– Pójdę lepiej do siebie, bo pomyślą, że zakładamy tajną organizację…
– Wpadnij jeszcze kiedyś na ziółka i nie uzasadniaj tego wcześniej jakimś spektakularnym wystąpieniem rasistowskim.
Obaj parsknęli śmiechem.
– Graham – odezwał się Ebahlom, gdy Graham był już przy drzwiach. – Przyznaj, że pierwszy raz w życiu zdarzyło ci się, żeby profesor piątej rangi nauczył się czegoś od profesora pierwszej rangi. Przyznaj, że właśnie tak pomyślałeś.
– Czytasz w myślach, czy co?
– Ha; trafiłem! – stary aż zatarł ręce, a jego tłuste brzuszysko podskoczyło z radości.
– Jeszcze jedno. Po campusie kiedyś krążyło takie powiedzonko, że profesor jest wartościowym pracownikiem nauki przynajmniej tak długo jeszcze, jak długo nie zapomina utrzymać stolca. I ty jesteś autorem tego powiedzonka?
– Skąd, do cholery…
– Spróbowałem wyobrazić sobie autora. Pasował tylko młody, błyskotliwy profesor piątej rangi, a takich nie ma zbyt wielu w Maratheon.
– A inni?
– Studenci mają swój świat studentów. A profesorowie wyższych rang… przecież to o nich… Znaczy o nas:
XI
Zebranie informacyjne w sprawie emigrantów przerodziło się w periodyczne spotkania Komitetu Obrony, i Czujności. Komitet utworzyła niemal połowa profesorów i stanowił on poważną siłę nacisku w organach uczelni. Również studentom zezwolono zapisywać się do komitetu i wkrótce utworzono kilkusetosobową sekcję studencką.
– Każdy sposób jest dobry, żeby zwiększyć swoje szansę na załapanie – się na wyższą rangę – skwitował to Graham.
Na razie jednak komitet, oprócz zbierania się, nie robił nic. Nawet ci, co rozdrapali granty swoich kolegów emigrantów, czuli się jakoś głupio. Wkrótce okazało się, że projekty badawcze wyznaczone dla studentów są na ogół zbliżone do tematyki okradzionych profesorów i ich wyniki będą mogły być jakoś wykorzystane do ich ratowania przy przyszłorocznym rozliczaniu. Wspólnota uniwersytecka wracała do równowagi, jakby w naturalny sposób próbowała sama, oczyścić się z tej dziwnej, przypadkowej fali gnoju, która na nią chlapnęła.
W kraju działo się gorzej. Na porządku dziennym zdarzały się napaści na emigrantów. Znów jak przed kilku laty, zginęło kilka osób i co tydzień, co dwa przybywała nowa ofiara pogromu. Agnes po przerwie na obiad przynosiła nową, gazetę. Zwykle nie całą, tylko kilka najważniejszych stron i z oskarżycielską miną rzucała ją na biurko. Zawsze robiła to, gdy Graham już wrócił z obiadu i pracował z Kenem, który nadal potrzebował jego pomocy. Potem zaczynała na głos czytać o kolejnej tragedii, Jeśli Graham jeszcze nie zdążył wrócić do laboratorium, zwykle siadywała obok Kena i głośno odczytywała mu wiadomości, powtarzając dwa razy z użyciem innych słów, aby mógł łatwiej zrozumieć. O pogromach emigrantów, bez wyjątku, zaczynała czytać dopiero, gdy Graham już wrócił. Graham nad swoim biurkiem przypiął pinezkami duży napis: „Nie zatrudniaj studentki pierwszej rangi”, ale natychmiast go odpiął, gdy pomyślał, że Agnes mogłaby przyjść do jego biura. Ostatecznie, zbyt często musiałby tę kartkę przypinać i odpinać; w końcu rozzłoszczony wrzucił ją do dolnej szuflady biurka.
Zdarzało się, że przychodziły jej koleżanki, emigrantki, siadały wokół niej i wysłuchiwały wiadomości. Im też wszystko kilkakrotnie powtarzała, gdyż większość z nich słabo mówiła po amerykańsku. Jednak gdy któraś z nich odezwała się w jednym z narzeczy Heddeni, Agnes natychmiast płoszyła się, ponieważ znała w języku swoich przodków ledwie kilkanaście słów. Pochodziła z mocno zasymilowanej rodziny. Jej rodzice urodzili się już na Ziemi.
Gdy wrócił z obiadu, natknął się na kolejne wystąpienie Agnes.
– „W Mazatlan, w stanie Stary Meksyk, podpalono dom, w którym zakwaterowano rodziny emigrantów przybyłych jednym z ostatnich statków. Większość z przybyłych stanowili bardzo poważnie okaleczeni wskutek trudnej podróży. Mocno ograniczona zdolność poruszania się emigrantów spowodowała, że aż szesnaścioro z nich spłonęło żywcem, a troje nadal walczy ze śmiercią w miejskim szpitalu w Mazatlan. Siedem osób zostało wyniesionych z płomieni dzięki bohaterskiej akcji straży pożarnej”.
Graham chciał zrobić parę dowcipnych uwag, jak zwykle drocząc się, z Agnes, ale tym razem zbladł i nie odezwał się. Przeraziła go skala tego łajdactwa. Przed oczy wrócił szereg łysych, okaleczonych postaci o oczach pełnych smutku i zdumiewającej beznadziei. Obraz prześladujący go od piętnastu lat.
Hsiu zwiesił głowę i kiwał nią przecząco.
– To być nie może – powtarzał ze swoim akcentem. – Tak być nie może.
– Może by Uniwersytet Maratheon wysłał petycję do parlamentu, panie Graham? – Hsiu wyszczerzył zęby do swojego szefa. – Przecież trzeba wreszcie to powstrzymać. Jesteśmy akademikami i powinniśmy się sprzeciwić.
– Kto wyśle, panie Ken? Ci skurwiele z Komitetu Obrony i Czujności? – Graham wzruszył ramionami.
Albo jest lojalny tej połowie swojego grantu, jaką dostał od Ebahloma, albo rzeczy wiście jest wrażliwym facetem, albo jedno i drugie – pomyślał.
Tym razem do Agnes przyszły dwie koleżanki emigrantki. Jedna z nich to taka typowa emigrancka kluseczka: równy, tłusty wałeczek w fartuszku laboratoryjnym i niebieskiej chusteczce, o tłuściutkiej śniadej buzi. Druga była niezwykłą, fascynującą pięknością: pociągła twarz o bardzo jasnej, niemal bladej karnacji, okolona gęstymi jak materac, atramentowoczarnymi włosami rozczesanymi na środku głowy; wilgotne, głęboko czarne, duże oczy, obrysowane długimi rzęsami i podkreślone gęstymi brwiami; do tego prosty, wąski nos i mięsiste, pięknie wykrojone usta – twarz, która mogła tężeć w klasyczną maskę. Było coś posągowego w tej twarzy, chociaż ten typ urody nie całkiem odpowiadał Grahamowi. Tak właśnie wyobrażał sobie piękne księżniczki czy królowe Heddeni przed dziesiątkami tysięcy lat, kiedy ich cywilizacja kwitła.
Gdy spoczęły na nim wyczekująco mroczna, choć przeplatana iskierkami czerń spojrzenia księżniczki Heddehen, dobrze znany jak niebo, a przez to jeszcze piękniejszy głęboki błękit spojrzenia Agnes oraz nieoczekiwanie jasne, jak błękitny lód lodowca spojrzenie tej małej w niebieskiej chusteczce, Graham niemal się zarumienił. Musiał coś powiedzieć; musiał im odpowiedzieć.
– Słucham niemal codziennie, jak czytasz o tych kolejnych aktach mniejszego lub większego łajdactwa i ciągle nie rozumiem jednej rzeczy: jak napastnicy rozpoznają ofiary? Rozumiecie? – przeciągle odpowiedział spojrzeniu każdej ze słuchających. – Skąd napastnicy wiedzą, że atakują emigranta lub emigrantkę?
– Przecież to oczywiste, Graham. To się wie – prychnęła Agnes.
– Jak? Popatrz – lekko podciągnął rękaw jej swetra i zestawił ich przedramiona. – Widzisz?
– Tak, mam krótszą rękę niż ty…
– Eeh… przestań. Masz skórę nieco jaśniejszą niż ja. To znaczy, kudły powodują, że moje ramię wydaje się dużo ciemniejsze niż twoje, ale gdyby zapomnieć o włosach i tak jesteś sporo jaśniejsza. Dla postronnego obserwatora moglibyśmy wyglądać jak brat i siostra…
Nie odpowiedziała.
– A pani?… – zwrócił się do ciemnowłosej piękności.
– Przepraszam: Atta – odpowiedziała grzecznie. – Attolyod Kessalomhahenne – przedstawiła się.
– Tak… Proszę przysunąć swoje ramię do naszych, i pani też – zwrócił się do małej.
Okazało się, że mniemana księżniczka ma rzadkie, ale długie i czarne włoski na przedramieniu, za to, w odróżnieniu od Agnes i tej małej, ma bardzo długie, smukłe palce i piękne, migdałowe paznokcie. Agnes miała małe dłonie i smukłe palce zakończone małymi, dziecinnymi paznokietkami. Tamta mała – to samo, choć w jej przypadku tak powinno być, bo wyglądała jak dziecko.