziwnych, tajemniczych przedmiotów stojących na półkach jego biura. Przypominał smukłego ptaka o rozpostartych skrzydłach drącego niemal pionowo do góry. Słabe promyki zimowego dnia, docierające od zapyziałego okna, łagodnie rozświetlały jego wnętrze. Tu migały białą iskierką, gdzie indziej wydobywały czerwone czy błękitne żyłki. Przedmiot przyjemnie chłodził dłoń.

– Piękna robota szklarska. Szkło kryształowe – ocenił Graham.

– To jest Znak Nadziei, bardzo stary symbol z Heddehen. Symbol oczekiwania.

Gino postawił przedmiot na stole.

– A to pamiętasz? – obok postawił prosty, czarny, drewniany krzyż, niemal takiej samej wysokości jak statuetka. Uderzało podobieństwo proporcji.

– Zwariowałeś, Gino? – żachnął się Graham. – Za trzymanie tego na uniwersytecie mogą cię natychmiast zwolnić. Propaganda religiancka została zabroniona, ponieważ mogłaby naruszyć wolności osobiste. W domu możesz to trzymać, nie tutaj.

– Jak będą zwalniać Heddeni, to i mnie wyrzucą. A on stoi sobie z tyłu na półce, za moimi przedmiotami z Heddehen, które wolno mi tu trzymać, gdyż w przeciwnym razie naruszałoby to moje uczucia etniczne – zachichotał stary.

– No dobrze. Do czego zmierzasz?

– Widzisz, jakie są podobne? Graham, myśmy czekali na niego prawie wieczność, a On nie przyszedł do nas, lecz do was. Wolał was, prostych, brutalnych, agresywnych emigrantów, bo to właśnie wy najpierw wyemigrowaliście z Heddehen, od starej, bogatej kultury, niemal zbudowanej na oczekiwaniu na niego. Dlatego my wyginiemy, nie wy. Chociaż tego właśnie nie rozumiem… – powiedział Gino, chowając krzyż gdzieś w ciemność na szafie, za kilka rzędów tajemniczych statuetek…

– Wolał naszą nędzę duchową, co?

– Właśnie, błogosławieni ubodzy w duchu.

– Tak, ale nie sądzę, by wielu ludzi jeszcze myślało o tym, co on kiedyś powiedział.

– Jeszcze myślą Heddeni. Ostatni, którzy się wreszcie dowiedzieli.

– Ostatni będą pierwszymi, co?… – uśmiechnął się Graham. – Może – pokiwał głową Ebahlom. – Mówisz o Nim, zaczynasz mówić Jego słowami…